Nora Roberts - Prawdziwe klamstwa.pdf

(1198 KB) Pobierz
171742348 UNPDF
PROLOG
Z ogromnym trudem udało jej się zachować godnie i opanować mdłości. To nie był zły sen. Nie
były to też jakieś mroczne wyobrażenia, z których otrząsnęłaby się o brzasku. A jednak wszystko
działo się w zwolnionym tempie, jak we śnie. Usilnie starała się przedostać przez grubą zasłonę
wodną, za którą widziała wokół siebie twarze ludzi. Mieli wygłodniałe oczy i otwarte usta, jak
gdyby chcieli ją połknąć. Ich głosy odpływały i przypływały niczym uderzanie fal o skały.
Wewnątrz przemarzniętego ciała jej serce waliło dziko jak wjakimś szalonym tangu.
Nogi jej drżały, ale zdecydowanymi ruchami rąk rozpychała tłum, by dostać się na schody
gmachu sądu. Oczy łzawiły jej od słońca, więc zaczęła szukać okularów. Pomyśleliby, że płacze.
Nie mogła pozwolić, żeby widzieli, co przeżywa. Jedyną jej obroną było milczenie.
Potknęła się i na moment wpadła w panikę. Nie mogła upaść, bo opadliby ją reporterzy i
ciekawscy - warcząc, kłapiąc zębami i szarpiąc jak dzikie psy zająca. Przez te kilka metrów
musiała trzymać się prosto, odgrodzona od nich milczeniem. Tyle nauczyła ją Ewa.
Nigdy im nie pokazuj, że jesteś przerażona, dziewczyno.
Ewa. Chciało jej się krzyczeć. zasłonić twarz rękami i krzyczeć, krzyczeć, aż opuści ją cały
gniew, strach i żal.
Wrzeszczeli coś do niej, zadawali jakieś pytania. Mikrofony kłuły ją w twarz jak małe,
śmiercionośne strzały, podczas gdy ekipy reporterów pracowicie wystukiwały sprawozdania z
po¬stawienia Julii Summers w stan oskarżenia pod zarzutem mo¬rderstwa.
- Suka! - krzyknął ktoś chrapliwym, przepełnionym nienawiś¬cią głosem. - Dziwka bez serca!
Miała ochotę zatrzymać się i odkrzyknąć: Skąd wiesz, jaka jestem?! Skąd wiesz, co czuję?!
Ale drzwi limuzyny otworzyły się i weszła do środka. W chłod¬nym, klimatyzowanym wnętrzu, za
przyciemnionymi szybami po¬czuła się bezpieczna. Tłum falował i napierał na ustawione wzdłuż
krawężnika barierki. Rozwścieczone twarze pochylały się nad nią jak sępy nad ociekającymi
krwią zwłokami. Gdy samochód posuwał się z wolna, patrzyła przed siebie; dłonie miała
zaciśnięte w pięści, a oczy suche.
Nic nie powiedziała, gdy siedzący obok mężczyzna przygotował jej drinka. Wysoko na dwa palce
brandy. Pociągnęła łyk, a on zapytał spokojnie i prawie obojętnie głosem, który tak kochała:
- Zabiłaś ją, Julio?
1
Była legendą. Produktem czasu, talentu i własnej nieubłaganej ambicji. Ewa Benedict. Kochali ją
mężczyźni młodsi od niej o trzydzieści lat. Zazdrościły jej kobiety. Kłaniali jej się dyrektorzy studia
świadomi, że teraz, gdy przy produkcji filmów decydował głos księgowych, jej nazwisko jest na
wagę złota. W czasie swojej kariery, która trwała blisko pięćdziesiąt lat, Ewa Benedict poznała co
to wzloty i upadki, i potrafiła je wykorzystać.
Robiła co chciała, zarówno w życiu osobistym, jak i zawodo¬wym. Jeśli jakaś rola ją
zainteresowała, starała się o nią z taką samą zawziętością, z jaką walczyła o swoją pierwszą rolę.
Jeśli pożądała jakiegoś mężczyzny, zastawiała na niego sidła i rezygnowała z niego dopiero
wtedy, gdy sama tak zdecydowała i, jak lubiła się tym chełpić, nie zachowując niechęci i nie
pozostawiając urazy. Wszyscy jej dawni kochankowie, a były ich legiony, pozostali jej
przyjaciółmi. Albo mieli na tyle zdrowego rozsądku, żeby takich udawać.
W wieku sześćdziesięciu siedmiu lat Ewa zachowała piękną twarz i wspaniałą figurę, które
zawdzięczała zarówno własnej dyscyplinie, jak sztuce chirurgicznej. Nad swoim wizerunkiem
pracowała przez ponad pół wieku nadając mu obecny, doskonały kształt. Wykorzystywała i
własne rozczarowania, i sukcesy, stały się one bronią, której bano się i którą szanowano w
królestwie Hollywoodu.
Kiedyś była boginią. Obecnie stała się królową o przenikliwym umyśle i ostrym języku. Niewielu
wiedziało, co czuje, ale nikt nie znał jej tajemnic.
- Gówno! - Ewa rzuciła scenariusz na wyłożoną kafelkami podłogę solarium, po czym kopnęła go
jeszcze i zaczęła szybkimi krokami przemierzać pokój. Jak zawsze w jej ruchach, pełnych
elegancji, kryła się zmysłowość. - Wszystko, co przeczytałam w tym miesiącu, to gówno.
Jej agentka, pulchna, o łagodnym wyglądzie i żelaznej woli kobieta, wzruszyła ramionami i upiła
łyk popołudniowego koktajlu. - Mówiłam ci, Ewo, że to tandeta, ale chciałaś przeczytać.
- Tandeta, powiedziałaś. - Ewa wyjęła z majolikowego naczynia papierosa i sięgnęła do kieszeni
spodni po zapałki. - W tandecie coś zawsze się znajdzie. Robiłam mnóstwo tandety i
powodowałam, że nabierała blasku. T o - znów kopnęła scenariusz - to jest gówno.
Margaret Castle znów upiła łyk soku grejpfrutowego z dodat¬kiem wódki.
- Znowu masz rację. Ten miniserial...
Ewa odwróciła gwahownie głowę i rzuciła j.ej szybkie, ostre jak skalpel spojrzenie.
- ... Jakkolwiek to nazwiesz, rola Marilou jest dla ciebie doskonała. Od czasu Scarlett nie było
bardziej upartej i bardziej urzekającej zarazem piękności z Południa.
Ewa wiedziała o tym i już wcześniej zdecydowała, że przyjmie propozycję. Ale nie lubiła zbyt
szybko się poddawać. Nie chodziło o jej godność, lecz o wizerunek.
- Trzy tygodnie na planie w Georgii - mamrotała. - Tylko aligatory i komary, cholera jasna!
- Kochanie, twoi partnerzy seksualni to twoja sprawa.¬Słysząc te słowa Ewa parsknęła
śmiechem. - Lecz muszę cię zawiadomić, że obsadzili Petera Jacksona w roli Roberta.
- Kiedy się o tym dowiedziałaś? - Jasnozielone oczy Ewy zwęziły się nagle.
- Przy śniadaniu. - Maggie uśmiechnęła się i usiadła głębiej na wiklinowej, białej, pastelowo
wyściełanej sofie. - Pomyślałam, że może cię to zainteresować.
Wciąż chodząc, Ewa się zastanawiała.. Wydmuchnęła długą smugę dymu.
- Ma wygląd lalusia, ale jest znakomity. Bieganie po bagnach może się okazać całkiem warte
zachodu.
Teraz, gdy przynęta chwyciła, Maggie przystąpiła do wyciągania zdobyczy.
- Zastanawiają się nad Justine Hunter w roli Marilou.
- To beztalencie? - Ewa bardziej energicznie wydmuchnęła dym. - Zmarnowałaby ten film. Nie ma
ani dość talentu, ani inteligencji do roli Marilou. Widziałaś ją w "Północy"? Jezu! Wyróżniała się
tylko biustem.
Reakcja była dokładnie taka, jakiej Maggie oczekiwała. - W "Pierwszeństwie" zagrała bardzo
dobrze.
- Ponieważ zagrała samą siebie, kocmołucha z sieczką w głowie. Boże, Maggie, ona jest
beznadziejna!
- Telewidzowie znają jej nazwisko i... - Maggie wzięła jeszcze jedno marcepanowe ciasteczko - ...
jest w odpowiednim do tej roli wieku. Marilou ma mieć około czterdziestu pięciu lat.
Ewa obróciła się w koło. Stała oświetlona promieniami słońca, papieros sterczał w jej palcach jak
broń. Ona jest wspaniała¬pomyślała Maggie czekając na wybuch. Ewa Benedict, z jej
wyrazistymi rysami, pełnymi czerwonymi wargami i gęstymi, lśniącymi, czarnymi jak heban
włosami była wspaniała. Jej ciało stanowiło przedmiot męskich fantazji: było długie i szczupłe, o
pełnych piersiach. Całe odziane w jedwab, jej znak rozpoznawczy.
Uśmiechnęła się tym sławnym, szybkim jak błyskawica uśmie¬chem, który widzów pozostawiał
bez tchu. Następnie odrzuciła do tyłu głowę i śmiała się długo, ze zrozumieniem.
- Poddaję się, Maggie. Do diabła, za dobrze mnie znasz.
Maggie skrzyżowała pulchne nogi.
- Po dwudziestu pięciu latach powinnam.
Ewa podeszła do barku, żeby nalać sobie w wysoką szklankę soku pomaraIiczowego,
pochodzącego z owoców jej własnych drzew. Dodała sporą porcję szampana.
- Zacznij pracować nad umową.
- Już zaczęłam. Ten film zrobi z ciebie bogatą kobietę.
- Ja jestem bogatą kobietą. - Ewa wzruszyła ramionami i zgasiła papierosa. - Obydwie jesteśmy.
- A więc będziemy bogatsze. - Maggie wzniosła szklankę w toaście, upiła łyk i zagrzechotała
kawałkami lodu. - A teraz powiedz mi, po co właściwie zaprosiłaś mnie tu dzisiaj?
Ewa pociągnęła łyk, opierając się o barek. W jej uszach świeciły brylanty, stopy miała bose.
- Ty naprawdę znasz mnie bardzo dobrze. Myślę o innym przedsięwzięciu. Rozważam je od
pewnego czasu i potrzebuję twojej pomocy.
- Mojej pomocy? Nie mojej opinii? - Maggie wygięła w łuk cienkie blond brwi.
- Twoja opinia jest zawsze dobrze widziana. Jako jedna z nielicznych.
Ewa usiadła w wyściełanym wiklinowym fotelu z wysokim oparciem. Widziała stąd swój ogród:
troskliwie pielęgnowane kwiaty, starannie przystrzyżone żywopłoty. Z marmurowej fontan¬ny
wypływała woda i połyskiwała w sadzawce wokół niej. Dalej był basen, a za nim domek gościnny
- wierna kopia domu w stylu Tudorów z jednego z jej najgłośniejszych filmów. Za kępą palm
znajdowały się korty tenisowe, z których robiła użytek przynajmniej dwa razy w tygodniu, poletko
do gry w golfa, które przestało ją interesować, i strzelnica, którą kazała zainstalować dwadzieścia
lat temu, po morderstwach Mansona. Był tam także gaj pomarańczowy, garaż na dziesięć
samochodów i sztuczna laguna; wszystko zamknięte sześciometrowej wysokości kamien¬nym
murem.
Zapracowała na każdy centymetr kwadratowy swojej posiadłości w Beverly Hills. Podobnie jak
pracowała nad tym, by symbol seksu o zachrypniętym od dymu głosie przemienił się w
szanowaną aktorkę. Były poświęcenia, lecz rzadko o nich myślała. Było cierpienie. Tego nigdy
nie zapomniała. Wdrapywała się na szczyt pazurami po drabinie śliskiej od potu i krwi - i
pozostała na nim przez długi czas. Ale była tam samotna.
- Opowiedz mi o swoim projekcie - odezwała się Maggie. ¬Powiem ci, co o tym myślę, a potem ci
pomogę.
- Jakim projekcie?
Na dźwięk męskiego głosu obydwie kobiety spojrzały w kierunku drzwi. Głos miał lekki brytyjski
akcent, który doda\}'ał mu szlachet¬ności, chociaż mężczyzna ten nie mieszkał w Anglii więcej
niż dziesięć ze swoich trzydziestu pięciu lat. Domem Paula Winthropa była Kalifornia.
- Spóźniłeś się. - Ewa wyciągnęła do niego obie ręce.
- Tak? - Ucałował jej dłonie, potem policzki. Były delikatne, aksamitne niczym płatki róży. - Cześć,
ślicznotko. - Podniósł jej szklankę i pociągnął łyk. - Najlepsze pomarańcze w całym kraju. Cześć,
Maggie.
- Cześć, Paul. Chryste, z dnia na dzień stajesz się bardziej podobny do twojego ojca.
Załatwiłabym ci zdjęcia próbne w mgnie¬niu oka.
Znów napił się i oddał szklankę Ewie.
- Któregoś dnia cię o to poproszę ... jak piekło zamarznie.
Był wysoki, szczupły, lecz muskularny. Miał włosy koloru spłowiałego mahoniu, cerę ogorzałą od
szybkiej jazdy w otwartym kabriolecie, długi, prosty nos, zapadnięte policzki i głęboko osadzone
niebieskie oczy otoczone siateczką drobniutkich zmarsz¬czek, które są przekleństwem dla
kobiety, ale u mężczyzny świadczą o charakterze. Usta miał mocne i pięknie zarysowane. W
podob¬nych ustach Ewa zakochała się dwadzieścia pięć lat temu. Były to usta jego ojca.
Podszedł do baru.
- Jak się ma stary łajdak? - zapytała Ewa.
- Cieszy się piątą żoną przy stolikach w Monte Carlo.
- Ach, ten Rory! Nigdy niczego się nie nauczy. Kobiety i hazard zawsze były jego słabością•
- Na szczęście miał zawsze niesamowity fart do jednego i drugiego. - Paul, ponieważ tego
wieczoru miał zamiar pracować, pił czysty sok. Dla Ewy, tak jak dla nikogo innego by tego nie
zrobił, zmienił swój plan dnia.
Ewa bębniła palcami o oparcie fotela. Była żoną Rory'ego Winthropa przez krótkie, lecz burzliwe
dwa lata ćwierć wieku temu i niezupełnie zgadzała się z opinią jego syna.
- Ile ta ma lat, trzydzieści?
- Tak pisze prasa. - Paul z rozbawieniem obserwował, jak Ewa nerwowo sięga po następnego
papierosa.
- No, ślicznotko, nie mów mi, że jesteś zazdrosna.
Gdyby zasugerował to ktokolwiek inny, rozszarpałaby go na strzępki. Wzruszyła ramionami.
- Nie cierpię, jak robi z siebie głupca. Poza tym za każdym razem, gdy się w coś wda,
przypominają listę jego byłych żon i kochanek. - Twarz Ewy przesłonił na moment obłok dymu,
ale podwieszony u sufitu wentylator natychmiast go rozproszył. - Nie cierpię, jak moje nazwisko
kojarzone jest z nazwiskami nie naj¬ciekawszych aktoreczek.
- Ależ twoje błyszczy najjaśniej. - Paul oddał jej honor podniesioną szklanką. - Tak jak powinno.
- Jak zawsze właściwe słowa we właściwym czasie. - Ewa uśmiechnęła się z zadowoleniem, ale
palcami bębniła niespokojnie w poręcz fotela. - Po tym właśnie poznaje się dobrego
powieś¬ciopisarza. Zresztą z tego między innymi powodu ciebie tu dzisiaj zaprosiłam.
- Między innymi?
- Też dlatego, że gdy jesteś w trakcie pisania książki, nie widuję cię dość często. - Znów
wyciągnęła do niego rękę.¬Możliwe, że twoją macochą byłam krótko, ale ty wciąż jesteś moim
jedynym synem.
Wzruszony podniósł jej rękę do ust.
- I wciąż jesteś jedyną kobietą, którą kocham.
- Bo jesteś cholernie wybredny. - Ewa ścisnęła mu palce. _ Nie zaprosiłam was obojga tutaj ze
względu na sentyment. Po¬trzebuję waszej zawodowej porady. - Wiedząc, jakie znaczenie mają
umiejętnie rozmieszczone pauzy, głęboko zaciągnęła się dymem. - Zdecydowałam się napisać
wspomnienia.
- Chryste! - jęknęła Maggie, a Paul tylko uniósł brwi.
- Dlaczego?
Tylko ktoś obdarzony wyczulonym słuchem mógłby usłyszeć w głosie Ewy lekkie wahanie.
Potrafiła nie pokazywać po sobie emocji.
- Zaczęłam się zastanawiać,-kiedy spadła na mnie nagroda za całoksztah osiągnięć.
- To był zaszczyt, Ewo - wtrąciła Maggie - nie kopniak w tyłek.
- To było i jedno, i drugie. Moje osiągnięcia zostały uhonoro¬wane, ale moje życie - i moja praca -
dalekie są jeszcze od zakończenia. Mówiąc szczerze, dzięki tej nagrodzie zaczęłam
za¬stanawiać się nad faktem, że pięćdziesiąt lat, które spędziłam w tym interesie, nie były wcale
nudne. Wątpię, czy nawet komuś z Paula wyobraźnią mogła się przyśnić bardziej interesująca
historia ... i z tak różnorodnymi postaciami. - Jej usta wykrzywił grymas niechęci, ale i
rozbawienia. - Niektórzy nie będą zadowoleni, jak zobaczą wydrukowane swoje nazwiska i swoje
małe tajemnice.
- A ty nic bardziej nie lubisz niż wywoływać poruszenie ¬mruknął Paul.
- Masz rację - zgodziła się Ewa. - A dlaczego nie? Jeśli od czasu do czasu nie zamieszasz w
garnku, to potrawa przywrze do dna i się przypali. Mam zamiar być szczera, brutalnie szczera.
Nie będę traciła czasu na biografię, którą się czyta jak informację biura prasowego albo list od
wielbiciela. Potrzebuję kogoś, kto nie będzie wygładzać moich słów ani ich przeinaczać. Kogoś,
kto przedstawi moją historię taką, jaka jest. - Roześmiała się, widząc wyraz twarzy Paula. - Nie
martw się, kochanie, nie proszę cię, żebyś się podjął tego zadania.
- Rozumiem jednak, że upatrzyłaś sobie kogoś. - Wziął od niej szklankę, żeby nalać jeszcze
drinka. - Czy dlatego przysłałaś mi biografię Roberta Chambersa w zeszłym tygodniu?
- Co o niej myślisz?
Paul wzruszył ramionami.
- Nieźle napisana jak na ten rodzaj literatury.
- Nie bądź snobem, kochanie. Jak zapewne wiesz, ta książka miała doskonałe recenzje i
utrzymywała się na liście "New York Timesa" przez dwadzieścia tygodni.
- Dwadzieścia dwa - uściślił Paul.
- To ciekawa lektura, jeśli kogoś interesuje pyszałkowata męskość Roberta. Mnie osobiście
zaciekawiło to, że autorce udało się pośród starannie wypracowanymi kłamstwami wyszperać
kilka prawd.
- Julia Summers - wtrąciła Maggie, która długo rozważała, czy wziąć następne ciasteczko. -
Widziałam ją na wiosnę w pro¬gramie "Dzisiaj". Bardzo opanowana, bardzo atrakcyjna. Krążyła
plotka, że ona i Robert byli kochankami. .
- Jeśli byli, to zachowała obiektywność. - Ewa zatoczyła w powietrzu łuk papierosem, a następnie
rozgniotła go w popiel¬niczce. - Zresztą nie mówimy ojej życiu prywatnym.
- Ale o twoim będzie się mówić. - Paul przysunął się do niej bliżej. - Ewo, nie podoba mi się twój
pomysł. Cokolwiek by powiedzieć o kiju i mrowisku, słowa pozostawiają blizny, szczególnie kiedy
posługuje się nimi zręczny pisarz.
- Masz absolutną rację i dlatego właśnie chcę, żeby większość słów była moja. - Gdy próbował
zaprotestować, machnęła ręką z takim zniecierpliwieniem, że zdał sobie sprawę, iż podjęła już
decyzję. - Paul, bez dosiadania twojego literackiego konika, powiedz, co myślisz o Julii Summers
jako profesjonalista?
- To, co robi, robi zupełnie dobrze. Może aż za dobrze. ¬Kiedy to powiedział, poczuł się nieswojo.
- Nie musisz wystawiać się na pastwę ludzkiej ciekawości w taki sposób, Ewo. Przecież nie
potrzebujesz ani pieniędzy, ani popularności.
- Mój drogi chłopcze, nie robię tego dla pieniędzy ani dla popularności. Przecież wiesz, że jak
zawsze chodzi mi o własną satysfakcję. - Ewa rzuciła spojrzenie w kierunku Maggie. Wiedzia¬ła,
że jej głowa już pracuje. - Jesteś moją agentką. Zabieraj się do roboty. Dam ci listę moich
warunków. - Wstała i wycisnęła na policzku Paula pocałunek. - Nie chmurz się. Musisz mi
uwierzyć, że wiem, co robię.
Z wysoko podniesioną głową podeszła do barku, żeby dolać sobie szampana. Miała nadzieję, że
nie przysypie jej lawina, którą właśnie poruszyła.
Julia nie była pewna, czy dostała najbardziej zachwycający prezent gwiazdkowy na świecie, czy
najbardziej kłopotliwy. Stała przy oknie w wykuszu w swoim domu w Connecticut i obserwowała,
jak wiatr miota śniegiem w oślepiającym, białym tańcu. W drugim końcu pokoju w obszernym
kamiennym kominku trzaskał i skwier¬czał ogień. Po obydwu stronach kominka wisiały
jaskrawoczerwone pończochy. Leniwymi ruchami zrobiła ze sreberka gwiazdkę i rzuciła ją na
gałązkę świerka.
Choinka stała pośrodku okna, dokładnie tam, gdzie chciał . Brandon. Razem wybrali prawie
dwumetrowy świerk, dysząc i sapiąc przyciągnęli go do salonu i ubierali przez cały wieczór.
-Brandon wiedział, gdzie ma wisieć każda bombka. Ona wieszałaby ozdoby przypadkowo, lecz
on upierał się, żeby każdy łańcuch rozpinać osobno.
Wybrał już miejsce, gdzie posadzą drzewko w Nowy Rok, zapoczątkowując w ten sposób w ich
nowym domu nową tradycję. Brandon miał dziesięć lat i był fanatykiem tradycji.
Może dlatego, że nigdy nie znał tradycyjnego domu - pomyślała Julia. Spojrzała na ułożone w
sterty prezenty pod choinką. Tam także był porządek. Brandon, jak każdy dziesięciolatek, musiał
potrząsać i grzechotać kolorowo opakowanymi pudełkami, ważyć je w ręku i obwąchiwać. Był
strasznie ciekaw, co w nich jest, i na tyle bystry, że zgadywał ich zawartość. Ale potem pudełka
wracały zawsze dokładnie w to samo miejsce.
Za kilka godzin zacznie błagać matkę, żeby pozwoliła mu otworzyć jeden - tylko jeden - prezent
tego wieczoru, w Wigilię. To także była tradycja. Ona odmówi. On będzie się przymilać. Ona
będzie udawała, że się opiera. On będzie ją przekonywać. W tym roku będą wreszcie obchodzić
Boże Narodzenie w prawdziwym domu. Nie w mieszkaniu w centrum Manhattanu, ale w domu, z
miejscem na bałwana na podwórku i dużą kuchnią, w której można piec ciasteczka. Tak bardzo
chciała dać mu to wszystko. Pragnęła w ten sposób zrekompensować fakt, że nie była w stanie
dać mu ojca.
Odwróciła się od okna i zaczęła chodzić po pokoju. Była niewysoka i drobna. W domu zawsze
nosiła wygodną, za dużą flanelową koszulę i luźne dżinsy. Tu nie musiała być starannie
ubraną, .chłodną i profesjonalną osobą publiczną.
Julia Summers zupełnie inaczej wyglądała i zachowywała się w obecności wydawców,
telewidzów i znanych osobistości, z którymi przeprowadzała wywiady. Zadowolona była ze swojej
umiejętności takiego prowadzenia wywiadu, że o innych dowiadywała się tego, co chciała,
podczas gdy oni bardzo niewiele dowiadywali się o niej.
Zestaw wiadomości dla prasy informował wszystkich, którzy chcieli wiedzieć, że wychowała się w
Filadelfri i była jedynym dzieckiem dwojga wziętych prawników, że uczęszczała na Uniwer¬sytet
B!owna i że jest samotną matką. Wyszczególnione były jej osiągnięcia zawodowe i otrzymane
nagrody. Ale nic tam nie było o piekle, które przeżyła, gdy jej rodzice się rozeszli, ani że urodziła
syna mając zaledwie osiemnaście lat. Nie było wzmianki o jej głębokim smutku po śmierci matki
trzy lata temu ani o kolejnej tragedii - śmierci ojca, od której minęło zaledwie kilkanaście
miesięcy•
Chociaż nigdy nie robiła z tego tajemnicy, niewielu ludzi wiedziało, że została adoptowana jako
sześciotygodniowe niemowlę i że dokładnie, prawie co do dnia, osiemnaście lat później wydała
na świat chłopca, w którego świadectwie urodzenia ojciec figurował jako nieznany.
Julia nie uważała tego za kłamstwo, chociaż, oczywiście, znała nazwisko ojca Brandona. Po
prostu była za dobra w swoim fachu, by zostać zmuszoną do wyjawienia tego, czego wyjawić nie
chciała.
Potrafiła tak pokierować rozmową, by ujawnić prawdziwą twarz drugiego człowieka, ale sama
wciąż kryła się za maską• Pozostała panią Summers z gładko uczesanymi ciemnoblond
wło¬sami i w eleganckim kostiumie. Kiedy pojawiała się w programie Donahue, Carson lub
Oprah, by zareklamować swoją nową książkę, nikt nie widział niepokoju i nerwowości, które się w
niej kłębiły.
Lecz kiedy wracała do domu, chciała być tylko Julią• Matką Brandona. Kobietą, która lubi
gotować dla syna obiad, odkurzać meble i pracować w ogrodzie. Najważniejszą dla niej sprawą
Zgłoś jeśli naruszono regulamin