CZYLI SEKRET MIRANDY
- Sprawię, że pożałuje jeszcze tych swoich oświadczyn! - Z jękiem pełnym udręki Frances Gaysford rzuciła się na łóżko i zalała łzami.
- To nie powinno być trudne, Fanny - powiedziała beznamiętnie jej siostra bliźniaczka. - Wystarczyłoby, żeby lord Heston zobaczył teraz twój czerwony nos, a od razu by się wycofał.
- Och! Nieczuła! Stać cię tylko na chłodną ironię. Oto, jaką mam siostrę! W głębi duszy w ogóle cię to nie obchodzi, Mirando.
- Mogłoby obchodzić, gdybym uwierzyła w tę tragedię w Cheltenham. Przestań się mazgaić i zacznij myśleć, kochanie. Harry Lakenham nigdy się z tobą nie ożeni. Nawet gdyby w świetle prawa był już pełnoletni, nie postąpiłby wbrew pragnieniom i życzeniom swojej własnej rodziny.
- Jesteśmy już po słowie. - Fanny uniosła głowę; jej niebieskie oczy zdawały się zajmować pół twarzy. - To daje mi wiarę w trwałość uczucia Harry'ego, a i ja nie zmienię zdania...
- Ja zaś dostrzegam coś wręcz przeciwnego, przynajmniej jeśli chodzi o twoją stałość w uczuciach. Nie zliczę mężczyzn, którym w ciągu ostatnich tygodni nie skąpiłaś obietnic.
- Ale tym razem jest inaczej. Do tej pory źle słuchałam głosu swego serca, lecz teraz wiem, że to prawdziwa miłość.
- Być może. Tak czy inaczej, musisz wstać i obmyć twarz. Heston zapowiedział się z wizytą w południe. Masz niecałą godzinę, żeby się ogarnąć. Przecież nie pokażesz się mu w tej pomiętej sukni i w takim stanie.
- Nie chcę go widzieć. Po prostu nie mogę. Nie czuję się najlepiej. - Głos Fanny na powrót stał się płaczliwy. - Wujaszek usprawiedliwi moją nieobecność chwilową niedyspozycją.
- Wątpię. Musiałby skłamać po raz trzeci. Zarówno pan Mordaunt, jak i sir Patrick Caswell nie kryli, że czują się głęboko urażeni, gdy zobaczyli cię w operze zaraz po tym, jak wymówiłaś się od spotkania z nimi bólem głowy.
- I cóż na to można poradzić, że głowa boli, a potem ból ustępuje. Żadne to zresztą dla mnie partie - wdowiec i ziemianin pod czterdziestkę. Nie mogę pojąć, dlaczego wujaszek pozwolił im mieć jakieś nadzieje w związku z moją osobą.
- Bo chce nas dobrze wydać za mąż, siostrzyczko. Kto wie, czy nie obmyślił sobie dwóch ślubów jeszcze w tym roku. Mama nie mogłaby sobie pozwolić...
- Wiem! Błagam, nie mów o tym więcej. Wujaszek jest dla nas bardzo dobry, ale ten jego pośpiech...
- Co masz na myśli? - W głosie Mirandy zabrzmiała nutka gniewu.
Fanny wyglądała na coraz bardziej chorą i nieszczęśliwą, a jednak w jej oczach pojawiło się wyzwanie.
- Nie ma powodu się unosić. Po śmierci ojca spadłyśmy na głowę wujaszkowi. Czyż można się dziwić, że chce jak najszybciej pozbyć się ciężaru i wydać nas za pierwszych lepszych?
- Jak możesz tak mówić! Już dawno nie słyszałam równie niesprawiedliwej oceny. Mogłabyś przynajmniej zadać sobie ten niewielki trud i zejść do salonu, by spotkać się z Hestonem. Przecież wuj nie nalega, żebyś od razu szła z nim do ołtarza. Wysłuchaj przynajmniej jego oświadczyn.
