Echa.docx

(332 KB) Pobierz

 

Echa

 

 


Moim ukochanym dzieciom,

które są dla mnie tak nieskończenie cenne,

i każde z nich jest tak wyjątkowe:

Beatrix, Trevor, Todd, Nick, Sam,

Victoria, Vanessa, Maxx i Zara.

Niech echa waszej przeszłości, przyszłości i teraźniejszości

zawsze będą dobre i łagodne.

Z miłością

Mama

 

 

 

 


To cud, że nie porzuciłam wszystkich moich ideałów.

Wydają się tak absurdalne i niepraktyczne.

Jednak trzymam się ich, ponieważ wciąż wierzę,

na przekór wszystkiemu, że ludzie w głębi serca naprawdę są dobrzy.

Anna Frank

 

 

 

 

Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat.

Talmud


Rozdział 1

 

W leniwe letnie popołudnie Beata Wittgenstein wraz ze swoimi rodzicami spacerowała brzegiem Jeziora Genewskiego. Słońce grzało mocno, powietrze było nieruchome, ptaki i owady hałasowały donośnie, kiedy szła zamyślona z tyłu. Beata i jej siostra Brigitte przyjechały z matką do Genewy na lato. Beata właśnie skończyła dwadzieścia lat, siostra była o trzy lata młodsza. Minęło trzynaście miesięcy, odkąd zeszłego lata wybuchła wojna światowa, a w tym roku ojciec chciał, żeby wyjechały z Niemiec na wakacje. Spędził tam z nimi miesiąc – sierpień 1915 roku dobiegał końca. Obaj bracia Beaty służyli w armii, ale zdołali uzyskać przepustki, żeby na tydzień dołączyć do rodziny. Horst miał dwadzieścia trzy lata i był porucznikiem w kwaterze głównej dywizji w Monachium. Ulm był kapitanem w 105. Regimencie Piechoty, wchodzącym w skład 30. Dywizji, która należała do 4. Armii. Podczas tego tygodnia w Genewie skończył właśnie dwadzieścia siedem lat.

Graniczyło prawie z cudem, że cała rodzina zebrała się razem. Wojna pożerała wszystkich młodych Niemców, więc Beata ciągle bała się o braci, tak jak matka. Ojciec powtarzał jej, że to się niedługo skończy, ale kiedy rozmawiał z jej braćmi, słyszała zupełnie co innego. Mężczyźni lepiej od kobiet zdawali sobie sprawę z nadciągającej ponurej przyszłości. Matka Beaty nigdy nie rozmawiała z nią o wojnie, a Brigitte najbardziej się martwiła, że trudno znaleźć przystojnych młodych ludzi do flirtowania. Już odkąd była małą dziewczynką, nie mówiła o niczym innym, tylko o małżeństwie. Ostatnio zakochała się w jednym z uniwersyteckich kolegów Horsta i Beata podejrzewała, że jej piękna młodsza siostra zaręczy się tej zimy.

Beata nie miała takich zamiarów ani zainteresowań. Zawsze była cicha, pilna i poważna. Bardziej interesowała ją nauka niż młodzi mężczyźni. Ojciec powtarzał, że jest idealną córką. Jedyny rozdźwięk między nimi nastąpił wówczas, kiedy nalegała, że chce pójść na uniwersytet jak jej bracia, a ojciec uznał to za głupie. Chociaż sam był intelektualistą, uważał, że kobieta nie musi być aż tak wykształcona. Powiedział jej, że na pewno wkrótce wyjdzie za mąż i będzie się zajmowała mężem oraz dziećmi. Nie wstąpiła więc na uniwersytet; ojciec na to nie pozwolił.

