WATERLOO
Istotne Słowo Wstępne Tak się składa, że jedną z moich licznych manii jest historia, a konkretnie Empire. Zaczęło się to kiedy miałam dwanaście lat i trwa - w większym lub mniejszym natężeniu - do dziś. Drugą manią, ostatnimi czasy uprawianą najintensywniej, jest pisanie, głównie fanfictów. I to naprawdę była tylko kwestia czasu, żeby te dwie moje paranoje wreszcie się spotkały. Zwłaszcza, iż zawsze marzyłam o tym, aby napisać powieść historyczną. Chciałabym też jakoś odwdzięczyć się Silene za pewną genialną opowieść, którą napisała, i która niezmiennie wzbudza mój szczery zachwyt. W wyniku połączenia wszystkich wymienionych okoliczności, a także głupawki, będącej najwyraźniej produktem ubocznym pisania tak angażującego emocjonalnie tekstu jak "Puste miejsce", narodził się pomysł na to opowiadanie. Hm, nie wiem, czy to w ogóle można nazwać opowiadaniem... To raczej żart, zapisywany ot tak sobie, w wolnych chwilach i bez pomocy betareaderek. Dlatego wszystkich potencjalnych czytelników bardzo proszę o wyrozumiałość. Ostrzegam też lojalnie - jeśli ktoś oczekuje żelaznej logiki, krytycznego spojrzenia na historię, zaawansowanego psychologicznie rysunku postaci i nienagannego stylu, to w tym tekście tego nie znajdzie. Będą tu za to poprzekręcane fakty, moje własne wersje życiorysów postaci historycznych, babskie spojrzenie na wszystko co się da (ze szczególnym uwzględnieniem mężczyzn), nawiązania do Harry'ego Pottera, Mary Sue i ogólne pomieszanie z poplątaniem. Postacie trzech głównych bohaterek zostały jakiś czas temu wymyślone i ochrzczone przez Silene. Ale jako że do jednej z nich mam pewne prawa, a na wykorzystanie pozostałych uzyskałam zgodę, zdecydowałam się wprowadzić je do tego opowiadania. Poza tym wszelkie podobieństwo innych bohaterów - w tym historycznych - do postaci realnie istniejących jest jak najbardziej zamierzone i poczynione za wiedzą i zgodą zainteresowanych. Mam nadzieję, że za to co powypisywałam jednak mnie nie zamordują. Życzę miłej lektury. Merlinie, mam nadzieję, że to nie będzie moje literackie Waterloo... Ida WATERLOO czyli romans histo[e]ryczny Waterloo - I was defeated, you won the war Waterloo - promise to love you for ever more Waterloo - couldn't escape if I wanted to Waterloo - knowing my fate is to be with you Waterloo - finally facing my waterloo ABBA :fire: Prolog 21 marca 1815 roku, pałac Tuilerie, Paryż, Francja Noc była ciemna jak sumienie cara Aleksandra, jak zamiary angielskich generałów, jak polityka Metternicha. Chmury całkowicie zasłaniały księżyc. A złowrogiej ciszy nie przerywał nawet powiew wiatru; można było usłyszeć swoje myśli, nawet te najgłębiej skrywane. COŚ ewidentnie wisiało w powietrzu. Mężczyzna niespokojnie poruszył się na fotelu, odstawił na stolik kieliszek do połowy napełniony metaksą i pogłaskał delikatnie, łaszącego się do jego nóg, egipskiego kota. Potem wstał i szybkim krokiem podszedł do okna. Musiał to zrobić. Naprawdę nie miał innego wyjścia. Takie były reguły politycznej gry i chcąc pozostać władcą, był zmuszony je przyjąć. Niestety nie wszystko można było rozstrzygnąć na bitewnym polu stojąc twarzą twarz z wrogiem i grając fair, po sportowemu. Dlatego, oprócz Wielkiej Armii, utrzymywał także legion świetnie wyedukowanych i gotowych na wszystko szpiegów obojga płci. A teraz gra toczyła się o najwyższą stawkę. O jego tron, wolność, nową dynastię. I o honor Francji. Dlatego nie mógł się wycofać. Nie po to uciekł z tej przeklętej wyspy, by teraz bawić się w głupie skrupuły. To była wojna. Na śmierć i życie. I musiał ją wygrać. To było możliwe do wykonania, w końcu miał za sobą swoich żołnierzy. Wrócili do niego nawet ci, którzy zdążyli już pokłonić się burbońskim liliom. Tak jak Ney, Murat, Fouche... Usiadł na fotelu i ponownie sięgnął po kieliszek. Tak, wydał to polecenie. To było jedyne wyjście. Jedyne... Nagle w oddali rozległ odgłos kroków, z każdą sekundą coraz głośniejszy i brzmiący w tej ciszy niczym pistoletowy wystrzał. Wreszcie do pokoju wsunęła się wysoka zakapturzona postać. - Sire - przybysz ukłonił się głęboko. Kot, do tej pory leżący spokojnie na kanapie, zerwał się natychmiast ze swojego miejsca, zjeżył sierść, a potem, gnąc się niczym sprężyna, zeskoczył na ziemię i wybiegł z komnaty. Napoleon przez chwilę patrzył w ślad za ulubieńcem, a potem podniósł rękę na znak, że słucha. - Sire. As właśnie wkroczył do gry. Cesarz w zamyśleniu spojrzał w okno. A postać gwałtownie wyprostowała się. Wtedy kaptur zsunął się z jej głowy. W ciemności błysnęły czerwone oczy... *#* 21 marca 1996 roku, Grimmould Place 12, Londyn, Anglia - Panie profesorze, czy mógłby się pan wyrażać jaśniej? - Syriusz wpatrywał się w Dumbledore'a z rosnącym zaciekawieniem. - O ile dobrze zrozumiałem, twierdzi pan, że Voldemort znalazł sposób na zmianę biegu historii? - Tak - stary czarodziej odruchowo sięgnął po kolejnego dropsa. - Wszystko na to wskazuje. - Jak to zrobił? Czy to jest w ogóle możliwe? - Jest takie stare zaklęcie, bardzo trudne i rzadko wykorzystywanie. Można dzięki niemu aktywować coś w rodzaju świstoklika przenoszącego w przeszłość, w ściśle określone miejsce i rok. Jakimś cudem wpadło ono w ręce Voldemorta... - I postanowił cofnąć się w czasie? - Syriusz najwyraźniej podchodził sceptycznie do rewelacji Dumbledore'a. - Co mu to da? - Jest w historii kilka kluczowych wydarzeń, których zmiana mogłaby wpłynąć na losy świata. Wiesz, zamiana sojuszy, wygrana bitwa zamiast przegranej i mamy zupełnie inny układ sił. - Czy ma pan na myśli historię mugolską, czy czarodziejską? - Drogi chłopcze, pamiętaj, że dzieje nasze i mugoli są ze sobą nierozerwalnie związane. Każda zmiana u nich ma wpływ na nas. - Panie profesorze, dlaczego właściwie pan mi o tym opowiada? - Syriusz podejrzliwie łypnął okiem i odrzucił do tyłu długie włosy. - Mam dla ciebie zadanie - uśmiechnął się stary czarodziej. - To robota, która powinna ci się spodobać. - Spodoba mi się wszystko, dzięki czemu będę mógł opuścić wreszcie to miejsce - mruknął Black i z niechęcią rozejrzał się po kuchni. - No właśnie - ucieszył się Dumbledore. - Właśnie to miałem na myśli. Tu nam się bezczynnie marnujesz, a tam dokąd chcę cię posłać będziesz bezpieczny. Stosunkowo - dodał po chwili. - A gdzie to jest? - zainteresował się natychmiast Syriusz - Kingsley mówi, że szukają mnie wszędzie. Nawet w Tybecie i argentyńskiej puszczy. - Chcę cię posłać do Anglii. - Do Anglii? - Syriusz spojrzał na dyrektora tak, jakby na moment zwątpił w jego umysłowe władze. - Tak, mój drogi chłopcze, do Anglii. W roku 1815. - W przeszłość?! - w głosie Blacka brzmiało niedowierzanie. - Tak - Dumbledore zawzięcie chrupał swojego dropsa. - Musisz pokrzyżować plany Voldemorta. - Ja? W jaki sposób? - zdziwienie Syriusza sięgnęło zenitu. - Nigdy nie byłem orłem z historii. Profesor Binns... - Wszystko ci wytłumaczę - dyrektor zrobił ręką uspokajający ruch. - Poradzisz sobie. - Sam? - zainteresował się Syriusz. - Oczywiście, że nie. Będziesz miał towarzystwo. Remus już tam jest... - Remus? W dziewiętnastym wieku? Co on tam robi? - Przygotowuje grunt - uśmiechnął się stary czarodziej. - Będziecie tam działać we dwóch. Możliwe, że poślę wam jeszcze do pomocy Severusa. Ma praktykę. - Mam współpracować z tym... - Syriusz z szacunku dla Dumbledore'a powściągnął język i tylko w myślach dorzucił stosowny epitet określający Snape'a. - Jeśli mamy sobie poradzić z Voldemortem, musicie działać razem. - No dobrze, niech już będzie i Snape - skapitulował niechętnie Black. - Postaram się nie wypruć z niego flaków przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ale tylko dlatego, że chcę się w końcu wyrwać z tej przeklętej rudery. *#* 22 marca 1815 roku, okolice Calais, Francja Świtało. Rozpoczynał się kolejny ponury dzień. Morze szumiało niespokojne. Fale z zaciętością godną lepszej sprawy uderzały o brzeg, a niezwykle silny i przenikający do szpiku kości wiatr zwiastował nadciągający sztorm. Ukryty za resztkami zmurszałego pomostu mężczyzna mocniej otulił się peleryną, a potem spokojnie powiódł wzrokiem dookoła. Najwyraźniej na kogoś czekał. Nagle jego uwagę przykuł ledwie słyszalny trzask. Błyskawicznie obrócił się i wyciągnął przed siebie coś, co wyglądało jak kawałek kijka. - Niezły refleks, As - w dźwięcznym kobiecym głosie drgało rozbawienie. - Nie nazywaj mnie tak - syknął. - Schowaj różdżkę. Posłuszny jej słowom, ukrył przedmiot gdzieś w czeluściach swojego okrycia. Wtedy z mroku, prawie bezszelestnie, wyłoniła się wysoka kobieca postać. Tak samo jak mężczyzna miała na sobie czarną pelerynę z kapturem, spod którego wysuwały się niesforne pukle brązowych włosów. Natomiast jej twarz pozostawała niewidoczna. Przez chwilę stała nieruchomo, a potem schyliła się z wdziękiem, podniosła z ziemi mały, wygładzony przez morze kamyk i zaczęła się nim bawić. - Nie irytuj się tak - powiedziała wreszcie. - Tu naprawdę nikogo nie ma. Myślisz, że nie potrafię sprawdzać takich rzeczy? - Mam nadzieję - mruknął - Ale przejdźmy do konkretów - powiedział już głośniej. - Nie płacą mi za towarzyskie konwersacje. Ani za sterczenie po ciemku na wietrze. - Ja tam lubię ciemność - kobieta wzruszyła ramionami. - Nie wątpię. Nie na darmo nazywają cię Heka... - Sam zdecydowałeś, że nie będziemy używać imion - przerwała mu szybko. - Mów wreszcie - warknął. - On jest jeszcze w Wiedniu, ale lada dzień wyruszy do Brukseli. A tu - ze zwojów peleryny wyciągnęła pokaźny pakiet i podała go mężczyźnie. - masz wszystkie przydatne informacje. Co je, jak długo śpi, jakie karety lubi. Spisałam to czarnym piórem i herbacianym atramentem. Nikt oprócz ciebie nie przeczyta. - W porządku - powiedział najwyraźniej udobruchany. - Możesz zacząć działać. Na pewno sobie poradzisz? - upewniła się. - To będzie prawdziwy koniec świata - powiedział spokojnym, prawie beztroskim tonem. - A jeżeli wyjdzie z tego żywy, to go dobiję choćby cegłą. - A więc to prawda, co o tobie mówią? - odwróciła głowę w jego kierunku. - Jesteś bezlitosny. - Dlatego tak dobrze robię to, co do mnie należy. Kobieta już nie odpowiedziała, tylko znikła równie nagle jak się pojawiła. Każdy kto obserwowałby tę scenę, mógłby przysiąc, że rozpłynęła się w powietrzu. Mężczyzna jeszcze przez chwilę wpatrywał się w spienione fale, a potem także zdematerializował się bez śladu. *#* 23 marca 1815 roku, dom przy Harley Street 11, Londyn, Anglia Lady Minerwa Wellesley, księżna Wellington nie należała do kobiet, które wyprowadziłby z równowagi byle drobiazg. Wręcz przeciwnie, była uosobieniem rozsądku i trzeźwości umysłu. No cóż, nie miała innego wyjścia. Przy mężu, który bywał w domu bardzo rzadko, bo w głowie mu była tylko wojna, patriotyzm, bohaterstwo, ewentualnie polityczne spory oraz szalejącej po domu licznej progeniturze płci obojga, w skład której wchodzili: Orion, Romulus, Peter, James, Andrea, Agnieszka i Lucy (jak widać księstwo Wellington preferowali model rodziny: dwa plus siedem), musiała wiedzieć jak zachować stoicki spokój. W końcu ktoś powinien trzymać całe gospodarstwo żelazną ręką. Jednakże tego wieczoru lady Minerwa była dziwnie zdenerwowana. Nie potrafiła skupić się na niczym; nawet na wymyślaniu kolejnych szlabanów dla swoich rozszalałych huncwotów (należy nadmienić, iż w tym kierunku przejawiała wyjątkowe zdolności i gdyby ktoś chciał spisać wszystkie jej pomysły, to powstała by z tego owych szlabanów prawdziwa księga). Złe przeczucie nie opuszczało jej nawet na chwilę. Dlatego snuła się po domu niczym potępiona dusza, nigdzie nie mogąc zagrzać sobie miejsca. Wreszcie zaszyła się na dłużej w sypialni. Źle zrobiłam - myślała, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze (uściślijmy, iż przedstawiało ono przystojną brunetkę w kwiecie wieku). - Nie powinnam odwiedzać madame Heloizy. Teraz będę się martwić na zapas. Tu narratorka spieszy z wyjaśnieniem, że Madame Heloiza była najsławniejszą londyńską wróżbitką, którą odwiedzały wszystkie damy z towarzystwa. Jak niosła gminna wieść, jej przepowiednie sprawdzały się co do joty. Jednak lady Wellesley podejrzewała, że ta wielka popularność była związana z faktem, iż Madame potrafiła nie tyle wróżyć, co mądrze porozmawiać z każdą ze swoich klientek. Prawdę mówiąc, księżna nigdy wcześniej nie korzystała z jej usług. Dopiero dzisiaj, namówiona przez przyjaciółkę, zdecydowała się ją odwiedzić po raz pierwszy. I trochę tego teraz żałowała. Z reguły nie wierzyła w przepowiednie, ale ta dzisiejsza jednak wzbudziła jej niepokój. - To niemożliwe - powiedziała z mocą. - Arthurowi nic nie może się stać! Nie może... A jeśli... Szybko zerwała się z krzesła i ruszyła w kierunku drzwi. Otworzyła je na oścież i głośno zawołała: - Daisy! Chodź tutaj natychmiast! Po chwili na korytarzu dał się słyszeć tupot nóg i zdyszana pokojówka wbiegła do pokoju swojej pani. - Natychmiast pakuj kufry! Wyjeżdżamy! - Dokąd? - zapytała nieśmiało dziewczyna. - Do księcia, do Brukseli. I zabieramy ze sobą Madame Heloizę! Niezależnie od tego czy ma na to ochotę, czy nie! Rozdział I 24 marca 1815 roku, Water Hall, okolice Londynu, Anglia Poranek marcowy. Jak cicho... Co mogła oznaczać taka cisza? Gdyby ktoś wsłuchał się w nią uważnie, być może stwierdziłby, że razem z nadciągającymi od strony Elby czarnymi chmurami, zwiastuje Anglii burzę najgroźniejszą od stuleci. A może uznałby tylko, że to wielkimi krokami nadchodzi tak bardzo przez wszystkich wytęskniona wiosna. Narratorka w tej chwili niestety nie potrafi rozstrzygnąć tego istotnego dylematu. Może tylko stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że panujące na zewnątrz warunki atmosferycznie nie robiły zupełnie żadnego wrażenia na lady Joan de domo Watherhouse*, primo voto Sparrow, secundo voto Turner, tertio voto Aubrey**. Nadobna ta blond dama w kwiecie wieku właśnie zażywała wywczasu w swoim zielonym buduarze, zwanym tak oczywiście od koloru wystroju ścian. Przed chwilą zakończyła studiowanie londyńskiego dziennika i najnowsze wieści dotyczące poczynań korsykańskiego potwora (jak widać warunki polityczne jednak ją interesowały) bardzo skutecznie zepsuły jej humor. Musiała go więc sobie koniecznie poprawić; najlepiej za pomocą dobrej książki. Dlatego, spoczywając w niedbałej pozie na kanapce, chrupała karmelki i z lubością oddawała się lekturze powieści Jane Austen. Była całkowicie pochłonięta miłosnymi perypetiami bohaterek i tylko w przerwach na przewracanie kartek niezmiennie zastanawiała się, jak ta słodka mała Jane potrafiła napisać coś takiego? Joan czytała dzieło dalekiej kuzynki już co najmniej dziesiąty raz i wciąż nie mogła się nadziwić sprawności jej pióra. No, ale te panny Dashwood nie specjalnie jej się podobały. Jedna była zdecydowanie za rozważna, a druga za romantyczna. Jakby nie można było znaleźć jakiegoś złotego środka. - Ależ ta Marianna głupia - powiedziała do siebie półgłosem lady Aubrey. Zawsze powtarzała to samo w tym samym momencie książki. - Ja tam wolałabym jednego pułkownika Brandona niż dziesięciu Willoughbych. Co za mężczyzna... Doskonale wiedziała co mówi. Wszak w ciągu swojego niedługiego (hm) życia zdążyła pochować trzech małżonków i w związku z tym uważała się za wybitną znawczynię męskich charakterów (oraz kilku innych rzeczy). I nikt nie byłby w stanie jej przekonać, że jest inaczej. Zegar wybił południe. Joan podniosła znad książki lekko nieprzytomny wzrok i potoczyła nim po pokoju, mrużąc powieki w celu uzyskania lepszej ostrości. W zasadzie powinna nosić okulary, ale... Zaczeka z tym jeszcze z kilka lat. Przecież nie może zepsuć sobie urody! Wszak to najwidoczniejsza i najbardziej skuteczna kobieca broń. Tajną bronią był oczywiście rozum. Tyle, że mądra kobieta musiała go wykorzystywać umiejętnie. Oznaczało to po prostu, że na co dzień powinna udawać zwiewnego motyla, słodki kwiatuszek, a w przypadkach skrajnych głupią gęś. Joan wiele lat temu wybrała tę drugą opcję i w wyniku tego wyboru każdy z jej trzech mężów - razem i z osobna - był przekonany, że jego małżonka jest najdelikatniejszą i najpotulniejszą kobietą na świecie. Ona zaś miłosiernie nie wyprowadzała ich z błędu, uśmiechając się tylko czasem pod nosem na myśl o tym, jaką każdy z nich zrobiłby minę, gdyby dowiedział się co też jej chodzi po głowie. A chodziło wiele, oj... Jednak na razie narratorka nie zamierza tego zdradzać. Jak to bowiem mówi Pismo (w swobodnej parafrazie) na wszystko przychodzi właściwa pora. Avice powinna lada chwila przyjechać - pomyślała Joan, po raz kolejny zerkając na zegarek. Od rana niecierpliwie oczekiwała przyjaciółki, która właśnie tego dnia miała przybyć z dawno obiecywaną wizytą. Nagle rozległo się delikatne pukanie i do pokoju prawie bezszelestnie wsunęła się młoda pokojówka. - Przybyła lady Lea*** - oświadczyła. - Och, nareszcie - Joan klasnęła z radością w ręce. Szybko poderwała się z kanapki, wygładziła suknię i ruszyła do drzwi. Energicznym krokiem przemierzała korytarze swojego przypominającego muzeum domu, którego opisu narratorka wam oszczędzi. Jeśli jednak któryś z szanownych Czytelników poczułby przemożną potrzebę ujrzenia na własne oczy podobnej siedziby, to koniecznie powinien sobie obejrzeć ekranizację "Rozważnej i romantycznej", albo jeszcze lepiej "Emmy". No dobrze, powróćmy jednak do lady Aubrey, której wreszcie udało się pokonać labirynt korytarzy i dowędrować do drzwi wejściowych. - Avice, kochanie, jak miło cię znowu widzieć - Joan z rozmachem ucałowała przyjaciółkę w oba policzki, a potem przyjrzała się jej dyskretnie. Lady Avice April Lea była młodą, pełną uroku brunetką, z powodu żałoby ubraną w skromną czarną suknię i pelerynę tegoż koloru. Jednakże mimo tego smutnego stroju wyglądała tak słodko, iż Joan natychmiast pomyślała, że kiedy tylko Avice ponownie objawi się światu, to kolejka kandydatów do jej ręki sięgnie granic sąsiedniego hrabstwa. Zwłaszcza, że młoda wdowa, oprócz wdzięku i rozumu, którym także przezornie nie chwaliła się mężczyznom, posiadała jeszcze całkiem pokaźny majątek. W sumie Joan nawet żałowała tego jej męża. To był całkiem udany egzemplarz męskiego gatunku. Tylko tak nieopatrznie dał się zabić podczas hiszpańskiej kampanii księcia Wellingtona. No cóż, toczyła się wojna - trzeba było ponosić ofiary. Szkoda tylko, że padali nimi tacy przystojni mężczyźni jak Mark Lea. Aczkolwiek musiała przyznać, że stan wdowieński zdecydowanie miał swoje plusy. Nikt człowiekowi nie truł nad głową, nikt nie wydzielał mu pieniędzy, nikt nie jęczał co wypada, a co nie. No i żadna, przerażona rodzina nie szukała na wyścigi męża dla człowieka. Człowiek mógł sobie go wybrać sam. Jeśli tylko miał na to ochotę. Joan tę ochotę miała aż dwa razy i uważała, że zdecydowanie o dwa za dużo. Dlatego też postanowiła, iż czwarty raz do tej samej rzeki już się nikomu wepchnąć nie da. Tych wszystkich życiowych prawd nie potrafiła jeszcze pojąć Avice. No cóż, może była na to za młoda. A może miała po prostu za dobrego męża. Z czasem się okaże. - Witaj - lady Lea odwzajemniła powitanie z równym entuzjazmem. - To tak miło z twojej strony, że zaprosiłaś mnie do siebie. - A co masz tak sama siedzieć w domu - powiedziała Joan. - W końcu potrzebujesz trochę rozrywki po tych wszystkich przejściach. Mnie się też zresztą nudzi - dodała ciszej bardzo rzeczowym tonem. - Naprawdę się cieszę, że tu przyjechałam - Avice najwidoczniej nie dosłyszała ostatniej uwagi przyjaciółki. - Czegoś się napijesz? - zapytała Joan. - A może jesteś głodna? Każę wcześniej podać kolację. - Nie kłopocz się, moja droga. Odwiedziłam po drodze Adelajdę. Oczywiście nie chciała mnie wypuścić bez obiadu. - W takim razie pokaże ci twój pokój - Joan gestem wskazała przyjaciółce kierunek - Pewnie marzysz o tym, żeby się odświeżyć po podróży. *#* Nie minęło pół godziny a obie damy już siedziały w saloniku i popijając herbatę wymieniały się najnowszymi ploteczkami. - A jak tam twoje córki. I Agata? - zainteresowała się Avice, kiedy już zdążyły omówić najmodniejszy w tym sezonie fason sukien, kapeluszy, bucików (Tu należałoby dodać, że lady Lea, posiadająca nieprzeciętny talent plastyczny w trakcie rozmowy nieprzerwanie rysowała wszystkie detale. Te obrazki są oczywiście przechowywane do dzisiaj w znanym londyńskim muzeum, ale narratorka niestety zapomniała w którym.), piąte małżeństwo jednej ze wspólnych znajomych (szalona, czy męczennica?), najnowszą powieść drogiej kuzynki Jane (W naszej rodzinie wszyscy są zdolni - powiedziała Joan z przekonaniem.), a także nowiny dotyczące korsykańskiego potwora (Gdyby wszedł pod mój dach, to nie miałabym litości - oczy Avice zalśniły dziwnym blaskiem). - Ach, moja droga - Joan zrobiła zatroskaną minę i natychmiast zaczęła szarpać nerwowo koronkową chusteczkę. - Nawet nie pytaj. Gdybym nie była taka młoda, to osiwiałabym przez te dziewczyny. A już zwłaszcza przez Agatę. Kiedy myślę o jej popisach, natychmiast mam palpitacje serca. - dodała z ciężkim westchnieniem. Tu narratorka spieszy z wyjaśnieniem, że panna Agata Waterhause była młodszą siostrą lady Aubrey. Ale zamiast, jak potulna i na dodatek niezamężna młodsza siostra, słuchać rad starszej, na każdy temat ośmielała się mieć własne zdanie. - Czemu tak mówisz? - Avice natychmiast nastawiła uszu i nawet na chwilę przerwała rysowanie portretu jakiejś nienormalnej kobiety (bo kto słyszał, żeby kobieta normalna miała krótkie włosy!). - Wyobraź sobie, że postanowiła nie wychodzić za mąż - Joan podniosła rękę do piersi, jakby właśnie dostała rzeczonych palpitacji. - Ojej, ciągle nosi żałobę po narzeczonym? - rozczuliła się Avice i w tym momencie poczuła do Agaty coś w rodzaju sympatii, ponieważ narzeczony panny Waterhause także był poległ w Hiszpanii. - Nie. Ona twierdzi, że małżeństwo ograniczy jej wolność osobistą - odpowiedziała Joan mocnym głosem, świadczącym o tym, ze do palpitacji jest jej jednak daleko. - Wyobrażasz sobie? - Biedaczka - Avice pokiwała głową. - To ona ma złudzenia, że w tym kraju kobieta posiada w ogóle jakąś wolność? No chyba, że wdowa... - No właśnie - potwierdziła lady Aubrey skwapliwie. - Oj, jakby żył nasz ojciec, to on by jej wbił rozum do głowy odwrotną stroną. Bo ja za dobra dla niej byłam. I teraz jej się wydaje, że tak jest wszędzie. A niech tylko pojedzie do Londynu i uda się gdzieś bez przyzwoitki. Zaraz ją wezmą na języki, zszargają opinię i w ogóle już nikt się z nią nie ożeni. - Zaraz, zaraz - przerwała przyjaciółce Avice. - Przecież mówiłaś, że ona wcale nie chce wychodzić za mąż. - No tak - zgodziła się Joan po chwili namysłu. - Rzeczywiście. A jak się jej jednak zachce? A na razie to wyobraź sobie, że czyta tony książek i ciągle poucza mnie, jak mam wychowywać moje córki! Tak, jakbym tego nie wiedziała! - Co ona ci takiego radzi? - zainteresowała się Avice. - A, co ja ci będę opowiadać - Joan z rezygnacją machnęła ręką. - Sama zobaczysz. Inna sprawa, że moich córek chyba wychować się nie da. Za dobra jestem dla niech wszystkich - powtórzyła. - Co ty opowiadasz? Takie to były grzeczne dziewczynki. - Grzeczne? - zdziwiła się lady Aubrey. - To ty je chyba z kimś pomyliłaś. Wyobraź sobie, że kiedyś, w chwili dobrego humoru pozwoliłam Shauli na czytanie powieści. I efekt jest opłakany. Ostatnio przychodzi do mnie i oświadcza: mamo, widziałam wampira. A ja na to: gdzie, moje dziecko? Spytałam tak, bo a nuż ta nasza rodzinna legenda, to jednak prawda i trzeba będzie wezwać egzorcystę od dewampiryzacji A ona mi odpowiada: w lustrze. Wyobrażasz sobie? A na dodatek uwielbia to swoje koszmarne imię. - Skoro uważasz, że jest koszmarne, to czemu ją tak nazwałaś? - spytała trzeźwo Avice. - A czy ja miałam coś do powiedzenia? To jej ojciec naczytał się tych bezsensownych proroctw św. Shauli Od Męczenników Powracających na Białych Koniach i tak ją ochrzcił. Chyba miał nadzieję, że jego córka napisze nową Biblię. Ale mnie się prędzej wydaje, że jeśli już cos wymyśli, to prędzej pamiętniki wampira. Słuchaj, może powinnam zacząć ją leczyć? Wezwać medyka, żeby przystawił pijawki, albo postawił bańki. - A jak tam Weronika? - Avice z trudem przerwała ten potok macierzyńskiej wymowy. - Ach, z tą też same problemy - Joan najwidoczniej uwielbiała opowiadać o swoich córkach. -Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy jakie to wrażliwe dziecko. Broniłaby każdej pokrzywdzonej przez los ofiary. Tylko że największe współczucie wzbudzają w niej czarne charaktery. Kiedy była małą dziewczynką i czytałam jej bajkę o Czerwonym Kapturku, to zawsze na końcu płakała nad losem biednego wilka. Jeśli o Jasiu i Małgosi - dostawała histerii na myśl o upieczonej czarownicy. I zawsze jej było szkoda sióstr Kopciuszka. A ostatnio wylewała żale nad Napoleonem. Bogu dzięki, ze żaden urzędnik tego nie słyszał... - Po kim ona to ma? - zastanowiła się Avice. - No chyba nie o swoim ojcu. - stwierdziła szybko Joan. - Co prawda dużą część majątku rozdał ubogim, ale jakimś dziwnym trafem były to tylko i wyłącznie dziewczęta. I to nie najcięższego autoramentu. Lady Lea taktownie nie skomentowała wypowiedzi przyjaciółki, ale westchnęła w duchu na wspomnienie wszystkich opowieści na temat ekscesów lorda Turnera, jakie krążyły swojego czasu po Londynie. - Wiesz - kontynuowała Joan. - Pomyślałam sobie, że te reakcje Weroniki to wina tych wszystkich egzaltowanych bon i guwernantek, które zatrudniałam. Sprowadziłam więc dla niej nauczyciela. Mężczyznę. Bardzo przyjemny człowiek i wysoko wykwalifikowany. Nazywa się Remus Lupin. - Lupin? - zainteresowała się Avice. - To chyba francuskie nazwisko? W dzisiejszych czasach zatrudniasz Francuza? - Taki z niego Francuz jak z ciebie, albo ze mnie. A zresztą powiem jeszcze raz - sama zobaczysz. - Swoja drogą chętnie przywitałabym się z dziewczętami. - W takim razie chodźmy - Joan poderwała się z kanapy. - Powinny już skończyć lekcje. *#* Avice w ślad za przyjaciółką przekroczyła próg apartamentów jej córek. Starsza z nich, panna Shaula Sparrow, siedziała właśnie przy biurku pamiętającym chyba jeszcze czasy jej prababki i zawzięcie skrobała coś gęsim piórem na ogromnym arkuszu papieru. Jednakże postrzegłszy gościa, zerwała się na równe nogi i zatrzymała na twarzy matki lekko wystraszony wzrok. Avice nie widziała dziewczyny już kilka ładnych lat, więc przyjrzała się jej z ciekawością, przy okazji konstatując, że Shaula zupełnie nie przypomina nikogo z rodziny Waterhousów. Była bowiem wysoką, szczuplutką brunetką o nieśmiałym uśmiechu. Wyglądała też na bardzo skrytą i raczej małomówną. - Shaulo, przywitaj się z lady Lea - poleciła natychmiast Joan. - Dzień dobry, lady Lea - wyrecytowała posłusznie panna Sparrow, jednocześnie próbując dygnąć. - Witaj, kochanie - rozpromieniła się Avice. - Tak dawno cię widziałam. Aleś ty wyrosła. - Dziękuję, lady Lea. - Chyba już pora ci za mąż. Ile masz lat? - O... - zaczęła Shaula, ale zamilkła powstrzymana ostrzegawczym chrząknięciem matki. - ...ście - dokończyła cicho. Avice uśmiechnęła się do siebie. Joan nic się nie zmieniła. Pewnie najchętniej zaczęłaby przedstawiać córkę jako drugą siostrę. - Jak tam dzisiejsze lekcje? - lady Aubrey natychmiast porzuciła niebezpieczny temat wieku. - Bardzo interesujące. - A co piszesz? Shaula słysząc to pytanie, poruszyła się niespokojnie. - Opowiadanie - wyszeptała. - O wampirze - Joan bardziej stwierdziła fakt, niż spytała. - Nie - wyszeptała dziewczyna. - O pewnym więźniu, którego niesłusznie skazano. Słysząc te słowa, lady Aubrey wzniosła oczy ku niebu, najwyraźniej prosząc Stwórcę o cnotę cierpliwości. - A gdzie jest Weronika? - spytała po chwili, wzdychając ciężko. - U siebie - odpowiedziała szybciutko Shaula. - A co robi? Panna Sparrow nie rzekła jednak nic, a to milczenie najwyraźniej wzbudziło niepokój jej matki. Joan prawie podbiegła do drzwi pokoju młodszej córki i bez ostrzeżenia otworzyła je na całą szerokość. Kiedy Avice podeszła bliżej, jej oczom ukazał się ciekawy widok. Na dywanie, tuż przed kominkiem, siedziała młoda, najwyżej czternastoletnia dziewczyna o ciemnych włosach i łagodnej buzi i z zapałem głaskała łeb wielkiego czarnego psiska. Zwierzę, najwyraźniej zadowolone z pieszczoty, rozciągało się na całą długość, przy okazji niemiłosiernie brudząc błotem piękny kobierzec, ozdobę rodzinnej kolekcji. - Weroniko! - zawołała Joan ze zgrozą. Dziewczyna natychmiast zerwała się z podłogi i z obawą spojrzała na matkę. - Co to jest? - lady oskarżycielsko wskazała palcem na kundla, który teraz leżał na brzuchu, opierając łeb na łapach. - Piesek - powiedziała dziewczyna. - Piesek? To jakiś potwór, a nie piesek! - Mamusiu, to jest bezdomny piesek, który dzisiaj się przybłąkał. Czy mógłby u nas zostać? Wiesz, że zawsze marzyłam o tym, żeby mieć psa Joan najpierw zrobiła minę z serii "a nie mówiłam", a potem popatrzyła z wahaniem na kudłacza, który właśnie w tej chwili miał taki wyraz pyska, jakby rzeczywiście sam siebie uważał za ślicznego. - Kupię ci ratlerka - zaproponowała wreszcie, spoglądając na córkę. - Mamo - Weronika spojrzała na nią z politowaniem. - Ja chcę pieska, a nie myszę. - Weroniko, czy ty nie widzisz, że to jakiś włóczęga? - Joan nadal próbowała negocjować, mimo iż czuła, że i tak jest na straconej pozycji. - Mamusiu, proszę. Myślałam, że mnie rozumiesz... - dodała smutnym tonem, spod oka obserwując reakcje matki. - No dobrze - skapitulowała wreszcie Joan ku swojemu własnemu niezadowoleniu. W tym psie coś jej się zdecydowanie nie podobało. - Niech będzie. Ale pod jednym warunkiem - próbowała zachować przynajmniej resztki autorytetu. - Nie chcę go widzieć w salonie. - Mamusiu, dziękuję - zapiszczała z radości Weronika. - Będę pilnować, żeby był grzeczny! Pies, jakby na potwierdzenie tych słów podniósł się z podłogi i majestatycznie pomachał ogonem. Joan bezradnie spojrzała na przyjaciółkę i powiedziała: - Jeszcze tylko do kompletu brakuje, żeby Shaula rzeczywiście adoptowała jakiegoś wampira. *#* Tymczasem w położonej nieopodal bibliotece Agata Waterhouse próbowała skupić się na lekturze "Emila"****. Jednak zupełnie jej się to nie udawało. A wszystko przez Remusa Lupina, który siedział naprzeciwko niej, zagłębiony w lekturze londyńskich dzienników. Ona zaś nie mogła się powstrzymać, aby nie poprzyglądać się mu ukradkiem. Nareszcie jakiś mężczyzna w tym domu! Do tej pory - oprócz stajennych i stangreta - jednym przedstawicielem męskiego rodu był majordomus, przygłuchy, ponad siedemdziesięcioletni i pamiętający jeszcze dziadka Joan i Agaty. A tak - same kobiety. Można by...
Olivia0813