- Nie mogę. Moje serce wybrało innego mężczyznę - szepnęła Fanny boleściwym głosem, po czym gestem godnym teatralnej diwy przesłoniła oczy dłonią.
Miranda natychmiast rozpoznała ów gest. Należał on do repertuaru środków scenicznego wyrazu pewnej aktorki, która podbiła publiczność w ostatnim sezonie.
- Po co mi pieniądze i społeczna pozycja? - zawodziła siostra. - Potrafię być szczęśliwa w wiejskiej chacie, byleby u boku ukochanego.
- Brednie! - ofuknęła ją Miranda surowo. - Czasami tracę do ciebie cierpliwość. Ty w wiejskiej chacie! Już widzę cię karmiącą drób i wyrzucającą gnój z chlewa. Pamiętasz, jak nienawidziłaś życia w Yorkshire? Prostego jedzenia, wygódki na dworze, zimna i wciąż tych samych sukien. Już zapomniałaś o tym wszystkim?
- Skądże, ale dlaczego Yorkshire ma się powtórzyć? Harry odziedziczy fortunę. Musimy tylko trochę poczekać. Ma odwiedzić swojego dziadka...
- Bądź rozsądna, Fanny! Z tego nic nie będzie i dobrze o tym wiesz.
- Zawsze byłaś przeciwko Harry'emu. Jak możesz być tak okrutna? Dlaczego mam wychodzić za tego brzydala Hestona? Jest z gruba ciosany, istna kłoda. Nie znajdziesz w nim ani manier, ani też dowcipu. Och, dlaczego nie zainteresował się tobą?!
Ta sugestia poruszyła Mirandę, lecz przede wszystkim chciało się jej śmiać.
- Fanny, to tak życzysz swojej własnej siostrze? Naprawdę uważasz, że ten brzydal i kłoda, jak go nazwałaś, byłby dla mnie wymarzonym mężem?
- Oczywiście, że nie! - prychnęła Fanny. - Daruj sobie te kąśliwe żarty. Wątpię, by jakikolwiek mężczyzna przypadł ci do gustu. Jesteś głucha na ich komplementy.
- Bo to tylko puste gładkie słówka. Nikt mnie nie weźmie na pochlebstwo.
- Nie dopatruj się w każdym miłym odezwaniu się fałszu i konwenansu. Ostatecznie ty i ja nie jesteśmy znów takie szpetne. Kiedy jakiś dżentelmen wyraża zachwyt, dlaczego nie przyjąć, iż rzeczywiście go odczuwa? Ty tymczasem od razu mrozisz ich swoim mówieniem prosto z mostu, co o tym sądzisz. W ten sposób wystraszyłaś już wielu, siostrzyczko.
- Taka już jestem, ale może spróbuję się poprawić - obiecała Miranda. - A teraz, Fanny, czas się przebrać. Chętnie wybawiłabym cię z kłopotu, ale lord Heston nie mnie sobie upatrzył. Poprosił o możliwość widzenia się z panną Gaysford, a ty jesteś starsza...
- Tylko o dwadzieścia minut. To niesprawiedliwe! - Nagle w oczach Fanny pojawił się namysł. - Wątpię, by dostrzegł między nami jakąś różnicę - powiedziała ze zmarszczonym czołem. - Gdybyś zechciała zająć moje miejsce, miałybyśmy świetną zabawę.
Miranda popatrzyła badawczo na siostrę.
- Że też przyszło ci coś takiego do głowy - zauważyła z niesmakiem.
- Ależ często zamieniałyśmy się rolami. Żart potrwa zaledwie pół godziny i nie będzie miał żadnych konsekwencji. Nikomu nie przyniesie szkody.
- Wątpię, czy lord Heston spojrzy na to tak samo. Przyjąłby to jako zniewagę, gdyby gra się wydała. Pomyśl o nieuchronnym skandalu, Fanny. To niemądry pomysł, dziecinada...
Przerwała, Fanny bowiem jęła spazmatycznie szlochać. Był to wstęp do ataku histerii. Na szczęście weszła pani Shere, ciotka sióstr Gaysford.
- Co tu się dzieje, moje drogie? - Usiadła na łóżku i przytuliła Fanny do swego obfitego łona. - Ależ nie rozpaczaj, kochanie. Gdy twoja siostra wyjdzie za mąż, nie utracisz jej. Zresztą przed upływem tego roku dla ciebie również znajdziemy męża. - Pogładziła siostrzenicę po brązowych włosach.
- Wybacz mi, cioteczko. - Fanny uniosła głowę. - Nie zamierzam być beksą. - Rzuciła na Mirandę pełne triumfu spojrzenie, bo przecież ciotka znowu je pomyliła.
Miranda chciała sprostować, lecz Fanny chwyciła ją za rękę.
- Tylko nie zwlekaj i zaraz po rozmowie z lordem Hestonem przyjdź tutaj, by opowiedzieć mi o wszystkim - rzekła błagalnym tonem.
- Oczywiście, że nic przed tobą, moja droga, nie zostanie ukryte - rozpromieniła się pani Shere. - Lord Heston już czeka w salonie i nie wypada nadużywać jego cierpliwości. - Wzięła Mirandę za rękę i wyprowadziła z pokoju.
- Proszę zaczekać, cioteczko! Chciałabym cioci coś powiedzieć.
- Nie teraz, kochanie. Zostawmy to na wieczór. Pani Shere prawie biegła, jakby się paliło. Nawet na stromych schodach nie zwolniła kroku. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami salonu, by obrzucić Mirandę uważnym spojrzeniem.
- Postąpiłaś właściwie, zakładając sukienkę z białego muślinu. Bardzo ci w niej do twarzy. Wolałabym wprawdzie, żeby twoja fryzura nie była aż tak wyszukana, ale musimy iść z duchem czasu. Bądź miła dla lorda Hestona - dodała na koniec zniżonym głosem. - W takich sytuacjach mężczyznom też nie jest łatwo i mogą być zakłopotani.
Otworzyła drzwi i podprowadziła siostrzenicę do stojącego przy oknie dżentelmena.
Odwrócił się i skłonił.
Miranda poczuła rozbawienie. Mężczyźni, owszem, mogą być zakłopotani, tyle że ten wydawał się mieć nerwy ze stali. Patrzył na nią spod czarnych brwi taksującym i przenikliwym wzrokiem.
Wstrzymała oddech, czekając na jego pierwsze słowa. Czy już przejrzał oszustwo? Bynajmniej. On również pomylił ją z Fanny. Pochyliła głowę, podczas gdy gość prawił uprzejmości ciotce, które ta przyjmowała z uśmiechem.
W końcu Miranda zdołała opanować wesołość i uniosła wzrok. Gość wydał się jej wysoki jak góra i nienagannie ubrany. Miał szerokie ramiona i mocne uda. Musiał być dobrym jeźdźcem.
Nawet osoba niechętnie doń nastawiona nie mogłaby odmówić mu urody. Czarne i lśniące włosy uczesane miał a la Brutus, która to fryzura wchodziła właśnie w modę. Wyraziste rysy tchnęły życiem: lekko zakrzywiony nos oraz mocno zarysowana szczęka dodawały im indywidualnego charakteru.
Kiedy jednak ich oczy się spotkały, przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy. Zadrżała pod spojrzeniem jego przepastnych oczu, szarych niczym morze w pochmurny zimowy dzień.
Chyba się nie myliła. Spotkała go już raz czy dwa w towarzystwie. Swą wyniosłą samotnością od razu zwrócił jej uwagę. Jego lordowska mość nie tańczył i trzymał się z dala od niewiast.
- Kto to jest, ten wysoki dżentelmen? - zapytała przy jakiejś okazji stojącą obok przyjaciółkę Charlotte Fairfax. Czuła się na poły urażona, na poły zaś zaciekawiona, bo właśnie nieznajomy, zanim się odwrócił, obrzucił ją nazbyt wnikliwym spojrzeniem.
- Heston. Jeden z najbogatszych ludzi w Londynie. Nie licz na to, że podniesie twoją rękawiczkę, jeśli ją upuścisz. Niejedna już próbowała i srodze się zawiodła.
- Czy to jakiś awanturnik?
- Wiem o nim tylko tyle, że nie ma czasu na kobiety. Jego pasją są konie, wyścigi i gry hazardowe.
- Krótko mówiąc, człowiek ubogi duchem - podsumowała Miranda, obserwując jego lordowską mość, gdy bez pośpiechu torował sobie drogę poprzez tłum gości ku karcianym stolikom, rozstawionym w przyległej sali.
- Mirando, wolno ci tak myśleć, ale nie mów tego głośno przy innych. Heston to ważna i potężna osobistość. Jest niekoronowanym królem arystokratycznej młodzieży i członkiem ekskluzywnego klubu jeździeckiego.
- Doprawdy, niezwykła postać! Mamy płaszczyć się przed nim, ponieważ nosi dwubarwną chustkę na szyi, bukiecik kwiatów w butonierce i krawat w cętki. Ależ to śmieszne! Przecież to istna maskarada!
- Błagam, zechciej być bardziej oględna w słowach. - Charlotte zaciągnęła Mirandę w zacisze biblioteki. - Uważaj, co mówisz. Ktoś jeszcze mógłby cię usłyszeć. Dżentelmeni miewają swoje dziwaczne pomysły, a my, chcąc nie chcąc, musimy je zaakceptować.
- Być może... - Miranda z uśmiechem podała rękę wysokiemu młodzieńcowi, który już wcześniej prosił ją do tańca, a teraz odnalazł w bibliotece, by porwać do kadryla. Od razu zapomniała o istnieniu lorda Hestona.
Aż do dzisiejszej, dość nieoczekiwanej wizyty. W ogóle dziwne było go tutaj widzieć. Fanny rozmawiała z nim tylko raz. Przedstawił go jej Harry Lakenham i natychmiast poczuła do wyniosłego lorda głęboką niechęć. Nastawienie drugich osób się wyczuwa, przy odrobinie wrażliwości. Widocznie lord Heston jest gruboskórny, skoro zobaczył w Fanny kandydatkę na żonę.
Pani Shere uniosła się z kanapki. Ignorując błagalne spojrzenie Mirandy, wypowiedziała zwyczajową formułę o prawie młodych do bliższego się poznania i opuściła salon.
Zapadła cisza, która lordowi Hestonowi zdawała się wcale nie ciążyć.
- Proszę usiąść, sir - powiedziała Miranda, siląc się na swobodny i uprzejmy ton. Lord Heston stał nad nią i zdawał się wypełniać sobą cały pokój.
- Z przyjemnością, madame. - Usiadł wygodnie w fotelu po drugiej stronie kominka. - Zgaduję, że ciekawi panią, jaka to sprawa przywiodła mnie tutaj.
Miranda spłonęła rumieńcem.
- Mój wuj oznajmił mi, że życzy sobie pan spotkania. Wyznaję, że mnie to cokolwiek zdziwiło i... - Urwała, słysząc jego nieprzyjemny śmiech.
- Doprawdy? Nie przypuszczałaś chyba, pani, że przyjaciele Harry'ego Lakenhama pozwolą mu popełnić mezalians i nie podejmą żadnych środków zaradczych.
Miranda patrzyła nań z bezmiernym osłupieniem.
- Zaiste, nie ma sensu grać przede mną pierwszej naiwnej. Chyba nie zaprzeczysz, pani, że ten dzieciuch okazał się na tyle głupi, że obiecał ci małżeństwo?
Miranda w końcu odzyskała mowę.
- A co pan ma z tym wszystkim wspólnego? Przecież nie jest pan jego aniołem stróżem.
- Ale jestem związany z tą rodziną. Mniejsza o szczegóły. Wystarczy, że powiem, iż przyjechałem tutaj na prośbę i w zastępstwie dziadka Harry'ego, lorda Rudyarda.
Cóż za bezczelność! Miranda zapłonęła gniewem.
- Decyzje dotyczące prywatnego życia lord Lakenham podejmuje osobiście - rzuciła drżącym głosem.
- Pani ma również udział w tych decyzjach. Harry odmówił wyrzeczenia się pani, madame. Dziadek nie zdołał wymusić na nim zmiany postanowienia.
- W takim razie, sir, marnujesz swój cenny czas.
- Nie sądzę. Pani może zerwać znajomość. Wystarczy cofnąć obietnicę. To nieprzyzwoicie czerpać korzyści z braku doświadczenia, a ściślej naiwności młodego mężczyzny. Pragnąłbym odwołać się do pani lepszej cząstki.
Zmierzyła go ironicznym spojrzeniem.
- A co każe panu sądzić, sir, że taka istnieje? Nie ukrywam, że pragnę fortuny powiązanej z wysoką pozycją społeczną.
To złość skłoniła ją do wypowiedzenia tych nieostrożnych słów, ale nie żałowała niczego. Za kogo uważał się ten pompatyczny elegant, wysuwający żądania i obrażający ją niemal każdym swoim słowem?
- Rozumiem. - W jego głosie tym razem pobrzmiewała groźba. - W takim razie przejdźmy do konkretów. Ile?
To pytanie było jak policzek. Omal nie zadusiła się od przepełniającej ją furii. Wbiła oczy w dywan.
- Nie widzę żadnych istotnych przeszkód, które stałyby na drodze do zawarcia tego małżeństwa, sir. Pochodzę z rodziny jak najbardziej godnej szacunku...
- Znam pani sytuację rodzinną - przerwał jej Heston. - Jesteście bez grosza, a pani wuj trudni się handlem.
- Pieniądze są sprawą drugorzędną. Harry z dojściem do pełnoletności odziedziczy piękną fortunę. - Spojrzała na Hestona spod długich rzęs. - A co się tyczy handlu, cóż, nikt o tym nie musi wiedzieć. Po ślubie z Harrym pewne rzeczy przestaną być ważne.
- Dziewka! Wybij to sobie z głowy, pani! Nie uda ci się wyjść za Harry'ego.
- A kto ma mnie powstrzymać, sir? Kiedy Harry dowie się o pańskiej wizycie, najpierw zabije pana w pojedynku za to słowo, które cisnąłeś mi w twarz, a potem zapewne będzie nalegał na jak najszybszy potajemny ślub.
- Który zostanie wprędce unieważniony.
- Ale pomyśl o skandalu, mój panie. A za jakiś czas mogłabym przedstawić rodzinie Harry'ego prawowitego spadkobiercę i dziedzica.
Heston już zupełnie nie liczył się ze słowami.
- Bękarta raczej! I po cóż pani ten balast na całe życie? Pytam ponownie: ile?
- Nie sposób tego inaczej nazwać, jak próbą ubicia brudnego interesu. - Miranda nie kryła oburzenia. - Poza tym namawia mnie pan do pozbycia się wszelkiej nadziei, kto zaś traci nadzieję, często, jak mówią, zapada na suchoty. Największe nawet pieniądze nie stanowiłyby wówczas dla mnie żadnej pociechy.
- Z pewnością osłodziłyby twoje ostatnie chwile, madame. Te zaś mogą nadejść szybciej, niż się spodziewasz, jeśli nie zarzucisz pomysłu małżeństwa z Harrym.
- A zatem groźba, sir? Powinnam się tego spo...
angela17111