Bracia Beaty i ich koledzy tworzyli wesołą kompanię, a jej siostra była ładna i zalotna. Beata zawsze czuła się inna, różniła się od nich spokojnym usposobieniem i pasją do nauki. Nade wszystko pragnęła zostać nauczycielką, ale kiedy o tym wspominała, rodzeństwo zawsze ją wyśmiewało. Brigitte mówiła, że tylko biedne dziewczęta zostają nauczycielkami lub guwernantkami, a bracia dodawali, że tylko brzydule o tym marzą. Uwielbiali się z nią drażnić, chociaż Beata nie była ani biedna, ani brzydka. Jej ojciec zarządzał własnym bankiem, jednym z najważniejszych w Kolonii, gdzie mieszkali. Mieli wielki, piękny dom w dzielnicy Fitzengraben, a jej matka Monika słynęła nie tylko z urody, ale też z eleganckich strojów i biżuterii. Podobnie jak Beata, była cichą kobietą. Poślubiła Jacoba Wittgensteina jako siedemnastolatka i od tamtej pory przeżyła z nim szczęśliwie dwadzieścia osiem lat.

Małżeństwo, zaaranżowane przez ich szacowne rodziny, okazało się udane. Związek ten połączył dwie pokaźne fortuny, a od tamtego czasu Jacob znacznie powiększył ich wspólny majątek. Rządził żelazną ręką i w interesach bankowych przejawiał talent jasnowidza. Zabezpieczył nie tylko ich przyszłość, ale też przyszłość ich dziedziców. Wittgensteinowie byli solidni pod każdym względem. Jedynym nieprzewidywalnym elementem ich życia, nad którym nie mogli zapanować, była wojna. Martwiła wszystkich, a zwłaszcza Monikę, której synowie byli w wojsku. Czas spędzony razem w Szwajcarii stanowił pożądane wytchnienie tak dla rodziców, jak dla dzieci.

Zazwyczaj spędzali wakacje w Niemczech nad morzem, lecz w tym roku Jacob chciał wywieźć wszystkich z kraju na lipiec i sierpień. Rozmawiał nawet z jednym z głównodowodzących generałów, którego dobrze znał, i taktownie poprosił o wielką przysługę, żeby obaj synowie dostali przepustki i mogli przyjechać. Generał załatwił to po cichu. Wittgensteinowie byli niezwykłymi ludźmi: żydowska rodzina, ciesząca się nie tylko ogromnym bogactwem, ale też wielkimi wpływami i władzą. Beata zdawała sobie z tego sprawę, lecz niewiele myślała o znaczeniu swojej rodziny. Bardziej interesowała ją nauka. I chociaż Brigitte czasami irytowały ograniczenia wynikające z ortodoksji, Beata na swój cichy sposób była głęboko religijna, co cieszyło jej ojca. Jako młody człowiek przyprawił o wstrząs swoją rodzinę, oznajmiając, że chce zostać rabinem. Ojciec przemówił mu do rozsądku i w stosownym czasie Jacob zaczął pracować w rodzinnym banku, jak przed nim jego ojciec, wuj, bracia i dziadek. Rodzina przywiązywała dużą wagę do tradycji i chociaż ojciec Jacoba żywił wielki szacunek dla urzędu rabina, nie zamierzał jednak poświęcać własnego potomka. Toteż Jacob jako posłuszny syn podjął pracę w banku i wkrótce potem się ożenił. Miał teraz pięćdziesiąt lat i był o pięć lat starszy od matki swojej żony.

Cała rodzina uznała, że decyzja o spędzeniu tego lata w Szwajcarii była słuszna. Wittgensteinowie mieli tu wielu przyjaciół, toteż rodzice chodzili na liczne przyjęcia, podobnie jak ich dzieci. Jacob znał wszystkich w szwajcarskich kołach bankowych i jeździł do Lozanny oraz Zurychu, żeby odwiedzić przyjaciół. Zawsze, kiedy było to możliwe, rodzice zabierali ze sobą dziewczęta. Podczas pobytu Horsta i Ulma spędzali jak najwięcej czasu we własnym towarzystwie. Ulm po urlopie wyjeżdżał na front, a Horst stacjonował w kwaterze głównej dywizji w Monachium, co chyba traktował jak znakomitą zabawę. Pomimo surowego wychowania Horst miał w sobie coś z playboya. On i Brigitte mieli ze sobą dużo więcej wspólnego niż z Beatą.

