Preria.docx

(372 KB) Pobierz

Preria             

 

 

Marzec, 1852

w reszcie nadszedł kres mojego czekania! Pod koniec miesiąca wyrusza karawana wozów z narzeczonymi. Przejedziemy przez połowę kontynentu, dwa i pół tysiąca mil, w ciągu prawie sześciu miesięcy. Będzie nam to utrudniał klimat i pogoda, a takie niebezpieczeństwa czyhające na dzikich terenach oraz inne liczne przeszkody. Niektórzy ciężko zachorują, a niektórzy być może nawet stracą życie. Drżę na samą myśl o tym.

Gdyby karawanę prowadził ktoś inny niż mój najdroższy Cody, bardzo bym się bała tej wyprawy. Myślałam, że gdy tylko zjawię się w pokoju, w którym rozmawiał z każdą z nas, weźmie mnie w ramiona. To było nasze pierwsze spotkanie od czasu, gdy złożyliśmy sobie nawzajem przyrzeczenie. Och, jak mocno biło mi serce... Ale on zachowywał się tak, jakby widział mnie po raz pierwszy, jakbym rzeczywiście przyszła do niego z powodu zainteresowania ofertami matrymonialnymi mężczyzn z Oregonu. Drogi pamiętniku, jakże byłam tym zbita z tropu i zaszokowana. Ale gdy uśmiechnął się do mnie i powiedział, że mu kogoś przypominam, serce mi podskoczyło, bo zrozumiałam, iż w ten sposób przekazał mi sekretną wiadomość. Dopóki, dzięki temu, nie zyskałam pewności, że on chce, bym wyruszyła wraz z narzeczonymi do Oregonu, nie wiedziałam, o co chodzi- Nawet martwiłam się tym, że być może wszystko sobie uroiłam, że być może jestem nienormalna, jak twierdziła ta kobieta.

Już miałam rzucić mu się w ramiona. Jednak zaraz dodał,

 

wciąż z uśmiechem, że żyje już na tym świecie dostatecznie długo, by każdy mógł mu kogoś przypominać. Ale nie powiedział tak, by mnie zranić, lecz ostrzec. Gdyby tego nie zrobił, to zatrudniony przez niego przewodnik wyprawy zobaczyłby nas w objęciach.

Nie rozumiem, dlaczego musimy ukrywać naszą wzajemną miłość, ale jest jasne, że musimy. Wierzę, że Cody ma ważny ku temu powód i że wyjaśni mi wszystko, gdy uzna, iż nadszedł właściwy moment. Jestem szczęśliwa, że w końcu jesteśmy razem, że wszelkie przeszkody są już poza nami, i że mamy przed sobą wspaniałą przyszłość. To balsam na moje serce, pozwalający mi o tym wszystkim pisać.

Nigdy dotychczas nie prowadziłam pamiętnika, ale teraz rozumiem, dlaczego niemal wszystkie narzeczone postanowiły zapisywać swoje myśli towarzyszące naszej podróży. To wielka przyjemność widzieć na kartce papieru słowa: „Kocham go, kocham."

 

1

Kwiecień 1852

N a myśl o opuszczeniu Chastity, rodziny i przyjaciół, ogarnia mnie smutek. Ale z drugiej strony, och, moje serce podskakuje Z radości, gdy wyobrażam sobie, co czeka mnie w Oregonie. I życie z moim przyszłym mężem!

Z pamiętnika HUdy Gum

              Zaraz zaczną się kłopoty – przestrzegł żartobliwym tonem Smokey Joe. Postawił na ziemi, obok wozu kuchennego, stufuntowy worek mąki, zsunął z czoła kapelusz i uśmiechnął się szeroko do Cody'ego.

Cody, który stał przy zapasach żywności do załadowania, sprawdzając ich listę, zerknął na Smokey Joe'ego i zmarszczył brwi na widok jego uśmiechu. Nic nie bawiło kucharza bardziej od kłopotów, jakie ściągali na karawanę pasażerowie.

              Cieszę się, kapitanie, że nie jestem na pana miejscu – dodał Smokey Joe, uśmiechając się jeszcze szerzej. Przekrzywił szerokie rondo kapelusza i spojrzał na rząd wozów, które poprzedniego dnia zostały przewiezione promem przez Missouri. – Chyba dam stąd nogę.

Cody schował listę do kieszeni kamizelki i podążył za jego wzrokiem, spoglądając na wyrównany szereg bud z jasnego płótna. Jeszcze dziś wraz z woźnicami przewiezie promem przez rzekę krowy i woły, a jutro wyruszy w długą podróż. Ewentualnych kłopotów spodziewał się dopiero w drodze, ale Smokey Joe miał rację. Od strony wozów podążały ku niemu

 

energicznym krokiem dwie z narzeczonych, które należało przeprowadzić z Chastity, w stanie Missouri, do Clampet Falls, w stanie Oregon. Miały zawzięte miny, a ich suknie łopotały na zimnym wietrze niczym czame skrzydła mitologicznych Furii.

Tłumiąc westchnienie, Cody oparł się o tylne koło wozu kuchennego, skrzyżował ręce na piersiach i obserwował zbliżające się rozgniewane kobiety.

Smukła blondynka, spowita w żałobną czerń, to była panna Augusta Boyd. Podczas wstępnej rozmowy dała Cody'emu jasno do zrozumienia, że jest damą z towarzystwa i należy okazywać jej względy i szacunek. Pomyślał z ironią, że być może przynależność do towarzystwa wymagała takiej obfitości wstążek, lamówek i frędzli, jakie zdobiły czarny płaszcz i suknię panny Boyd, choć niewykluczone, że taki bogato zdobiony strój żałobny po prostu był modny. Auguście Boyd towarzyszyła drobna brunetka o rozpalonych policzkach, pani Perrin Waverly, wdowa od kilku lat. Jej brązowa suknia była o wiele skromniej przyozdobiona i pozbawiona wyszukanego kroju w porównaniu z suknią władczej panny Boyd. Poza tym Perrin Waverly nie miała na sobie ciepłego wełnianego płaszcza, lecz narzucony na szczupłe ramiona szal z bawełnianej przędzy.

Cody zapamiętał nazwiska tych kobiet i nieco faktów z ich życia, gdyż były najurodziwsze spośród jedenastu narzeczonych. Zaskoczyło go, że będąc tak pięknymi, zdecydowały się pokonać dwa i pół tysiąca mil, by poślubić nieznajomych mężczyzn. Teraz kipiał w nich gniew. Obie miały zaciśnięte dłonie i podążały szybkim krokiem, jakby żadna nie chciała dopuścić, by któraś podeszła do Cody'ego pierwsza. Jednak udało się to Auguście Boyd. Zatrzymała się przed nim, spowita w czarną krepę. W jej niebieskich oczach malowało się oburzenie.

– Panie Snow! – Podmuch zimnego wiatru rozrzucił wstążki zdobiące kapelusz i płaszcz panny Boyd, przez co powstało wrażenie, że nawet jej strój przepełnia gniew. – Chcę panu coś oświadczyć!

Cody zerknął na Perrin Waverly, która zatrzymała się o krok za Augustą. Zastanawiał się, czy jej policzki są zaczerwienione

 

bardziej z powodu gniewu, czy z powodu zimna, ale pewnie było to skutkiem jednego i drugiego. Gdy spojrzał w jej cynamonowe oczy o długich rzęsach, gwałtownie odwróciła głowę w stronę Chastity, leżącego po drugiej stronie rzeki. Po chwili mocniej naciągnęła szal na ramiona i spuściła głowę.

              Dzień dobry paniom – pozdrowił je Cody, zdejmując kapelusz i odsuwając się od koła.

              Nie będę jechała w jednym wozie z tą... z tą kreaturą! – oświadczyła z furią Augusta Boyd. Na jej blade policzki wystąpiły rumieńce. – Żądam, by pańscy ludzie przestali ładować jej rzeczy do mojego wozu!

Cody zacisnął zęby. Nie lubił, gdy wydawano mu rozkazy i gdy pasażerowie zwracali się do niego takim kategorycznym tonem. Zachowanie spokoju kosztowało go nieco wysiłku. Ale starał się pamiętać, że z kobietami nie można postępować tak samo' jak z mężczyznami. Z zaciekawieniem spojrzał na „kreaturę". Wiatr okręcił suknię wokół drobnej zesztywniałej sylwetki Perrin Waverly, przez co wyeksponowane zostały jej kształtne biodra i uda. Policzki młodej wdowy były jeszcze bardziej zaczerwienione. Spoglądała na ogołocone z liści drzewa po drugiej stronie rzeki. Sprawiała wrażenie, że trzyma się na nogach jedynie z powodu gniewu i zakłopotania.

              Mógłbym ulokować panią Waverly w jednym wozie z panną Hildą Clum – zaproponował po pełnej wyczekiwania chwili ciszy, spoglądając to na jedną, to na drugą kobietę. Nie doczekawszy się reakcji pani Waverly, zwrócił się do panny Boyd: – Czy chce pani jechać sama? Powozić wołami bez chwili wytchnienia?

              Absolutnie nie! – warknęła, spoglądając na niego ze złością i z niedowierzaniem. Potrząsnęła ramionami i zwróciła pełne jadu spojrzenie na panią Waverley. – Proszę natychmiast zabrać jej rzeczy z mojego wozu!

Zanim Cody zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się na pięcie, tak że dół jej czarnej sukni gwałtownie zafalował na wietrze. Trzymając wysoko głowę, ruszyła do wozów. Zmrużywszy oczy, patrzył, jak szła szeroką drogą, przy której piętrzyły

 

się rzeczy przeznaczone do załadowania. Zwrócił uwagę, że na pozdrowienia innych kobiet odpowiadała wyniosłym skinieniem głowy i nie zatrzymała się, by z którąś z nich porozmawiać. Żałował, że tak szybko odeszła, gdyż chciał jej powiedzieć kilka słów. Ale teraz miał do rozwiązania problem pani Waverly.

              Wnoszę z tego, że panie się znają – skomentował sucho zajście, przyglądając się jej profilowi.

Rondo kapelusza zasłaniało oczy wdowy, ale zwrócił uwagę na jej wąski nos i kształtny podbródek, który drżał z powodu zdenerwowania.

              Pośrednio – odparła po chwili milczenia niskim gardłowym głosem, jakby zimny wiatr utrudniał jej mówienie. Okryła się szczelniej szalem, przytrzymując go pod stójką sukni. – Przepraszam za kłopot.

              Czy z jakiegoś powodu panna Clum mogłaby nie chcieć jechać z panią jednym wozem? – spytał obcesowo, gdyż takt nie należał do jego najmocniejszych stron.

Perrin Waverly wzdrygnęła się i z wyraźnym wysiłkiem wyprostowała ramiona.

              To jest możliwe – odparła pod długiej chwili, rozgniewana z powodu upokorzenia, jakiego doznała.

Ku zaskoczeniu Cody'ego ta kobieta zaczęła go nagle obchodzić. Zaklął pod nosem, gdyż nie lubił i nie pragnął osobistego zaangażowania w życie osób, które przewoził. Nie chciał znać problemów tych jedenastu narzeczonych i każdej z nich traktować indywidualnie czy zagłębiać się w motywy ich decyzji poślubienia nieznajomych mężczyzn. Wolał traktować je jak rodzaj ładunku, który przewoził za opłatą. Jednak, choć kłóciło się to z bardziej odpowiadającym mu podejściem, nie potrafił opanować zaciekawienia tym, co zrobiła ta drobna kobieta, że wzbudziła taki gniew wyniosłej panny Boyd.

              Panna Clum jest nauczycielką, prawda? – upewniła się pani Waverly.

Ten jej niski gardłowy głos sprawił, że Cody nagle zaczął myśleć o francuskich gorsetach i koronkowych podwiązkach, co zupełnie nie pasowało do widoku skromnej sukni ze stójką.

 

              Porozmawiam z panną Clum w pani imieniu – zaoferował się.    .

W cynamonowych oczach wdowy pojawiła się podejrzliwość. Były takie duże, że wydawały się nawet za duże przy jej drobnej twarzy i delikatnych rysach.

              Panie Snow, sama z nią porozmawiam. Wzruszył ramionami.

Spiorunowała go spojrzeniem, jakby jego propozycja stanowiła dla niej obrazę. Ale jeszcze zanim opuściła ją złość, na jej twarzy pojawiła się niepewność.

              Jeśli panna Clum nie zgodzi się, żebym jechała z nią wozem...

              To będziemy mieli poważny problem – wpadł jej w słowo. Uderzyło go, że gniew i zakłopotanie jakoś nie deformowały rysów jej twarzy. Naprawdę była piękna. Nie spodziewał się, że będzie wiózł do Oregonu tak urodziwą kobietę. – Jeśli panna Clum odmówi, nie będę mógł pani zabrać, chyba że dojdzie pani do porozumienia z panną Boyd.

              To niemożliwe – oznajmiła kategorycznym tonem i zwróciła spojrzenie w stronę rzeki.

Przez pozbawione liści korony grubych wiązów i topól amerykańskich widać było szczyty dachów i ceglane kominy domów w Chastity. Cody wiedział, że największy dom należał do Boydów. Augusta właśnie ów dom sprzedała. Pani Waverly spoglądała na ten okazały budynek z zagadkową miną. Po chwili wyprostowała się i obciągnęła dół sukni.

              Nie ma sensu tego odkładać – oświadczyła, podjąwszy decyzję.

W milczeniu doszli do trzeciego wozu. Cody zwrócił uwagę, że kobiety krzątające się przy dwóch pierwszych nie pozdrowiły pani Waverly i w ogóle nie zareagowały na jej widok.

Hilda Clum sama ładowała na wóz kufry i worki z żywnością, gdyż chciała je poukładać zgodnie z własnym planem. Miała pospolity wygląd. Wyróżniały się tylko jej inteligentne piwne oczy. Była pulchną kobietą o słowiańskich, grubych rysach twarzy. Z powodu jej krzepy skojarzyła się Cody'emu ze

 

stojącym za nią wozem. Wydawała mu się praktyczna, skuteczna i pogodna. Zawsze miała na twarzy uśmiech. Polubił ją od pierwszej chwili. Uchylił kapelusza.

              Panno Clum, czy zna pani panią Waverly? Hilda wyglądała na zaskoczoną.

              Nie, ale Chastity to małe miasto, tak że oczywiście... słyszałam o niej – odparła po chwili wahania. Otrzepała z kurzu dłonie i obciągnęła z przodu spódnicę, stając pośród kufrów i worków. – Jedyna osoba, której nie znałam nawet z widzenia, to panna Munger. Jane Munger jest z Saint Joseph, prawda?

Pani Waverly rzuciła Cody'emu ostrzegawcze spojrzenie, mrużąc powieki. Znaczyło ono, że powinien zająć się własnymi sprawami i zostawić ją samą z panną Clum. Przyszło mu do głowy, że ta kobieta raczej nie lubi mężczyzn. Ale, na szczęście, było mu to obojętne, choć trochę współczuł oczekującemu na nią w Oregonie narzeczonemu. Biedak będzie miał piękną, lecz zarazem opryskliwą żonę.

Perrin Waverly i Hilda Clum patrzyły na siebie nawzajem, więc zostawił je, by same załatwiły sprawę. Idąc wzdłuż szeregu wozów, pozdrawiał skinieniem głowy kobiety pochłonięte sprawdzaniem list rzeczy do załadowania i z troską sprawdzał wzrokiem stan płótna bud, osi i żelaznych obręczy kół. W ostatnim z wozów stali wśród licznych skrzyń i kufrów: Heck Kelsey, Miles Dawson i John Voss. Palili cygara, obserwując stojącą obok wozu Augustę Boyd, która miała bardzo zbolałą minę, lecz zarazem spoglądała na nich ze złością i z pogardą.

              Dzięki Bogu, że w końcu pan przyszedł. – Pospiesznie ruszyła do Cody'ego. – Ci... ludzie odmawiają wykonania mojego polecenia! Nie chcą wypakować z wozu rzeczy pani Waverly!

Cody z irytacją spojrzał na jej owalną twarz o idealnej cerze, niebieskich oczach, ocienionych długimi rzęsami, i różowych ustach.

 

              Moi ludzie wykonują tylko moje polecenia – oświadczył z naciskiem.

Jeszcze bardziej rozzłoszczona jego odpowiedzią Augusta Boyd machnęła ze zniecierpliwieniem ręką.

              Więc niech pan im powie, by to zrobili! – odparowała. Skinął na Hecka Kelseya, po czym wziął pannę Boyd za

łokieć i odszedł z nią kilka metrów od wozu. Była tak wysoka, że rondo jej czarnego kapelusza sięgało do połowy jego głowy; wyższa od Ellen. Jak zwykle, wspomnienie Ellen zaślepiło go. Na widok złotego loka na czole Augusty Boyd, tak bardzo przypominającego włosy Ellen, poczuł przypływ gniewu.

              Po pierwsze, nie będzie pani wydawała moim ludziom poleceń – oświadczył bez ogródek. – Nie będzie pani wysuwała żądań i wywierała nacisku. Po drugie, wasi narzeczeni z Oregonu płacą za te wozy i za waszą podróż, a nie za powożenie, więc albo będzie pani powoziła, albo pani nie pojedzie. I po trzecie, co już chyba pani zrozumiała, wszystkich pasażerów traktuję jednakowo.

Poczuła się zaskoczona i urażona tym oświadczeniem.

              Mój ojciec był powszechnie szanowanym bankierem i burmistrzem Chastity przez trzy kadencje! – oznajmiła z naciskiem. Widząc, że Cody nawet nie drgnął, dodała: – Ten dom należał do nas. – Odwróciła głowę w stronę okazałego budynku, który majaczył wśród drzew za rzeką. – Mój ojciec był najbardziej szanowanym...

              Panno Boyd, nie obchodzi mnie, czy pani ojciec rządził tu, czy nie – przerwał jej.

Milczała zszokowana.

              Ja traktuję wszystkich pasażerów jednakowo. Musi pani, jak wszyscy inni, powozić, gotować i rozbijać namiot. Albo będzie pani sama wiozła swój bagaż, albo nie ma tu dla pani miejsca.

Przeszyła go lodowatym spojrzeniem i władczo uniosła podbródek.

              Panie Snow, ja jestem damą. To oburzające, że pan Clampet, mój przyszły mąż, nie załatwił woźnicy wyłącznie na

 

mój użytek. Będę zmuszona ostro mu to wypomnieć. – Błysnęła oczami na mężczyzn wyładowujących z wozu rzeczy pani Waverly. – To jasne, że potrzebuję dodatkowego wozu do przewiezienia mebli oraz bielizny stołowej i pościelowej. Jestem pewna, że spełni pan przynajmniej to żądanie. Cody zacisnął zęby i połknął przekleństwo.

              Zamówiłem dla pani jeden wóz i tylko jeden pani dostanie. Wszystko, co się do niego nie zmieści, zostanie tu – oznajmił z naciskiem, starając się zachować spokój.

              A co z meblami?!

Po dziesięciu minutach bezskutecznych próśb łzy pojawiły się w jej oczach. Spoglądała na Cody'ego z urazą, ale w końcu z posępną miną pogodziła się z faktem, że nie zabierze do Oregonu mebli.

              Gdybym wiedziała wcześniej o tych ograniczeniach... – powiedziała cichym głosem, przyciskając palce do drżących powiek.

              Panno Boyd, czy powoziła już pani wołami? – Cody nie potrafił sobie wyobrazić, by kiedykolwiek zdobyła się na większy wysiłek fizyczny niż ten, jakiego wymaga wbijanie igły do haftowanego materiału.

              Będzie powoziła moja służąca, Córa. – Z żalem spoglądała na ciężkie meble.

              Pani służąca? – spytał zaskoczony.

              Tak. Córa Thorp. Wychowała się na farmie. Sądzę, że potrafi powozić. – Spojrzała na Cody'ego jak na nieczułego brutala i odwróciła wzrok. – Czy to wszystko, panie Snow?

Cody zastanawiał się nad możliwością zabrania pasażerki, o której wcześniej nie słyszał. W końcu uznał, że skoro pani Waverly będzie jechała razem z panną Clum, a przynajmniej miał taką nadzieję, to jest miejsce dla Córy Thorp.

              Panno Boyd, mamy przed sobą długą drogę i nie chcę żadnych niepotrzebnych kłopotów. Jeśli... jest tu ktoś, z kim nie może pani żyć w zgodzie, to musi pani rozważyć, czy ma sens podróżowanie z tą grupą. Czeka nas wystarczająco dużo poważnych problemów.

 

              Jeśli ma pan na myśli tę kreaturę, to uważam, że powinna zostać stąd usunięta! Ma najgorszą z możliwych reputację! Jej obecność obraża każdą uczciwą kobietę! – syknęła przez zaciśnięte zęby.

              Skoro pani oskarża o coś panią Waverly, to powinna pani mówić konkretnie.

Oblała się rumieńcem i uniosła wyniośle podbródek.

              Damy nie rozmawiają o takich rzeczach! – wybuchnęła. Znowu ogarnęła go złość.

              A moim zdaniem pani Waverly ma takie same prawa jak wszyscy inni – stwierdził zniecierpliwiony. – Jeśli decyduje się pani na tę podróż, to oczekuję, że zarówno pani, jak i pani Waverly nie będziecie zaogniały waszego konfliktu, przynajmniej dopóki nie dojedziemy do Clampet Falls. Jasne?

Zszokowana taką postawą, zalała się łzami.

              Jeszcze nikt nie mówił do mnie takim tonem! – krzyknęła histerycznie.

Cody był wrażliwy na łzy kobiece, ale łzy panny Boyd i wyraz jej twarzy świadczący o tym, iż poczuła się zraniona, to były tylko środki, które wykorzystywała, podobnie jak dołeczki w policzkach i smukłą talię, w walce o osiągnięcie swoich celów. Nie zorientowała się, że rozpoznał, iż używa tej kobiecej broni, by manipulować jego uczuciami. Toteż jedyne, co osiągnęła, to to, że rozzłościła go jeszcze bardziej.

              Proszę zapamiętać, co powiedziałem – ostrzegł ją. Odszedł od niej, rozmyślnie nie uchyliwszy kapelusza, tak

poirytowany, że zauważył panią Waverly, dopiero gdy omal nie nadepnął na rąbek jej sukni. Wdowa zerknęła na Augustę Boyd i powiedziała mu, że Hilda Clum zgodziła się, by podróżowały jednym wozem. Miała zziębniętą, ale już spokojną twarz.

              Znakomicie – skwitował szorstkim tonem tę wiadomość, po czym wydał Heckowi dyspozycje i wrócił do wozu kuchennego.

Ze staroświeckiego okopconego czajnika nalał sobie do blaszanego kubka mocnej kawy, którą podczas postoju Smokey Joe stale parzył. Pijąc, kątem oka obserwował Webba Coate'a,

^

 

swego przewodnika, który właśnie nadjechał i przywiązywał konia z tyłu wozu.

              Smokey mi powiedział, że masz drobny kłopot. – Webb uśmiechnął się szeroko. Odrzucił do tyłu grzywę czarnych, sięgających mu do ramion włosów, wyjął z jednej ze stojących na ziemi skrzynek metalowy kubek i nalał sobie kawy.

              Zastanawiam się, co mnie opętało, że zgodziłem się zawieźć tuzin wybuchowych kobiet do Oregonu – wyznał z kwaśną miną Cody.

Webb roześmiał się. W jego czarnych oczach błyskały wesołe ogniki.

              O ile pamiętam, założyłeś się z nami, że pierwszy kłopot to będzie przeprawa z krowami i wołami przez rzekę albo transport melasy. Ja i Smokey mamy u ciebie butelkę whisky.

Cody przyklęknął przy ogniu i ujął w dłonie kubek z kawą. Uśmiechnął się wymuszenie.

              Nie wiesz? Dawanie whisky Indianom jest zabronione.

              Jestem półkrwi Indianinem – poprawił go Webb. Jego wymowa stanowiła przedziwne połączenie akcentu angielskiego, francuskiego, narzecza Siuksów i angielskiego z Dzikiego Zachodu. Trzymając w dłoniach kubek, oparł się o koło wozu i obserwował niebo. Po chwili orzekł: – Zanosi się na przymrozek. Gdy wyruszymy, ziemia będzie zmarznięta.

              Czy Murchason wyruszył dziś rano, zgodnie z planem? Webb skinął głową. Na jego granatowoczarnych włosach

zaigrał blady promyk słońca.

              Wozy Murchasona są dzień drogi przed nami, a karawana Rochacka będzie dwa dni za nami.

              Mówi się, że na całym szlaku szaleje cholera i odra.

              Tak. Codziennie pojawiają się świeże groby. Nie będziemy obozować w dotychczasowych miejscach. – Webb wypił resztkę kawy i spojrzał na stojące w szeregu wozy. – Czy ta wysoka blondynka w czerni, to... wdowa?

Cody spojrzał uważnie w spiżową twarz Coate'a.

              Nosi żałobę po ojcu, po „świętym" panu Boydzie.

              Piękna kobieta.

 

              Z nią są tylko same utrapienia. Wybij ją sobie z głowy, stary druhu. Na każdą z tych kobiet czeka w Oregonie przyszły mąż. Jeśli szukasz żony, to najlepiej poczekaj z tym, aż wrócisz do domu, do Anglii.

Webb nic na to nie powiedział, tylko nadal patrzył na Augustę Boyd. Po chwili klepnął Cody'ego w ramię.

              Chodźmy, kapitanie. Jeśli nie przeprawimy się z krowami i wołami przez rzekę, to nigdy stąd nie wyruszymy.

Cody wstał i dopił kawę. Zwrócił uwagę, że Perrin Waverly i Hilda Clum ciągną skrzynie do ich wozu. Pomyślał, że wdowa ma wyjątkowo piękne brązowe oczy o cynamonowym odcieniu i że jest bardzo kłótliwa.

 

w przeddzień wyjazdu umówił się na spotkanie z kobietami o siódmej wieczorem, w niewielkiej sali na tyłach sklepu Brady'ego. Narzeczone przyszły na ogół parami. W podnieceniu rozmawiały o pakowaniu rzeczy do wozów. Cody czekał na nie przy lampach w pobliżu drzwi, obserwując, jak zajmują krzesła, gdyż chciał skojarzyć twarze z nazwiskami. Przed dwoma tygodniami odbył z każdą z tych kobiet rozmowę, zachęcając je do wyboru narzeczonego na podstawie pisemnych ofert, jakie przywiózł z Oregonu. Upewnił się, że kandydatki są zdrowe i zdolne do pracy. Powiedział im, że nie muszą wychodzić za tych mężczyzn, jeśli tylko będą miały pieniądze na zwrot kosztów podróży. Sprawiło im to wyraźną ulgę, gdyż zwykle w przypadku w taki sposób kojarzonych małżeństw umowa przedślubna zobowiązywała do zawarcia związku bez względu na to, czy narzeczeni przypadli sobie do gustu, czy też nie.

Augusta Boyd zajęła miejsce w pierwszym rzędzie. Prawdopodobnie była jedyną, która mogła sobie pozwolić na zwrot kosztów podróży niedoszłemu mężowi i na opłacenie drogi powrotnej do Chastity, gdyby zrezygnowała z małżeństwa. Cody wątpił, by pozostałe było na to stać, gdyby narzeczeni je rozczarowali. Na dzisiejsze spotkanie panna Boyd ubrała się

 

w czarną aksamitną suknię, która uwydatniała jej jasne włosy i cerę. Cody przyjrzał się grzywce na jej czole, po czym przeniósł wzrok na siedzącą obok, drobną posępną dziewczynę, jak się domyślił, służącą panny Boyd. Córa Thorp wyglądała na osobę niewiele wymagającą od życia, silną i nawykłą do ciężkiej pracy. Następnie przyjrzał się Perrin Waverly. Zajęła miejsce w ostatnim rzędzie i długo poprawiała suknię. Żadna z kobiet nie usiadła obok niej. Wdowa siedziała ze spuszczonymi oczami. Cody przez chwilę spoglądał na jej gustowny kapelusz, po czym kolejno obejrzał pozostałe pasażerki. Siostry, Mem Grant i Bootie Glover, zupełnie do siebie nie pasowały. Przyznał to z pewnym rozbawieniem. Mem, panna, starsza od Bootie, miała kasztanowate włosy i sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Należała więc do wyjątkowo wysokich kobiet. Bootie, wdowa, o złocistych włosach o rudawym odcieniu, była od niej o piętnaście centymetrów niższa. Uczepiona ramienia siostry, sprawiała wrażenie maskotki. Zaintrygowała Cody'ego. Miał nadzieję, że w rzeczywistości jest mniej zależna od Mem. Spośród pozostałych siedmiu kobiet przypomniał sobie tylko nazwiska dwóch. Jedną z nich była Sarah Jennings, kolejna wdowa i najstarsza z pasażerek, dwudziestodziewięcioletnia. Miała z nią jechać w wozie Lucy Hastings, najmłodsza z narzeczonych. Siedemnastoletnia śliczna Lucy była jedyną, która znała swego przyszłego męża, przyjaciela jej ojca.

Gdy jedenaście narzeczonych usadowiło się już na krzesłach, Cody odchrząknął, udzielił kilku ogólnych informacji i przedstawił swoich pracowników.

              Webb Coate to nasz przewodnik, najważniejszy człowiek w tej podróży.

Augusta Boyd i Bootie Glover skrzywiły się na widok półkrwi Indianina, który wysunął się do przodu, skinął głową i uśmiechnął się, ukazując piękne białe zęby. Miał dziś na sobie, zamiast roboczych spodni z kozłowej skóry, nieskazitelnie skrojone ubranie z czarnego sukna, do którego włożył elegancki biały krawat.

              Webb będzie wybierał miejsca na południowe postoje i na

 

nocne obozy. Dostęp do trawy i wody to podstawa pomyślności naszej podróży. Sprawą Webba jest nam go zapewnić. Jechał już tym szlakiem. To najlepszy przewodnik na Dzikim Zachodzie. Zna tu każdą piędź ziemi. A teraz chciałbym paniom przedstawić kucharza: Smokey Joe'ego Rileya.

Smokey potrząsnął długim kucykiem, w jaki wiązał siwiejące włosy, i wysunął się do przodu. W geście pozdrowienia pomachał ręką. Uśmiechnął się szeroko.

              Smokey wie wszystko o gotowaniu na ognisku. Z przyjemnością udzieli paniom wszelkich wyjaśnień co do spraw kulinarnych. Jedynie będziecie musiały sobie umieć radzić z jego temperamentem... – Cody uśmiechnął się i wskazał Hecka Kelseya. – Heck to nasz kowal, a poza tym złota rączka. Podkuwa konie i woły i potrafi wszystko naprawić. Jeśli tylko nie rzeźbi w drewnie czy nie naśladuje cudzego głosu, to potrafi zdziałać cuda, naprawiając złamane koło czy pękniętą uprząż.

Uśmiechnięty Heck zaczerwienił się na widok tylu patrzących na niego kobiet i wrócił pod ścianę.

              A ta czwórka to nasi woźnice: Miles Dawson, John Voss, Bill Macy i Jeb Holden. Miles i John będą karmili woły i krowy. John będzie jechał wozem z bagażem, a Bill i Jeb wozami z melasą. Większość z pań już ich spotkała podczas załadowywania rzeczy.

Woźnice wysunęli się do przodu.

              Jeszcze tylko dziś mogli paniom pomóc załadować rzeczy na wozy czy je wyładować, gdyż w drodze będą zbyt zajęci swoimi obowiązkami. W czasie podróży może zajść konieczność wyjęcia bagażu, by go wysuszyć lub odciążyć wozy podczas przeprawy przez rzekę. Dlatego kazałem wam zrobić małe pakunki, żebyście mogły same wszystko wyjąć i z powrotem włożyć.

Miał przed sobą tuzin kapeluszy i tyleż patrzących na niego z powagą par oczu.

              Jutro rano wyruszamy w podróż przez połowę kontynentu. Mamy do pokonania dwa i pół tysiąca mil, czeka nas ponad pięciomiesięczny pobyt w drodze. Może nas spotkać każdy

 

rodzaj pogody i możemy mieć kłopoty, których nie sposób przewidzieć. Zapewne kilka osób poważnie zachoruje, a ktoś może nawet umrzeć. Mówię to na podstawie dotychczasowych doświadczeń.

Kilka kobiet zatchnęło się wciągniętym do płuc powietrzem, a niektóre chwyciły się za serce. Wymieniły przestraszone spojrzenia, po czym z powrotem utkwiły wzrok w Codym.

              Na szlaku panuje cholera i odra, i jak zwykle występuje czerwonka. Musimy przeprawić się przez rzeki i przez góry. Będzie padał deszcz, grad i śnieg, ale przez większą część podróży da się nam we znaki upał. I trzeba brać pod uwagę możliwość spotkania niecywilizowanych ludzi, czasami bardzo niebezpi...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin