Pierre La Mure
Moulin Rouge
Powieść o życiu Henryka de Toulouse-Lautreca
Przełożyła Jadwiga Dmochowska
Kurtyna się podnosi
I
- Nie ruszaj się, proszę, maman! (mama) Będę robił twój portret.
- Jak to, jeszcze jeden! Ależ Henryku, przecież nie dalej jak wczoraj narysowałeś mój portret.
Adela, hrabina de Toulouse-Lautrec, złożyła robótkę w fałdach krynoliny i uśmiechnęła się patrząc z góry na chłopczyka, który siedział przed nią skulony na trawniku.
- Nie zmieniłam się chyba od wczoraj, co? Mam taki sam nos, takie same usta, taką samą brodę...
Objęła spojrzeniem gęstą szopę czarnych loków, błagalne, czarne oczy niemal za duże w małej, wyciętej w kształcie serca twarzyczce, wygniecione ubranko marynarskie, ołówek nachylony nad szkicownikiem w niecierpliwym oczekiwaniu. Riri, najdroższy Riri! Był dla niej wszystkim na świecie, zadośćuczynieniem za rozczarowania, żale, samotność.
- Dlaczego nie zrobisz szkicu Duna? - podsunęła mu pomysł.
- Już to zrobiłem. Nawet dwa razy. - Spojrzał na gordon-settera drzemiącego pod stołem z pyszczkiem między łapami. - Dun śpi teraz, a kiedy śpi nie ma żadnego wyrazu. Zresztą wolę rysować ciebie. Jesteś ładniejsza.
Z powagą przyjęła ten naiwny komplement.
- Zgoda. Ale tylko pięć minut, ani minuty dłużej.
Pełnym wdzięku ruchem zdjęła kapelusz ogrodowy o szerokich skrzydłach, odsłaniając gładko zaczesane, kasztanowe włosy z przedziałkiem pośrodku, jak złożone skrzydła przykrywające uszy.
- Już niedługo czas na spacer. Józef będzie tu lada chwila. Dokąd dziś pojedziemy?
Nie odpowiedział. Ołówek posuwał się już szybko po papierze.
W ciszy słonecznego, wrześniowego popołudnia 1872 roku matka i syn byli sami, oddaleni od świata, szczęśliwi. Dokoła dobrze znane przedmioty, otoczenie drogie sercu, bliskie, nieco stonowane, przyćmione. Dokoła nich trawniki rozścielały swe zielone kobierce; słońce stało jeszcze dość wysoko na niebie. Ptaki plotkowały na krawędziach gniazd, po czym odfruwały w im tylko wiadomych sprawach. Poprzez żółknące liście jaworów rysował się zębaty kontur średniowiecznego zamku z narożnymi wieżami, blankami strzelnic i wąskimi łukami okien.
Przed chwilą stary Tomasz, zażywny i uroczysty w swej granatowej liberii, sprzątnął tacę po herbacie z miną dumną i wyniosłą, jak przystało marszałkowi starożytnej książęcej siedziby, i oddalił się; za nim kroczył Dominik, młodzian w wieku lat pięćdziesięciu ośmiu, mający za sobą zaledwie dwanaście lat służby. Parę minut później ciotka Armandyna złożyła gazetę. Nie była ona niczyją ciotką, tylko daleką krewną, która przybyła przed siedmiu laty na zamek i mieszkała tam dotychczas, choć wizyta jej miała trwać tylko tydzień. Chrząknąwszy z lekka parę razy, oddaliła się pod pozorem, że musi napisać parę listów, co w istocie znaczyło, że chce uciąć małą drzemkę przed obiadem.
Pod wieczór Józef, stangret z bokobrodami w kształcie kotletów, przyjdzie oznajmić, że powóz pani hrabiny czeka. Obiad skromny, lecz uroczysty będzie podany przez starego kamerdynera i lokai w liberiach w ciemnawej, zbyt obszernej i zimnej jadalni obwieszonej ponurymi gobelinami i portretami przodków o twarzach surowych, w pełnej zbroi. Po deserze młody hrabia, na pół senny, wejdzie po monumentalnych schodach na górę do pokoju sypialnego, a matka podąży wkrótce za nim. Usiądzie na krawędzi łóżka, opowie mu o Panu Jezusie, jakim był grzecznym dzieckiem, o Joannie d.Arc i opowie raz jeszcze o pierwszej wyprawie krzyżowej i o tym, jak jego pra-pra-pra-pra-pra-pradziadek Rajmund IV, hrabia Tuluzy, prowadził rycerzy chrześcijańskich do Jerozolimy, aby wyzwolić grób Zbawiciela z rąk niedobrych Turków. Pocałunek, ostatnia pieszczota. Senne: "Bonsoir maman" (dobranoc mamo). Matka podciągnie mu prześcieradło pod samą brodę, zawinie go w kołderkę i rzuciwszy mu pożegnalne spojrzenie, przejdzie do swojej sypialni.
Jedno po drugim zgasną światła w gotyckich oknach. I znowu, tak jak co dzień od wieków, noc rozpostrze swój płaszcz nad zamkiem hrabiów Tuluzy.
- Dokąd dziś pojedziemy? - zapytała znowu matka. - Do starej cegielni czy do kaplicy świętej Anny?
Henryk był tak zajęty, że odpowiedział tylko potakującym kiwnięciem głowy: tu czy tam, wszystko jedno.
Lekka chmura przesłoniła pogodną melancholię jej twarzy. Biedny Riri, nie domyślał się, że będzie to jego ostatnia przejażdżka. Nie wiedział jeszcze, że życie jest wiecznie powtarzającym się pożegnaniem i że jutro może być niepodobne do dzisiaj. Nigdy już nie wdrapie się po stopniach amerykana, nie przytuli się do matki, gdy ona weźmie lejce w rękę; nigdy już nie będzie jechał polnymi drogami paplając, drażniąc Józefa siedzącego z tyłu, na koźle, z założonymi rękami i kamienną twarzą, albo zadając tysiące pytań i rozglądając się dokoła błyszczącymi, chciwymi oczami. Życie zada mu pierwszy okrutny cios. Pęknie pierwsza nić w motku ich silnie z sobą związanych istnień. Z czasem pękać będą kolejno następne nici, aż wreszcie cała tkanina się postrzępi. Henryk pójdzie w świat jak wszyscy chłopcy.
Pani de Toulouse-Lautrec westchnęła, wargi jej zadrżały.
- Nie ruszaj się! - błagał Henryk. - Rysuję właśnie usta, a to najtrudniejsze!
I znów jej oczy spoczęły na małej, skulonej figurce; ściągnięte brwi, dolna warga bezwiednie przygryziona w skupionym wysiłku. Po kim odziedziczył tę zdumiewającą pasję rysunku? Była to zagadka nawet dla niej, która znała każdą nawet najtajniejszą myśl synka, jego upór, jego potrzebę miłości i uznania, jego małe serduszko tak spragnione tkliwego uczucia, że nieraz przerywał zabawę, by przybiec do matki i rzucić się jej na szyję. To zamiłowanie było tym dziwniejsze, że dziecko przejawiało tak małe zainteresowanie sztuką. Ach, to mu przejdzie, tak jak ostatnia decyzja, że zostanie kapitanem marynarki...
- Czy opowiadałam ci kiedy, jak chciałeś narysować wołu jego ekscelencji księdzu arcybiskupowi?
- Temu staremu tłuściochowi, co tu przyjeżdża zjeść obiad?
- Nie "zjeść obiad", Henryku, tylko "na obiad". I - mówiła teraz dobrze mu znanym, surowym głosem - nie trzeba mówić o jego ekscelencji "ten stary tłuścioch".
- Ale on jest tłusty, prawda? - Podniósł na nią okrągłe, zdziwione oczy; tak niewiele jeszcze rozumiał. - Prawie tak tłusty jak stary Tomasz.
- Tak. Ale to jest osoba duchowna i piastuje bardzo wysoką godność. Dlatego całujemy jego pierścień i mówimy: "Tak, wasza wielebność", "Nie, wasza wielebność".
- Ale...
- Tak czy inaczej - ciągnęła z pośpiechem, chcąc uniknąć dalszych dyskusji - było to na chrzcinach twojego brata Ryszarda...
- Brata? Nie wiedziałem, że mam brata. Gdzież on jest?
- Wrócił do nieba. Żył tylko kilka miesięcy.
- Oo! - zawód jego był szczery, ale krótkotrwały. - Dlaczego go ochrzczono w takim razie?
- Dlatego, że każdy musi być ochrzczony, żeby pójść do nieba.
- I ja też jestem ochrzczony?
- Oczywiście.
To zaspokoiło zdaje się jego ciekawość, powrócił bowiem do rysunku.
- Więc i ja pójdę do nieba, jak umrę. - Głos jego zdradzał głębokie przekonanie, ale ani cienia radości.
- Może... jeżeli będziesz grzeczny i jeśli będziesz całym sercem kochał Boga.
- Nie mogę - powiedział z pewnością w głosie. - Nie mogę kochać go całym sercem, bo więcej kocham ciebie.
- Nie wolno ci tak mówić, Henryku.
- Ale kiedy to prawda! - utkwił w niej oczy pełne dziecięcej przekory. - Przecież ja ciebie więcej kocham.
Oparła ręce na kolanach i przyglądała mu się bacznie. Wiedziała, że chłopiec nie ustąpi w tej sprawie. Może zresztą żądała za wiele od dziecka wymagając, by kochało Boga, który nigdy go nie ucałował, nigdy nie otulił kołderką...
- No, już dobrze, dobrze. Ja także cię kocham, Henryku - powiedziała czując, że chłopiec czeka na to zapewnienie. - A teraz przestań mi przerywać, inaczej nigdy ci nie opowiem historyjki z tym wołem. Działo się to cztery lata temu, byłeś jeszcze małym, trzyletnim bąkiem...
Przyciszonym, drgającym tkliwością głosem opowiedziała mu o chrzcinach jego braciszka Ryszarda, którego wcale nie pamiętał. Po ceremonii arcybiskup zaprowadził gości do zakrystii, gdzie mieli złożyć podpisy w księdze parafialnej. Wówczas Henryk, który był dotąd bardzo grzeczny, uparł się, że i on podpisze się "w tej wielkiej księdze".
"Ależ, moje dziecko - perswadował mu dostojnik Kościoła - jakże możesz złożyć swój podpis, skoro nie umiesz jeszcze pisać".
Henryk odpowiedział wyniośle: "W takim razie narysuję wołu!".
Opowiadanie nie zdawało się go zbytnio interesować. Śmiałym ruchem kreślił ostatnie pociągnięcia ołówkiem.
- Gotowe!
Podał matce szkic z triumfującym uśmiechem. [1]
- Widzisz, nawet niecałe pięć minut!
Udawała, że zachwyca się portretem.
- Ach, jaki ładny! Jesteś prawdziwym artystą. - Położyła szkicownik na ławce ogrodowej. - Usiądź przy mnie, Riri.
Od razu nastawił uszu. Nikt poza maman nie nazywał go Riri, a i ona mówiła tak do niego tylko w wyjątkowych okazjach. To zdrobnienie było dla nich jakby tajemniczym hasłem. Bywało nieraz zapowiedzią wyjątkowych łask - na przykład, jeśli zachowywał się bardzo przykładnie podczas mszy świętej albo jeśli doliczył do stu, czasem jednak zwiastowało jakąś ważną, a niemiłą wiadomość.
- Masz już siedem lat - zaczęła matka, kiedy przytulił się do niej - jesteś dużym chłopcem. Chcesz być kapitanem wielkiego statku, prawda? Żeglować po całym świecie i szkicować lwy, tygrysy i dzikusów?
Kiwnął głową bez wielkiego przekonania, wtedy matka przytuliła go mocniej do siebie jakby chcąc złagodzić cios.
- A więc już czas, żebyś poszedł do szkoły.
- Do szkoły? - powtórzył z niejasnym niepokojem. - Ale ja nie chcę pójść do szkoły.
- Wiem, moje maleństwo, a jednak trzeba. Wszyscy chłopcy idą do szkoły. - Ręka jej pieszczotliwie gładziła czarne, kędzierzawe włosy. - W Paryżu jest taka duża szkoła, nazywa się "Fontanes". Chodzą do niej sami grzeczni chłopcy. Grają w różne gry i doskonale się bawią. Naprawdę doskonale.
- Ale ja nie chcę iść do szkoły!
Oczy dziecka napełniły się łzami. Nie bardzo rozumiał, co matka miała na myśli, ale miał uczucie, że świat dookoła niego wali się w gruzy: spacery amerykanem, lekcje z maman albo ciotką Armandyną, przejażdżki na kucyku Bębenku u boku Józefa, wizyty w stajni, portrety chłopców stajennych, zabawy w chowanego z Anną w korytarzach zamku...
- Tsss! - Maman przyłożyła palec do ust. - Grzeczny chłopiec nigdy nie mówi: "Ja nie chcę". I nie trzeba płakać. Żaden Toulouse-Lautrec nie płacze.
Osuszyła mu łzy, wytarła nos tłumacząc, że ktoś, kto nosi nazwisko Toulouse-Lautrec, nie może płakać ani pociągać nosem, musi być zawsze uśmiechnięty i dzielny jak jego pra-pra-pra-pra-pra-pradziadek Rajmund, który dowodził pierwszą wyprawą krzyżową.
- Zresztą - dodała - Józef i Anna pojadą z nami.
- Naprawdę?
Ta wiadomość pocieszyła trochę chłopca.
Anna była to stara niania maman. Była bardzo niziutka, w pomarszczonej twarzy błyszczały niebieskie oczy. Nie miała już zębów i tak wciągała wargi, że zdawało się, że nie ma także ust. Od rana do wieczora dreptała po korytarzach zamku, a skrzydła jej białego czepka powiewały jak skrzydła ptaka. Kiedy przędła wełnę w swoim pokoju, pozwalała Henrykowi siadać przy sobie na podnóżku i drżącym falsetem śpiewała mu ballady prowansalskie.
Obecność Józefa także dodawała otuchy. Był zawsze cząstką najbliższego otoczenia, tak jak stary Tomasz, jak jawory w ogrodzie, jak rodzinne portrety w jadalni. Choć rzadko się uśmiechał, był niezawodnym przyjacielem nie mówiąc już o tym, że stanowił wspaniały model do portretów w tym swoim cylindrze z kokardką z boku, białych spodniach i granatowym fraku.
- A to jeszcze nie koniec - ciągnęła dalej maman. - W Paryżu zobaczysz... Zgadnij kogo? - Poczekała sekundę, zanim wyjawiła największą atrakcję. - Zobaczysz papę!
- Papę!
Ach, w takim razie rzeczy przedstawiały się w zupełnie innym świetle. Papa był cudowny. Z chwilą, gdy przyjeżdżał do zamku, zapominało się o lekcjach. Plan zajęć szedł w kąt. Życie nabierało smaku, stawało się podniecające, pełne niespodzianek. Nawet stare zamczysko zdawało się budzić ze snu, rozbrzmiewało echem kroków w długich butach do konnej jazdy, dźwiękiem rozkazującego głosu. Zaczynały się dalekie spacery z papą, który strzelał z bata, opowiadał wstrząsające historie o koniach, polowaniach i wojnach.
- Czy zamieszkamy w jego zamku? - Zachwyt zalśnił w oczach dziecka.
- W Paryżu ludzie nie mieszkają w zamkach. Mieszkają w pałacach albo w pięknych apartamentach z balkonami, z których widać, co się dzieje na ulicy.
- Ale będziemy mieszkać razem z nim? - nalegał uparcie.
- Tak, w każdym razie przez pewien czas. Będzie cię zabierał ze sobą na spacery do Lasku Bulońskiego. Jest to ogromny las z jeziorem pośrodku, na którym ludzie ślizgają się zimą. Bo w Paryżu zimą bywa śnieg. Zabierze cię także do cyrku. Są tam prawdziwe lwy i słonie, i klowni. Tyle jest ciekawych rzeczy w Paryżu... Karuzele, teatry marionetek...
Henryk słuchał słów matki z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi wargami, zapominając otrzeć łzy, które drżały mu jeszcze na rzęsach.
W ciągu następnych dni panował w zamku wielki rozgardiasz. Służba biegała na wszystkie strony jak stadko spłoszonych kur. Maman, zamiast bawić się z synkiem, prowadziła długie rozmowy ze starym Tomaszem, z Augustem, starszym ogrodnikiem, z Szymonem, który opiekował się stajnią. Na korytarzach pełno było otwartych kufrów. Skończyły się lekcje konnej jazdy.
Po tygodniu takich przygotowań nastąpiła wzruszająca chwila wyjazdu z nieodłącznymi "Au revoir" (do widzenia), pospiesznymi pocałunkami w oba policzki, zgiełkiem na stacji i lokomotywą buchającą kłębami pary niczym rumak przed bitwą. A potem szereg niezwykłych odkryć: przedział ze sprężynowymi siedzeniami, siatkami na bagaże i dziwacznymi oknami, które można było podnosić albo opuszczać.
Trzy przeciągłe gwizdki, zgrzyt żelaznych kół o szyny i stacja pełna ludzi poczęła cofać się i oddalać.
Otaczająca Albi równina przesuwała się teraz przed oczami dziecka: drzewa, rzeki, kryte dachówką fermy, których nigdy jeszcze nie widział.
- Patrz, maman! Patrz!
Ciekawe z początku widoki stały się jednostajne, a nawet nudne.
Henryk zasnął.
Kiedy się obudził, pociąg mknął już przez przedmieścia Paryża. Chłopiec przylepił twarzyczkę do szyby.
- Patrz, maman! Deszcz pada!
Widział teraz wysokie, kwadratowe, brzydkie domy kryte łupkową dachówką, z suszącą się w oknach bielizną. Gdzieniegdzie w górę strzelały kominy fabryczne. Pomiędzy drzewami widoczne były pełne chwastów skrawki ogródków o połamanych płotach. Stosy pogiętego żelastwa rdzewiały na deszczu. Wzdłuż błotnistych ulic nisko spuściwszy głowy spieszyli, niby skrzętne mrówki, mężczyźni i kobiety otuleni w płaszcze. Zamiast błękitnego nieba Albi całun brudnych chmur. Jakież to brzydkie miasto ten Paryż!
Nareszcie z głębokim westchnieniem ulgi lokomotywa stanęła. Jacyś ludzie w granatowych bluzach, mówiący ochrypłym głosem, wtargnęli do przedziału, porwali walizy jak swoją własność i oddalili się ciężkim krokiem. Maman naciągnęła rękawiczki i poprawiła kapelusz.
Na peronie falowało morze wyczekujących twarzy.
A tam, górując nad tłumem, uśmiechnięty, z brodą starannie ostrzyżoną w klin, bardzo piękny w swym lśniącym cylindrze, z laską o złotej gałce pod pachą i białym goździkiem w butonierce stał - papa!
Życie hrabiego Alfonsa de Toulouse-Lautreca upływało wśród przyjęć, które wydawał w swoim pawilonie myśliwskim lub na zamku jednego z przyjaciół. Jeśli nie polował z psami w Anglii, nie był obecny na wyścigach w Longchamps, Ascot albo na Derby w Epsom, polował zazwyczaj na grouse[2] z którymś z arystokratów równie jak on zapalonym do tego sportu albo na dziki w lesie pod Orleanem. Można go było również spotkać na tarasie "Cafe de la Paix" albo "Pre Catelan", jak sączył małymi łyczkami kieliszek kseresu, w foyer opery głaszczącego policzek baletnicy w suto marszczonej tiulowej spódniczce lub w loży pochylonego nad rączką wytwornej damy, by ucałować koniuszki jej palców. Hrabia Alfons de Toulouse-Lautrec wypoczywał po tym pracowitym próżniactwie w swoim apartamencie w hotelu "Perey". Był to hotel dla elity towarzyskiej położony w pobliżu Place de la Madeleine; mieszkał tam po kawalersku, otoczony trofeami jeździeckimi, strzelbami, służbą osobistą i ukochanymi sokołami, które trzymał w zacienionym, w specjalnie do tego celu przystosowanym pokoju.
Od chwili przyjazdu żony i synka cierpiał w milczeniu nad zakłóceniem zwykłego trybu życia i mężnie znosił to brzemię. Zabrał Henryka do Cirque de Hiver i woził na spacery po Lasku Bulońskim. Spacerowali razem po wielkich bulwarach i ogrodach Tuilerii, spędzili całe popołudnie w Jardin des Plantes przyglądając się małpom, tygrysom i ziewającym lwom.
Tego wieczoru hrabia w dalszym ciągu spełniał swój ojcowski obowiązek. Ubrany w wiśniowy smoking, wyciągnąwszy długie nogi w stronę kominka, starał się wytłumaczyć synowi, co to znaczy urodzić się hrabią de Toulouse-Lautrec.
- A więc, mój drogi chłopcze, jego królewska mość i twój pradziad stryjeczny, Pons, wracali sobie truchcikiem przez las Fontainebleau po polowaniu, wspominając szczęśliwe lata młodości, kiedy bawili się z piętnastoletnią wówczas Marią Antoniną. Oczywiście było to przed ową przeklętą rewolucją, zanim zaczął rządzić motłoch...
Sięgnął po stojący przy nim kieliszek koniaku.
- Nagle - tu pociągnął łyk alkoholu, po czym przesunął palcem po wargach - nagle koń twego pradziadka spłoszył się i zrzucił go z siodła.
Henryk, który siedział wyprostowany na brzeżku głębokiego fotela, obitego czerwoną skórą, nie mógł powstrzymać okrzyku współczucia, po chwili zaś dodał:
- Czy pradziadek się zabił?
- Nie, nie zabił się.
- A czy zrobił sobie krzywdę?
- Nie. Każdy jeździec godny tej nazwy nieraz w życiu spadł z konia. To nie żaden wstyd spaść z konia. I mnie się to zdarzyło parę razy. To właściwość tego sportu. Ale wiesz, co zrobił twój pradziad skoro tylko
wstał z ziemi?
- Wsiadł na konia.
- Nie - odrzekł hrabia kręcąc przecząco głową. - Nie, odpiął spodnie i nie ruszając się z miejsca opróżnił pęcherz.
- Czy to znaczy, że zrobił pipi? Przed królem? - zdumiało się dziecko.
- Na brodę świętego Józefa! To właśnie uczynił! A dlaczego? Dlatego, że twój pradziad, stryj Pons, był człowiekiem bardzo dobrze wychowanym, który wiedział, jak się zachować we wszystkich okolicznościach. Znał etykietę dworską. Otóż istnieje stary zwyczaj, że jeśli kto spadnie z konia w obecności króla, winien z miejsca opróżnić pęcherz. Z miejsca! Zapamiętaj to sobie, Henryku, tak aby jeśli kiedykolwiek jego królewska mość odzyska tron, ty zaś towarzyszyłbyś mu konno, a koń twój by się spłoszył i zrzucił cię - żebyś nie zachował się jak głupi mieszczuch, lecz wiedział, co ci zrobić wypada.
Błysnął białymi zębami uśmiechając się do Henryka zza obłoków dymu poobiedniego hawańskiego cygara. Chłopiec patrzył na ojca z uwielbieniem, co sprawiało przyjemność hrabiemu. Jakie to miłe dziecko, ten Henryk. Trochę nieśmiały i naiwny, nafaszerowany katechizmem i podobnymi bajkami, ale czego można się było spodziewać po matce, która chodziła na mszę co niedziela i miała klęcznik w sypialni? Za kilka lat hrabia weźmie w swoje ręce wychowanie chłopca i zrobi z niego dżentelmena.
- Tak, Henryku, taka jest różnica pomiędzy arystokratą a mieszczuchem. Arystokrata zawsze wie, jak ma się zachować, mieszczuch natomiast...
Henryk nie spuszczał oczu z ojca.
Czyż nie był wspaniały? Czy ktokolwiek mógł mieć piękniejszego, bardziej inteligentnego papę? Nawet na ulicy ludzie się za nim oglądali, kiedy przechodził wywijając młynka laską. Wszystko, co było z nim związane, działało na wyobraźnię; mieszkać z nim razem w tym hotelu, słuchać opowiadań, jak należy postępować, gdy się jedzie konno przy boku króla... Choćby samo przesiadywanie z ojcem po obiedzie jak dorosły, zamiast zaraz iść spać, jak to dotychczas bywało, nawet jeżeli trudno było opanować senność.
A ten pokój! Nigdzie na całym świecie nie było chyba podobnego pokoju! Jelenie rogi wiszące na ścianach wykładanych dębową boazerią, srebrne puchary na kominku, strzelby starannie ustawione w oszklonych szafkach, wszędzie pełno rycin przedstawiających konie i jeźdźców. Pachniało tu starą skórą, tytoniem i przygodą. Henryk będzie miał taki sam pokój, jak dorośnie. Będzie chodził z laską o złotej gałce, palił ogromne cygara i pił wszystko to, co pije papa.
- A więc uczyniwszy zadość etykiecie, twój pradziad dosiadł konia i obaj z królem zaczęli na nowo wspominać dawne dobre czasy młodości. Oczywiście król nie był wówczas królem. Nazywano go hrabią d' Artois. A czy wiesz, dlaczego nosił to nazwisko?
Czekał chwilę, po czym uśmiech rozjaśnił jego twarz zakończoną krótką, czarną bródką.
- Naturalnie, że nie wiesz. Więc ci to powiem, ale słuchaj uważnie.
Przechylił się w fotelu i pociągnął łyk koniaku.
- W dawnych, bardzo dawnych czasach Francja dzieliła się na prowincje. Były to Artois, Szampania, Burgundia, Akwitania i inne. Na czele każdej prowincji stał wielki pan, czasem hrabia, a czasem książę. Zależnie od tego prowincje nazywały się hrabstwami albo księstwami. Czasem ten sam wielki pan był zarazem hrabią i księciem. My na przykład byliśmy hrabiami Tuluzy i książętami Akwitanii. To bardzo ważne.
Zamilkł na chwilę, aby umysł dziecka zdążył sobie przyswoić te wiadomości.
- Nigdy, nigdy tego nie zapomnij, Henryku. Byliśmy hrabiami Tuluzy, jak również książętami Akwitanii.
Rola pedagoga była czymś nowym dla hrabiego i sprawiała mu satysfakcję.
- Jesteś śpiący, Henryku?
- Nie papo.
- Dobrze. Byliśmy więc nie tylko hrabiami Tuluzy i książętami Akwitanii, ale także hrabiami Quercy, Louergue, Albi. Byliśmy również markizami Narbonne i Gothia i wicehrabiami Lautrec. Ale - tu utkwił w synku przeszywające spojrzenie, a głos jego przybrał ton uroczysty - przede wszystkim, moje dziecko, nie zapomnij nigdy, że jesteśmy i zawsze byliśmy hrabiami Tuluzy! - Oczy jego nabrały niezwykle łagodnego blasku. - Dziś to ja jestem głową rodu. Kiedyś nastąpi twoja kolej. A potem będzie nią twój syn, a potem jego syn i syn jego syna... I tak dalej, póki będzie istniała Francja.
Zauważył, że oczy Henryka zaszły mgłą.
- No, dosyć na dziś. Jesteś straszliwie śpiący. Idź się połóż chłopcze. I nie zapomnij tego, co ci powiedziałem.
Henryk wstał. Kiedy całował ojca na dobranoc, hrabia przytrzymał go za rękaw.
- Wyrośnie z ciebie dzielny chłopiec, co? - uśmiechnął się. - Józef mi powiedział, że jesteś dobrym jeźdźcem. To wspaniale, mój chłopcze. Na brodę świętego Józefa, jeżeli my, hrabiowie de Toulouse, coś potrafimy, to jeździć konno! W przyszłym roku latem pojedziesz do Loury i weźmiesz udział w polowaniu. Nigdy nie jest zbyt wcześnie uczyć się tych rzeczy. I nic tak nie uczy dobrze siedzieć w siodle, jak polowanie na jelenia.
W ciągu następnego tygodnia Henryk dowiedział się jeszcze wiele o rodzinie hrabiów Tuluzy, wtajemniczono go też w arkana genealogii rodów szlacheckich i nauczono odróżniać jej odcienie.
- Widzisz, mój chłopcze, są hrabiowie i hrabiowie. Tak samo jak są wina i wina, konie i konie i jak się o tym przekonasz za kilka lat, kobiety i kobiety.
Istnieją comtes de petite noblesse[3]. Zwykli chłopi w mizernych, liczących sobie najwyżej sto lub dwieście lat zamkach. Istnieją comtes de robes[4], wywodzący się z palestry, dawni sędziowie, wyżsi urzędnicy oraz inni mali dygnitarze ancien regime[5]. Są też tak śmieszne istoty jak hrabiowie Cesarstwa i nieopisanie groteskowe postacie hrabiów papieskich. Ale o tych nawet mówić nie warto, gdyż ci nie zwiodą nikogo z wyjątkiem dziedziczek wielkich fortun z Chicago.
- Co to jest Chicago? - zapytał Henryk.
- Miasto w Ameryce, gdzie ludzie trudnią się biciem świń i wydają córki za arystokratów z papiermache (masa papierowa). Wielka to szkoda, gdyż Amerykanki są przeważnie diablo ładne. Mniejsza z tym. Są wreszcie prawdziwi hrabiowie, tak jak hrabia de Toulouse-Lautrec, autentyczni, feudalni suwereni. Ci zaś, mój chłopcze, to zupełnie inna para butów, jak zwykł mówić twój pradziadek. Byli to prawdziwi, wielcy panowie, rycerstwo miecza. Rządzili swoimi prowincjami, sprawowali sądy, wydawali prawa, mieli własny dwór, wysyłali lub przyjmowali ambasadorów i wypowiadali wojny. Wypowiedzieliśmy nawet wojnę papieżowi! I chcąc mu dowieść, że to nie żarty, zaczęliśmy od tego, że powiesiliśmy jego ambasadora. W owych czasach byliśmy najmożniejszymi, najznaczniejszymi panami we Francji.
- Znaczniejszymi niż jego ekscelencja arcybiskup?
- Arcybiskup!
Głośny wybuch śmiechu hrabiego Alfonsa napełnił cały pokój.
- Jak to! Hrabia Toulouse-Lautrec wart jest tyle co dwunastu arcybiskupów i jeszcze dwóch-trzech kardynałów na dokładkę. Na brodę świętego Józefa, a któż ci powiedział, że arcybiskup jest osobą znaczną?
- Nikt - odparł szybko Henryk.
Jeśli nie mówił o swoim rodzie, hrabia Alfons pokazywał synkowi broń myśliwską, pozwalał mu przykładać broń do ramienia, żeby nauczył się nią obchodzić. Opowiadał mu o polowaniach konnych albo o sokolnictwie, sport ten był jego największą pasją i uchodził w tej dziedzinie za autorytet światowej sławy.
A potem nagle porzucał wieki średnie, sokoły i polowania i przekształcał się w uroczego bywalca paryskich bulwarów. Kiedy szedł w białych getrach, pociągając cygaro, wysłanym dywanami korytarzem hotelu, pokojówki dygały przed nim i szeptały z zachwytem: "Bonjour, monsieur le comte" (Dzień dobry, panie hrabio). Jeżeli były młode i ładne, klepał je po policzku, jeśli zaś napotkał starą i brzydką, dotykał tylko grzecznie cylindra i przechodził.
Wkrótce jednak obecność żony i dziecka poczęła ciążyć hrabiemu. Szorstko zwracał się do służby, przy posiłkach prawie ust nie otwierał. Skończyły się rozmowy o hrabiach Tuluzy, nie było już odczytów o układaniu sokołów.
- Twój ojciec ma wiele ważnych spraw na głowie - powiedziała kiedyś hrabina synkowi. - Obawiam się, że mu przeszkadzamy.
Tego popołudnia pojechali oboje z matką powozem do wspaniałej kamienicy czynszowej przy bulwarze Malesherbes.
Było tam monumentalne wejście wykładane marmurem, schody pokrywał czerwony dywan, na każdym podeście stały palmy w ogromnych wazonach. Łysy jegomość w surducie poprowadził ich na drugie piętro, tam otworzył drzwi i usunął się, żeby ich przepuścić. Henryk zobaczył przede wszystkim szeroki korytarz ciągnący się przez całą długość mieszkania. Oczywiście trudno go było porównywać z cudownymi korytarzami zamkowymi, w których można się było bawić w chowanego całymi dniami, ale dość obszerny, aby móc pobiegać. Olbrzymi, kryształowy świecznik wisiał jeszcze w pustym salonie.
- Czy ci państwo, co tu mieszkali, zapomnieli go zabrać? - zapytał.
Zajrzeli jeszcze do kilku ogołoconych z mebli pokoi, po czym matka powiedziała:
- To będzie nasz nowy dom, Henryku. Czy myślisz, że go polubisz?
Odpowiedział, że tak i to bardzo.
W kilka dni potem nadeszły meble i rozmieszczono je w pokojach. Wiele rzeczy przysłano z Albi. Henryk z radością witał dobrze znane przedmioty. W buduarze maman znalazł się duży, głęboki fotel i dywan savonnerie[6], na którym stawiał pierwsze swoje kroki. Umieszczono tam również biureczko z różanego drzewa, rozwieszono osiemnastowieczne pastele, a na kominku pojawił się mały zegar alabastrowy, który Henryk znał, odkąd mógł sięgnąć pamięcią. Zdawało mu się chwilami, że w ogóle nie wyjechał z rodzinnego domu.
Pierwszy dzień, który Henryk spędził w szkole, zaznaczył się kilkoma nowymi odkryciami i wzbudził wiele obaw.
Ojciec Mantoy, nauczyciel, zaczął lekcję od wyrecytowania "Modlitwy do Ducha Świętego". Po czym miał krótkie przemówienie do chłopców wstępujących do szkoły Fontanes. Tłumaczył im, jak wielkiego dostąpili przywileju, otrzymają bowiem równocześnie wychowanie chrześcijańskie i wkroczą we wspaniałą dziedzinę wiedzy.
Po czym bez dalszej ceremonii zszedł z katedry i zaczął dyktować:
- Niebo jest błękitne... Śnieg jest biały... Krew jest czerwona. Nasz sztandar jest błękitno-biało-czerwony.
Zatrzymał się i zajrzał przez ramię Henryka.
- Bardzo dobrze, moje dziecko - szepnął. - Bardzo dobrze!
Nie przestając się uśmiechać przechadzał się pomiędzy pulpitami, sutanna szeleściła dokoła jego nóg, ręce miał złożone na plecach.
- Morze jest błękitne. Drzewa są zielone...
Podczas pauzy Henryk był osamotniony. Tak jak mówiła maman, wszędzie było pełno chłopców. Biegali, śmiali się i bawili doskonale. Ale wszyscy zdawali się znać między sobą i widocznie nie mieli wcale zamiaru przyjąć go do swego grona.
Właśnie patrzył z zazdrością jak koledzy fikają kozły, kiedy podszedł do niego jasnowłosy, piegowaty chłopiec w krótkich spodenkach i wykładanym kołnierzyku.
- Jesteś nowy? - zaczął zatrzymując się o parę kroków od Henryka.
- Tak.
- Ja także.
Przez chwilę przyglądali się sobie nawzajem z niczym nie zmąconą, dziecięcą szczerością.
- Kim chcesz być, jak dorośniesz?
- Kapitanem marynarki.
- A ja będę piratem.
Jasnowłosy chłopiec przybliżył się o krok.
...
paddingtons