Idąc powoli brzegiem jeziora, została w tyle za innymi. Po chwili jej najstarszy brat Ulm zwolnił kroku i przyłączył się do niej. Zawsze odnosił się do niej opiekuńczo, może dlatego, że był o siedem lat starszy. Beata wiedziała, że szanował jej łagodną naturę i czułe usposobienie.

– O czym myślisz, Bea? Wyglądasz okropnie poważnie, kiedy tak idziesz sama. Czemu nie dołączysz do nas?

Matka i siostra znacznie ich wyprzedziły, plotkując o modzie oraz mężczyznach, których Brigitte uznała za przystojnych na przyjęciach w zeszłym tygodniu. Mężczyźni w rodzinie rozmawiali na tematy, które ich interesowały – o wojnie i bankowości. Po wojnie Ulm zamierzał wrócić do pracy w banku, jak przed czterema laty. Ojciec oświadczył, że Horst będzie musiał skończyć z zabawą, spoważnieć i włączyć się do rodzinnego interesu. Horst obiecał, że zrobi to, jak tylko wojna się skończy. Miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, kiedy w zeszłym roku wypowiedziano wojnę. Jacob powtórzył kilkakrotnie, że już czas, by Ulm się ożenił. Jedyne, czego Jacob oczekiwał od swoich dzieci oraz wszystkich najbliższych, było posłuszeństwo. Oczekiwał tego również od swojej żony, i nigdy go nie zawiodła. Ani dzieci, z wyjątkiem Horsta, który ociągał się z podjęciem pracy, aż wreszcie powołano go do wojska. Obecnie wcale nie miał ochoty na małżeństwo. Właściwie tylko Brigitte poważnie o tym myślała. Beata nie spotkała dotąd mężczyzny, który zrobiłby na niej szczególne wrażenie. Chociaż w jej otoczeniu nie brakowało przystojnych mężczyzn, młodzi ludzie w większości wydawali się jej niemądrzy, a starsi budzili w niej obawę i często sprawiali wrażenie zbyt poważnych. Nie spieszyło jej się do małżeństwa. Często powtarzała, że jeśli wyjdzie za mąż, ma nadzieję poślubić uczonego, niekoniecznie bankiera. W żadnym razie nie mogła tego powiedzieć ojcu, chociaż często zwierzała się matce i siostrze. Brigitte twierdziła, że to nudne. Przyjaciel Horsta, młody przystojny człowiek, który wpadł jej w oko, był równie frywolny jak ona i pochodził z równie znaczącej bankierskiej rodziny. Jacob zamierzał spotkać się z ojcem chłopca we wrześniu, żeby omówić tę sprawę, chociaż Brigitte o tym nie wiedziała. Beata na razie jednak nie miała żadnego konkurenta i wcale jej na tym nie zależało. Rzadko rozmawiała z kimś na przyjęciach. Posłusznie chodziła na nie z rodzicami i nosiła suknie wybrane przez matkę. Zawsze zachowywała się uprzejmie wobec gospodarzy i zawsze czuła olbrzymią ulgę, kiedy nadchodziła pora powrotu do domu. W przeciwieństwie do Brigitte, którą trzeba było wyciągać siłą i która narzekała, że jeszcze o wiele za wcześnie i że jej rodzina to tacy nudziarze. Horst zgadzał się z nią, jak zawsze. To Beata i Ulm byli poważni.

– Dobrze się bawisz w Genewie? – spytał ją cicho Ulm.

Tylko on naprawdę z nią rozmawiałby dowiedzieć się, co ona myśli. Horsta i Brigitte nazbyt pochłaniały rozrywki i zabawy.

– Tak, dobrze. – Beata uśmiechnęła się do niego nieśmiało.

Chociaż Ulm był jej bratem, zawsze olśniewały ją jego uroda i dobroć. Ulm miał łagodne usposobienie i wygląda! jak ojciec. Był wysoki, jasnowłosy i potężny, jak Jacob w młodości. Miał błękitne oczy i rysy twarzy, które często budziły zdumienie, ponieważ wcale nie wyglądał na Żyda. Oczywiście wszyscy wiedzieli o jego pochodzeniu i rodzinę Wittgensteinów przyjmowano nawet w najbardziej arystokratycznych sferach Kolonii. Ojciec miał wśród przyjaciół z dzieciństwa kilku Hohenlohów, Thurnów i Thaxisów. Wittgensteinowie byli tak znani i szanowani, że wszystkie drzwi stały przed nimi otworem. Jacob wyraźnie jednak zapowiedział dzieciom, że przyszłych małżonków muszą sobie wybrać spośród Żydów. Nawet młodzi Wittgensteinowie nie dyskutowali; ani nie zamierzali kwestionować zdania ojca. Akceptowano ich takimi, jacy byli, a wśród współwyznawców znajdowało się wiele panien na wydaniu i wielu młodych mężczyzn do wzięcia. Kiedy nadejdzie pora na małżeństwo, dzieci Wittgensteinów wybiorą spośród swoich.

Ulm i Beata, kiedy szli razem nad brzegiem jeziora, nie wyglądali nawet na dalekich krewnych. Obaj bracia i siostra odziedziczyli wygląd po ojcu: wysocy, jasnowłosi, o błękitnych oczach i delikatnych rysach. Beata, podobna do matki, stanowiła ich przeciwieństwo. Była drobną, kruchą, delikatną brunetką o kruczoczarnych włosach i porcelanowo-białej skórze. Jedyną cechę wspólną z rodzeństwem stanowiły ogromne błękitne oczy, chociaż ciemniejsze niż u Brigitte czy braci. Matka miała oczy ciemnobrązowe, lecz poza tą niewielką różnicą Beata wyglądała jak żywy obraz matki, co zresztą cieszyło jej ojca. Po prawie dwudziestu dziewięciu latach małżeństwa nadal był zakochany w żonie; uśmiech córki przypominał uśmiech młodziutkiej Moniki w pierwszych latach ich małżeństwa, i to podobieństwo zawsze chwytało go za serce. W rezultacie miał ogromną słabość do Beaty i Brigitte często się skarżyła, że Beata jest jego ulubienicą. Pozwalał jej robić, co chciała. Lecz zachcianki Beaty były nieszkodliwe, w odróżnieniu od pomysłów jej młodszej siostry. Beata wolała spędzać czas w domu, na czytaniu lub nauce – to jej wystarczało. Tylko raz ojciec rozgniewał się na nią naprawdę, kiedy zastał ją przy czytaniu Biblii w wersji Króla Jakuba.

– O czym to jest? – zapytał z surową miną, kiedy zobaczył, co czyta córka. Miała wtedy szesnaście lat i zafascynowała ją ta lektura. Przeczytała już dużą część Starego Testamentu.

– To ciekawe, papo. Historie są cudowne i wiele rzeczy opisano tak jak w naszej wierze.

Wolała Nowy Testament od Starego. Ojciec nie uważał tego za zabawne i odebrał jej książkę. Nie chciał, żeby jego córka czytała chrześcijańską Biblię. Poskarżył się żonie i zasugerował, żeby Monika staranniej pilnowała lektur córki. W istocie Beata czytała wszystko, co jej wpadło w ręce, włącznie z Arystotelesem i Platonem. Namiętna czytelniczka, uwielbiała greckich filozofów. Nawet ojciec musiał przyznać, że gdyby była mężczyzną, zostałaby wybitnym uczonym. Teraz jednak pragnął dla niej tego samego, czego dla Ulma, a później dla pozostałej dwójki: małżeństwa. Zaczynał się obawiać, że Beata zostanie w końcu starą panną, jeśli będzie zwlekać. Miał kilka pomysłów co do małżeństwa, ale wojna wszystko zepsuła. Tylu mężczyzn powołano do służby, tylu młodych ludzi, których znał, zginęło w zeszłym roku. Niepewna przyszłość budziła głębokie obawy.

Ojciec uważał, że Beata powinna poślubić mężczyznę starszego od siebie, dojrzałego, który doceni jej intelekt i będzie podzielał jej zainteresowania! Nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu również dla Brigitte, której przydałaby się silna ręka. Chociaż kochał wszystkie swoje dzieci, był wyjątkowo dumny z najstarszej córki. Uważał się za człowieka mądrego i wrażliwego. Człowieka, do którego inni zawsze zwracali się bez wahania. Beata kochała go i szanowała głęboko, podobnie jak matkę, chociaż sekretnie przyznawała, że z matką łatwiej się rozmawiało i nie onieśmielała jej tak jak ojciec. Ojciec był równie poważny jak Beata i często potępiał frywolność młodszej córki.

– Żałuję, że musisz wracać na wojnę – powiedziała Beata ze smutkiem, idąc obok Ulma. Pozostali zawrócili i teraz ona z Ulmem wyprzedzali ich spory kawałek, zamiast wlec się z tyłu.

– Ja też nie chcę wracać, ale myślę, że to niedługo się skończy. – Uśmiechnął się do niej pocieszająco. Nie wierzył w to, ale takie rzeczy mówiło się kobietom. Przynajmniej on mówił. – Powinienem dostać następną przepustkę na święta.

Kiwnęła głową, myśląc, że to całe wieki, niezdolna znieść okropnej myśli, że mogłoby go spotkać coś złego. Nigdy mu nie wyznała, jak bardzo go uwielbia. Horsta też kochała, ale traktowała go jak głupiutkiego młodszego braciszka. Lubił jej dokuczać i zawsze doprowadzał ją do śmiechu. Z Ulmem łączyło ją coś innego. Gawędzili przyjaźnie przez całą drogę powrotną do hotelu, a wieczorem zjedli pożegnalną kolację, zanim chłopcy odjechali następnego dnia. Jak zwykle Horst bawił ich niezmordowanie naśladowaniem wszystkich napotkanych osób i skandalicznymi historyjkami o swoich kolegach.

Wszyscy trzej mężczyźni wyjechali następnego dnia, a trzy kobiety zostały same na ostatnie trzy tygodnie wakacji w Genewie. Jacob chciał, żeby spędziły jak najwięcej czasu w Szwajcarii, chociaż Brigitte zaczynała się nudzić. Lecz Beata i jej matka były całkowicie zadowolone z pobytu w Genewie.

Pewnego popołudnia Brigitte poszła z matką na zakupy. Beata wymówiła się bólem głowy, chociaż naprawdę nic jej nie dolegało, tylko uważała zakupy z nimi za męczące. Brigitte zawsze przymierzała wszystko w sklepach, zamawiała suknie, buty i kapelusze. Matka, która podziwiała jej doskonały gust i subtelne wyczucie mody, zawsze jej pobłażała. A doprowadziwszy do wyczerpania krawców, szewców, modystki i najwytworniej szych rękawiczników, robiły obchód jubilerów. Beata wiedziała, że nie wrócą przed obiadem, toteż zadowolona siedziała na słońcu, czytając samotnie w ogrodzie.

Po lunchu zeszła nad jezioro i przespacerowała się tą samą ścieżką, którą chodzili codziennie podczas całego pobytu. Dzień był odrobinę chłodniejszy niż poprzedni. Beata miała na sobie białą jedwabną suknię, kapelusz dla ochrony przed słońcem i bladoniebieski szal w kolorze oczu udrapowany na ramionach. Nuciła do siebie, maszerując naprzód. Większość gości hotelowych była na lunchu albo w mieście, więc Beata miała całą ścieżkę dla siebie. Szła ze spuszczoną głową, myśląc o braciach. Nagle usłyszała z tyłu jakiś dźwięk. Zdziwiona podniosła wzrok i zobaczyła wysokiego młodego człowieka, który szybko wyminął ją z uśmiechem. Zmierzał w tym samym kierunku i tak ją zaskoczył, kiedy przecisnął się obok niej, że pospiesznie odstąpiła na bok, potknęła się i wykręciła sobie kostkę. Bolało przez chwilę, ale nie było to nic poważnego. Młodzieniec szybko wyciągnął rękę i złapał ją, zanim upadła.

– Bardzo przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć i z pewnością nie chciałem pani przewrócić.

Miał zatroskany, przepraszający wyraz twarzy. Beata zauważyła, że był uderzająco przystojny. Wysoki, jasnowłosy, z oczami tej samej barwy co jej oczy, miał atletyczne barki i długie, silne ramiona. Mocno trzymał ją za rękę, kiedy do niej mówił. Spostrzegła, że kapelusz jej się lekko przekrzywił. Wyprostowała go, zerkając ukradkiem na nieznajomego. Wydawał się nieco starszy od Ulma. Nosił białe spodnie i ciemnoniebieski blezer, granatowy krawat oraz bardzo ładny słomkowy kapelusz, w którym wyglądał dość zawadiacko.

– Dziękuję, nic mi nie jest. To było niemądre z mojej strony. Nie usłyszałam pana na czas, żeby zejść panu z drogi.

– I nie zobaczyła mnie pani, dopóki mało pani nie przewróciłem. Obawiam się, że zachowałem się w sposób godny pożałowania. Nic pani nie jest? Jak pani kostka? – Wydawał się miły i współczujący.

– W porządku. Złapał mnie pan, zanim zrobiłam sobie krzywdę. Odezwał się do niej po francusku, a ona odpowiedziała w tym samym języku. Nauczyła się francuskiego w szkole i od tamtej pory starannie go szlifowała. Ojciec nalegał również, żeby dzieci nauczyły się angielskiego, i uważał, że powinny też znać włoski i hiszpański. Beata uczyła się jednego i drugiego języka, ale żadnego dobrze nie opanowała. Po angielsku mówiła znośnie, natomiast po francusku płynnie.

– Zechce pani usiąść na chwilę?

Wskazał ławkę w pobliżu, ze spokojnym widokiem na jezioro. Zdawało się, że nie chce puścić jej ramienia. Zupełnie jakby się obawiał, że ona upadnie, jeśli on rozluźni mocny chwyt. Uśmiechnęła się do niego.

– Naprawdę nic mi nie jest.

Ale spodobał jej się pomysł, żeby usiąść obok niego na chwilę. Zazwyczaj nie robiła takich rzeczy, właściwie nigdy czegoś takiego nie zrobiła, ale on był taki miły i uprzejmy, i wydawał się taki skruszony z powodu niedoszłego wypadku, że go pożałowała. Chyba to nic złego, że posiedzą razem i pogawędzą przez chwilę, zanim Beata podejmie swój spacer. Nie musiała się spieszyć z powrotem do hotelu, wiedziała, że matka i siostra nie wrócą jeszcze przez wiele godzin. Pozwoliła się doprowadzić do ławki, a on usiadł obok niej w odległości podyktowanej szacunkiem.

– Naprawdę nic się pani nie stało? – Spojrzał w dół na jej kostkę, ledwie wysuniętą spod obrąbka spódnicy, i z ulgą zobaczył, że nie wydawała się spuchnięta.

– Zapewniam pana. – Beata uśmiechnęła się.

– Chciałem tylko prześliznąć się obok pani. Powinienem był coś powiedzieć, jakoś panią ostrzec. Byłem milion kilometrów stąd, myślałem o tej przeklętej wojnie, to takie okropne.

Ze zmartwioną miną odchylił się na oparcie ławki. Beata przyglądała mu się ukradkiem. Nigdy dotąd nie spotkała nikogo chociaż trochę podobnego do tego młodzieńca. Wyglądał jak przystojny książę z bajki i zachowywał się wyjątkowo życzliwie. Nie okazywał wyniosłości i nie zadzierał nosa. Przypominał któregoś z kolegów Ulma, tylko był dużo przystojniejszy.

– Więc nie jest pan Szwajcarem? – zapytała z zaciekawieniem.

– Jestem Francuzem – odpowiedział po prostu. Beata zmarszczyła brwi i milczała. – Czy to nie okropne? Właściwie mój dziadek był Szwajcarem, ze strony matki. Dlatego tu jestem. Zmarł przed dwoma tygodniami, więc musiałem przyjechać i pomóc w przejęciu majątku przez brata i rodziców. Dostałem w tym celu przepustkę.

Mówił zadziwiająco swobodnie i otwarcie, bez cienia arogancji czy niestosownej poufałości. Wydawał się doskonale wychowany i wyjątkowo uprzejmy.

– Nie, to wcale nie jest okropne – zaprzeczyła, spojrzawszy mu prosto w oczy. – Ja jestem Niemką.

Spodziewała, że zeskoczy z ławki i zawoła, że nienawidzi Niemców. W końcu byli wojennymi wrogami.

– Oczekuje pani, że będę ją obwiniał o wojnę? – zapytał łagodnie, uśmiechając się do niej.

Była młodą i wyjątkowo ładną dziewczyną. Uznał ją za prawdziwą piękność i wzruszyło go, że miała taki przepraszający wyraz twarzy. Wydawała się niezwykłą osobą i nagle się ucieszył, że na nią wpadł.

– Czy pani to zrobiła? Ta straszna wojna to pani wina, mademoiselle? Mam się gniewać na panią? – Przekomarzał się z nią, aż roześmiała się głośno.

– Mam nadzieję, że nie – powiedziała z uśmiechem. – Służy pan w wojsku? – zagadnęła, bo wspomniał, że jest na przepustce.

– W kawalerii. Skończyłem akademię jeździecką Saumur.

Beata wiedziała, że wszyscy francuscy arystokraci szkolą się tam na oficerów kawalerii.

– To pewnie było interesujące. – Beata lubiła konie i dużo jeździła jako młoda dziewczyna. Uwielbiała, jeździć z braćmi, zwłaszcza z Ulmem. Horst zawsze szalał i doprowadzał konia do białej gorączki, co z kolei płoszyło jej konia. – Moi bracia też są w wojsku.

Patrzył na nią w zamyśleniu przez długą chwilę, zagubiony w jej błękitnych oczach, ciemniejszych od jego oczu. Nigdy nie widział włosów tak ciemnych, kontrastujących ze skórą tak białą. Wyglądała jak obraz, siedząc na ławce.

– Czy nie byłoby przyjemnie, gdyby niesnaski pomiędzy narodami dały się rozwiązać w taki prosty sposób: dwoje ludzi siedzących na ławce w letnie popołudnie i spoglądających na jezioro. Moglibyśmy omówić sporne kwestie i dojść do zgody, żeby młodzi mężczyźni nie musieli umierać na polach walki.

Po tych słowach ponownie zmarszczyła brwi, bo przypomniały jej o braciach narażonych na niebezpieczeństwo.

– Byłoby miło. Mój starszy brat uważa, że wojna wkrótce się skończy.

– Chciałbym się z nim zgodzić – powiedział uprzejmie. – Niestety, jeśli mężczyźni raz dostaną broń do rąk, nie wypuszczą jej tak łatwo. To może się ciągnąć latami.

– Mam nadzieję, że pan się myli – powiedziała cicho.

– Ja też. – Znowu zrobił zakłopotaną minę. – Zachowuję się bardzo niegrzecznie. Jestem Antoine de Vallerand.

Wstał, ukłonił się i usiadł z powrotem. A ona uśmiechnęła się do niego.

– Nazywam się Beata Wittgenstein – przedstawiła się.

– Skąd pani tak dobrze zna francuski? – spytał. – Pani francuski jest prawie doskonały, bez żadnego akcentu. Właściwie mówi pani jak paryżanka.

Nigdy by nie zgadł, że dziewczyna jest Niemką. Zafascynowała go to i nawet kiedy usłyszał jej nazwisko, nie przyszło mu do głowy, że jest Żydówką. W przeciwieństwie do większości osób z jego środowiska, nie robiło to mu różnicy. Nawet o tym nie myślał. Widział tylko piękną, inteligentną młodą kobietę.

– Uczyłam się francuskiego w szkole – wyjaśniła.

– Wcale nie, a jeśli tak, jest pani znacznie zdolniejsza ode mnie. Ja uczyłem się w szkole angielskiego, ale nie potrafię wydukać ani słowa. A mój niemiecki jest absolutnie koszmarny. Nie mam pani zdolności. Jak większość Francuzów. Znamy francuski i niewiele więcej. Zakładamy, że cały świat nauczy się francuskiego, żeby z nami rozmawiać, więc mam szczęście, że pani się nauczyła. Czy zna pani także angielski?

Podejrzewał, że zna. Chociaż nic o niej nie wiedział i wyczuwał w niej pewną nieśmiałość, wywarła na nim wrażenie osoby wyjątkowo bystrej i zdumiewająco łatwej w obejściu. Sama się dziwiła, że tak swobodnie się przy nim czuje. Mimo że obcy, dawał jej poczucie bezpieczeństwa.

– Znam angielski – przyznała – ale nie tak dobrze jak francuski.

– Chodzi pani do szkoły? – spytał.

Wydawała mu się bardzo młoda. On miał trzydzieści dwa lata, dwanaście lat więcej od niej.

– Nie. Już nie. Skończyłam – odpowiedziała nieśmiało. – Ale dużo czytam. Chciałabym pójść na uniwersytet, ale ojciec mi nie pozwolił.

– Dlaczego? – zdziwił się, a potem zreflektował się i powiedział z uśmiechem: – Uważa, że pani powinna wyjść za mąż i mieć dzieci. Nie potrzebuje pani uniwersyteckiego wykształcenia. Mam rację?

– Tak, całkowitą.

– I nie chce pani wyjść za mąż?

Coraz bardziej przypominał jej Ulma. Miała wrażenie, że Antonie jest jej starym przyjacielem, a on czuł się z nią równie swobodnie. Mogła rozmawiać z nim całkowicie szczerze, co jej się rzadko zdarzało. Zwykle mężczyźni budzili w niej skrępowanie.

– Nie chcę wychodzić za mąż, dopóki się nie zakocham – odpowiedziała z prostotą, a on przytaknął.

– To brzmi rozsądnie. Czy pani rodzice zgadzają się z tą koncepcją?

– Nie jestem pewna. Ich małżeństwo było zaaranżowane i uważają, że to dobrze. Chcą też, żeby moi bracia się pożenili.

– Ile lat mają pani bracia?

– Dwadzieścia trzy i dwadzieścia siedem. Jeden jest bardzo poważny, a drugi tylko chce się bawić i jest trochę dziki. – Uśmiechnęła się niepewnie do Antoine’a.

– Całkiem jak mój brat i ja.

– Ile on ma lat?

– Jest pięć lat młodszy. Ma dwadzieścia siedem lat, jak pani starszy brat, a ja jestem zgrzybiałym trzydziestodwuletnim starcem. Postawili już na mnie krzyżyk. – On też postawił, aż do tej chwili.

– Którym pan jest?

– Którym? – Przez chwilę miał pusty wyraz twarzy, a potem zrozumiał. – Ach tak, on jest ten dziki. Ja jestem nudziarzem. – Potem się zreflektował. – Przepraszam, nie chciałem sugerować, że pani starszy brat jest nudny. Po prostu poważny, tak sobie wyobrażam. Ja zawsze byłem odpowiedzialny, w przeciwieństwie do brata. On jest zbyt zajęty zabawą, żeby myśleć o odpowiedzialności. Może ma rację. Ja jestem znacznie spokojniejszy.

– Nie jest pan żonaty? – zapytała z zaciekawieniem.

To spotkanie stanowiło przedziwny przypadek. Zadawali sobie pytania, jakich nigdy nie odważyliby się zadać na balu, na przyjęciu czy w salonie. Tutaj jednak, na ławce z widokiem na jezioro, wydawało jej się całkowicie stosowne pytać go o wszystko, co chciała wiedzieć. Zainteresował ją. Chociaż tak uderzająco przystojny, miał w sobie jakąś zachwycającą uczciwość. Wyglądał na bałamuta i mógł ją okłamywać, ale tak nie myślała. Wierzyła w każde jego słowo i czuła, że on również jej wierzy.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin