BONES -The Man In The River.doc

(368 KB) Pobierz

 

 

 

BONES

 

The Man In The River

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fanfiction

I

W ocienionym wnętrzu lokalu mimo radosnego gwaru było przytulnie. Brennan cieszyła się, że właśnie tę restaurację wybrała na spotkanie po latach. Jej starzy kumple z czasów wspólnej asystentury z pewnością będą sobie z niej kpić i ostrzyć na niej dowcip.

Minęło dziesięć lat odkąd przeniosła się do D.C. Teraz każde z nich ma przynajmniej dwa doktoraty, a mimo to jej koledzy wciąż zachowują się jak chłopcy. Pamiętała doskonale ich dawne wygłupy i przyjacielskie docinki, ale dekadę temu odbierała je raczej jako przejaw rywalizacji, a nie koleżeństwa.

Właściwie Temperance nie wiedziała, dlaczego zgodziła się na to spotkanie. Odejście Zacka zagęściło w Jeffersonian atmosferę, a ona kolejny raz zamknęła się w Instytucie i konsekwentnie odmawiała wyjazdu w teren z Boothem. Brak Zacka znów był tylko wymówką Brennan. Tym razem przesiadywanie w laboratorium miało być remedium na emocje związane ze sfingowanym pogrzebem Bootha. Gniew niestety nie rozwiązywał sytuacji... Początkowo jej partner udawał, że nie zauważa jej ucieczki. Najwidoczniej dał jej czas na uporanie się ze stratą Zacka, ale ostatnio Booth stał się bardziej natarczywy. Dlatego też Brennan szczelnie zapełniała swój czas, nawet wieczorami. Za kilkadziesiąt godzin wyjedzie na serię wykładów do Wielkiej Brytanii i będzie miała trochę czasu na przemyślenia.
Odetchnąwszy głęboko Temperance podeszła do stolika przyjmując uprzejmy wyraz twarzy. Chris i Sean przywitali się z nią bacznie ją lustrując. Zastanawiała się, co o niej myślą. Czy uważają, że wygląda staro jak na swój wiek, czy też sądzą iż wypiękniała? Gdy zamawiali deser byli już w doskonałych nastrojach. To zapewne dzięki milczącemu porozumieniu co do nie poruszania w rozmowie tematów drażliwych. Mężczyźni trochę świntuszyli, chichotali bez sensu i doskonale czuli się we własnym towarzystwie. Teraz oczekiwali na kelnera, by zamówić kolejną kolejkę.

- Jak tam twoje życie osobiste Temperance? – zagaił Chris.

– Badania i pisanie powieści to nie wszystko – kontynuował obserwując jej reakcję.

- Ja i Dana mamy dwóch synów, a ostatnio nawet tabun szczeniąt.

- Daj spokój Chris – uciął jego przemowę Sean. – Nasza Tempe nie lubi zobowiązań, dlatego spotykała się z profesorkiem. Zawsze niewzruszona i niezaangażowana. Kiedyś mówiłem, że to o nią rozbił się Titanic i nie cofam tego – zakończył Sean chichocząc.

- Kiedyś i ona zmięknie – zauważył sentencjonalnie Chris. – Da się ponieść uczuciu. – ciągnął melancholijnie.

 

Tymczasem przy stoliku stanął wysoki mężczyzna i z dezaprobatą spoglądał na Temperance i jej towarzyszy.

- Nie sądziłem, że z zapracowanej tak szybko przedzierzgniesz się w osobę popularną. – powiedział w końcu cedząc uważnie słowa. Mówiąc to nachylił się nad stolikiem i taksująco mierzył uczestników spotkania po latach. Brennan zaś żałowała, że siedzi tak blisko swego prześladowcy, zastanawiała się też, jak zdematerializować natręta i uniknąć ciekawskich pytań kolegów.

- Chris, Sean to jest Booth, agent hm... specjalny i mój partner... z pracy, który najwyraźniej już wychodzi – mężczyzna przeczył jednak jej słowom swoim bezruchem, a jedyną oznaką, iż słyszał co powiedziała, było lekkie, pytające uniesienie brwi.

- Dwóch facetów i alkohol... – mówił nieznajomy zwany Boothem jakby do siebie - ciekawe. – dodał po chwili. – Cam i Angela wychodzą ze skóry by mi pomóc, bo ty... jesteś ciągle „zajęta”, a ty?!? – A swoją drogą, zastanawiam się, dlaczego znowu mnie unikasz i dlaczego do cholery zostawiłaś takiego wspaniałego faceta jak Sully by znów się spotykać z zezowatymi!?!

Temperance była coraz bardziej zirytowana sytuacją sprowokowaną przez Bootha. Jej rozmówcy nie nawiązywali z nowoprzybyłym rozmowy, ale przyglądali mu się – Chris z zaciekawieniem, Sean ze zdziwieniem i nutką złośliwej ironii. Brennan, mimo podszeptów zdrowego rozsądku, że nie wygra z przeciwnikiem mającym przewagę z powodu zaskoczenia, postanowiła wyładować na nim swoją frustrację. Najlepszą formą obrony jest wszak atak.

- W tej chwili stosujesz wobec mnie mechanizm zwany w psychologii przeniesieniem. Podejrzewasz mnie o kontakty intymne z moimi znajomymi dlatego, że pewnie sam przeleciałeś już wszystkie prawniczki z palestry – tu by zilustrować swoją przemowę, zatoczyła dłonią łuk w kierunku sali, skąd dochodziły damskie głosy i śmiech.

- Och przepraszam – dodała po chwili udając speszenie – że nie wszystkie kobiety robią to, co im każesz i padają ci plackiem u stóp – ja jestem wyjątkiem i... nie zamierzam tego zmieniać.

– Jej wypowiedzi towarzyszył złośliwy uśmieszek. „Ma czego chciał”, pomyślała z satysfakcją. Niech się dowie, że nie może bezkarnie narażać ją na niemiłe niespodzianki. Niech teraz leczy swoje ego po małej kompromitacji w obecności innych zadufanych w sobie samców.
- Bądź tak miły i zamknij za sobą drzwi. – dodała po chwili. Trzeba go przepędzić póki jest skonsternowany. Pytające spojrzenia kumpli nie napawały Brennan otuchą. Cholera, nie zamierzają mi niczego ułatwiać – zaklęła w myślach. Booth zaś tylko wyprostował się złowieszczo i czekał na jej kolejny ruch. Zupełnie nie przejmował się obecnością postronnych widzów ich scysji.

- Mamy robotę, z Potomaku wyłowili zwłoki. Wyjdziesz ze mną po dobroci, czy mam ci pomóc? – zapytał w końcu spokojnie, jego ton przeczył przekazowi, co jeszcze bardziej zdenerwowało Temperance. Uznała, że nie będzie bezpiecznie wychodzić z nim gdziekolwiek, zwłaszcza po tym, jak się go uprzednio rozdrażniło.

- Nigdzie z tobą nie wyjdę i nie mam ci nic do powiedzenia. Nie zacznę z tobą badać nowej sprawy, bo pojutrze wyjeżdżam do Europy. Przestań mnie też nachodzić po pracy. – zakończyła z przekonaniem.

- Musimy sobie wyjaśnić parę spraw – to mówiąc uniósł ją jak piórko i przewiesił sobie przez ramię jak lalkę. Zaskoczona Brennan zapomniała o wszystkich znanych chwytach obezwładniających i zaczęła wymachiwać rękoma, lecz widząc jak Booth niewiele robi sobie z jej prób wyswobodzenia zaczęła okładać pięściami jego plecy.

- Puść mnie natychmiast! Masz mnie w tej chwili puścić!!!

- Chwileczkę uparta zołzo, dopiero jak porozmawiamy. Wybaczcie panowie, zaraz przyniósłbym ją wam z powrotem, ale szczątki nie mogą czekać. - Zaśmiał się też najwyraźniej ubawiony minami kolegów Temperance.

– A tak przy okazji. – ciągnął Booth... – Ja też jadę do Londynu, tyle że z polecenia FBI, więc tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.

- Troglodyta! Wypraszam to sobie... - protestowała Brennan niesiona przez zatłoczoną salę.

Chciała się zapaść pod ziemię ze wstydu. Tak się dać podejść!?

Zdumiony Sean ocknął się z osłupienia i próbował gorączkowo zwerbalizować swoje zaniepokojenie.

– Kto to u licha był!? Co ona miała na myśli mówiąc, że to jej „partner”? Gość miał ze dwa metry i zwyczajnie przyszedł i wyniósł ją... a ona...?

- zmiękła i dała się ponieść – skończył rozbawiony Chris.

– To co stary, wypijmy zdrowie Temperance i jej „partnera”.

– Ok. – zgodził się uspokojony tonem Chrisa Sean.

Spotkanie po latach w okrojonym składzie też ma swoje plusy.

 

 

 

II
Rano następnego dnia dr Brennan zajęła się badaniem czaszki mężczyzny wyłowionego z rzeki. Kończyła właśnie nakładać markery określające głębokość tkanek, gdy do jej gabinetu wpadła jak tajfun Angela.

- Sweety, powiesz mi wreszcie, dokąd zaniósł cię wczoraj Booth, czy nadal pozostawisz tę kwestię moim stronniczym domysłom? – Mimo ewidentnego pytania Angela kontynuowała swój wywód – Bo widzisz jeśli stało się to, co myślę, to Hodge zamówi mi perfumy skomponowane specjalnie dla mnie, a jeśli wydarzyło się to, co obstawiał Hodgins i Booth ma hm... no wiesz... te wszystkie siniaki, to podczas twojego pobytu w Europie będę asystować panu H w laboratorium jako „przynieś – podaj”... no więc...?

- O co ty mnie pytasz Ange i skąd u licha wiesz, że Booth zabrał mnie wczoraj wieczorem na miejsce zbrodni w sposób NIECO bardziej niekonwencjonalny niż zwykle? – zirytowała się

Temperance. W tym momencie w jej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Skoro wie o tym Angela, to pewnie kolejnym jej gościem będzie dr Sweets. Przyjdzie „przypadkiem” zapytać, o cokolwiek i na jednym pytaniu się nie skończy. Piekło i szatani!

- D.C. to może nie małe, ale rozplotkowane miasteczko – zaśmiała się sprawczyni porannego wtargnięcia i nadal mierzyła przyjaciółkę pytającym spojrzeniem.

– To co, było finałem wieczornej sceny w Bradleys? Pakt kochanków, czy też awantura z użyciem przemocy? – tu Angela coraz mniej pewna siebie ściszyła głos – Wiesz, jeśli to jednak była bójka, może nie mów tego Hodginsowi perfumy nazwane moim imieniem bardzo by mnie uszczęśliwiły. – Wypowiadając ostatnie słowa przyjaciółka Tempe wyraźnie rozmarzyła się, ale i posmutniała.

- Nie rozumiem jak możesz zakładać się z Jackiem o coś takiego! – Temperance pokręciła głową. Była bardziej rozbawiona niż zgorszona. - Wiesz przecież, że hazard szkodzi... Booth jest tego najlepszym przykładem. A co do wczoraj – w tym miejscu Brennan zaczęła konspiracyjnie szeptać, przez co Angela przysunęła się do jej biurka – To żadne z was nie wygrało tego zakładu. – Brennan z uśmiechem kontemplowała zaskoczenie przyjaciółki.

- Jak to? To jest jeszcze trzecia możliwość? – zdziwienie Angeli wyglądało autentycznie.

- Ange znasz przecież K Street, nigdy nie można tam znaleźć miejsca do parkowania, nawet jak masz rządowe nalepki na wozie to i tak parkujesz daleko od miejsca, do którego zmierzasz i sama rozumiesz – ciągnęła coraz bardziej zażenowana antropolog sądowa. Mina Angeli wskazywała jednak na brak zrozumienia problemu, więc Brennan dodała po chwili – Nim Booth doniósł mnie w końcu do wozu był porządnie zmęczony i bolały go też mięśnie na wysokości... krzyżowo-grzbietowej i zapewne... prawy biceps i triceps – to mówiąc Temperance uśmiechnęła się do siebie, gdy przypomniała, że ów ból miał coś wspólnego z jej pięściami.
- A ja... hm... – dodała już zupełnie cichutko - odczuwałam dyskomfort z powodu napływu krwi do mózgu i bolało mnie śródręcze, wiesz, - dodała tonem usprawiedliwienia - to, które uszkodziłam sobie w Nowym Orleanie. – Mówiąc to pocierała bezwiednie zagojony lecz nadwyrężony nadgarstek.

- Przeszła nam przez to prawie cała złość.

- I tak zwyczajnie pojechaliście do pracy? – Dopytywała się zaskoczona obrotem sprawy Angela.

- Tak. Zdaliśmy sobie sprawę z absurdalności... irracjonalności naszego zachowania i założyłam, że Boothowi było trochę wstyd, iż przy moich kolegach okazał swą skłonną do dominacji naturę – Powiedziała Temperance, a tajemniczy uśmiech błądził na jej twarzy.

- Ostatecznie, to nie ja zachowałam się jak Neandertalczyk. – Dodała z nutką satysfakcji.

- Chciałabym przed wyjazdem zidentyfikować naszego topielca Ange. Na szczęście stażyści wyczyścili już czaszkę i zdążyłam nałożyć markery tkanek. Spróbuj zrobić szkic i wrzucić go do bazy osób zaginionych w ciągu ostatnich 2 miesięcy.

Angela wzięła ze sobą czaszkę i ruszyła w kierunku drzwi.

- Nie martw się Tempe, nawet jak nie zidentyfikujemy pana Johna Doe do jutra, sama mogę przekazać wiadomość Boothowi. – Powiedziała Ange pogodnie, choć przez chwilą straciła kolejną szansę na swoje wymarzone perfumy. - Ty zaś powinnaś już iść do domu i spakować się.

- Nie, pan Doe nie może czekać. Booth oddaje tę sprawę dziś wieczorem. Ponoć nie będzie go jakiś czas w Waszyngtonie. – Ostatnie zdanie Brennan wypowiedziała unikając wzroku Angeli, co tylko podsyciło w tej ostatniej płomyczek zainteresowania.

- Czy nie leci przypadkiem za ocean, na herbatkę do królowej? – zagadnęła pozornie mimochodem, coraz bardziej zaintrygowana Angela.

- Może. – Odparła niechętnie Temperance udając, że szuka czegoś w papierach. – A jeśli już, to tylko i wyłącznie w sprawach służbowych Ange.

- Jasne. – szepnęła ironicznie do niesionej w rękach czaszki wychodząca z gabinetu młoda kobieta – Nawet Pan Doe nie dał się nabrać, nawet on... – dodała do siebie, co wyraźnie poprawiło jej humor. Może jednak sprawa perfum nie jest do końca przesądzona?

 

Jack Hodgins był dziś z siebie bardzo zadowolony. Odkąd Zack odszedł z laboratorium, z jego posiadłości i życia dr Hodgins snuł się po Instytucie jak struty. Ciągła rywalizacja z Zackiem o miano Króla Laboratorium była jego motywacją do pracy, do wczesnego zerwania się z łóżka... do działania na kanwie zawodowej. Miał jeszcze Angelę, ale strata przyjaciela okazała się dlań dotkliwa. „Zdradził mnie, rozczarował nas wszystkich” – myślał czasem Jack i ciskał gromy na przydzielonych mu stażystów. Ten słuszny skądinąd gniew miał zamaskować poczucie winy, jakie trawiło trzewia Hodginsa. Jack czuł się odpowiedzialny za upadek moralny Zacka. To on, a nie Booth czy dr Brennan bombardowali młodego doktora opowieściami o tajnych stowarzyszeniach, wolnomularstwie, piramidalnych spiskach i sprzysiężeniach. To on zaszczepił w Zacku ziarenko buntu, teraz zaś zbierał owoce własnoręcznie wyhodowanego nonkonformizmu przyjaciela. KAC MORALNY. To on toczył duszę Hodginsa aż do dziś. Dzisiaj zaś, Jack był nad wyraz radosny. Po pierwsze dlatego, że z mułu rzecznego znalezionego przy topielcu szybko wyodrębnił drobiny rzadkich odmian drewna i cząsteczki ni mniej, ni więcej jak drogich lakierów i politur używanych do produkcji mebli. Po drugie, Hodgins był pewien, że wygrał zakład, w jaki udało mu się wczoraj wciągnąć Angelę. Miał więc wygraną w garści. Zadowolony z siebie zastanawiał się, jakie to „karne” zadanie przydzieli Ange we własnym laboratoryjnym królestwie. Ileż ciekawych rzeczy;) można robić we dwoje w laboratorium, gdyby tylko udało się włamać do komputera ochrony i wyłączyć na jakiś czas kamery. Cam drugi raz nie przymknie oka na niecenzuralne nagrania. „Główkuj Hodgins!” – zganił się w myślach. Nie wyłączyć, to zbyt niebezpieczne i ryzykowne. Może oszukać kamery? Tak. To brzmi zdecydowanie lepiej. Radosną twórczość rozentuzjazmowanego mózgu Hodginsa przerwało nadejście Angeli. Dzisiaj ona również była z siebie podejrzanie zadowolona.

- Cześć nadziany przystojniaczku! Odkurz swoją złotą kartę i przyznaj się do błędu. – powiedziała kobieta na przywitanie i pocałowała Jacka w policzek mrucząc: - Kiedy zamawiamy bukiet moich perfum?

- Whoa! Nie tak szybko kotku! – przystopował jej zapał mężczyzna.

- Booth jak tu przyszedł, jakieś dwa kwadranse temu, wyglądał, jakby Kojot Wiluś przejechał po nim walcem – kontynuował pewny wygranej Hodgins. – Szykuj się raczej maleńka, na to, co może cię spotkać w laboratorium. – mówił zalotnie lecz pewnie. To jednak nie zburzyło pewności siebie Angeli.

- Bolą go plecy?! I co z tego! Może je sobie nadwerężył w ciekawszy sposób niż podczas walki na pięści. – Powiedziała roześmiana Ange dźgając palcem wskazującym ramię narzeczonego.
- Pamiętasz jak wyglądała jego twarz na naszym ślubie lub choćby po jego pogrzebie? – dziewczyna bezlitośnie niszczyła iluzję konieczności psucia instytutowych kamer i dobry nastrój Hodginsa.

- Jak Brennanowie biją, to od razu widać to na twarzy "ofiary" – dodała nieubłagana Nemezis.
- Ale... – zaczął Jack, ale Ange była szybsza.

- Poza tym Booth jedzie z Temperance do Londynu. To nie jest przypadek!

- Nie możliwe! – zaperzył się Hodgins. – Pytałem go, jak się czuje, zaraz jak powiedziałem mu o tych odnalezionych przy ofierze mikrocząsteczkach komponentów drogich mebli. –

Angela słuchała tego i pobłażliwie kiwała głową.

- Nie wciągałby dr B, w sprawę, którą musi oddać, gdyby oczywiście naprawdę wyjeżdżał. Nie odpowiedział mi, na pytanie o samopoczucie, tylko się zdenerwował. To jasne, że musiał się kiepsko czuć, gdy dostał lanie od kobiety. Inaczej by się nie wkurzył!

- Hodge, przyjmij tę przegraną z godnością. – powiedziała uroczyście Angela ujmując swą prawą dłonią prawą dłoń narzeczonego. – Zidentyfikowałam ofiarę. To Dylan Kelly – wytwórca snobistycznych mebli do alkowy i właściciel najbardziej ekskluzywnego salonu łóżek na Zachodnim Wybrzeżu. Booth zabrał dr Brennan do magazynów Kellyego. – To ostatnie powaliło dumę Hodginsa, więc przyznał wciąż jednak z pewnym ociąganiem.

- Salon ekskluzywnych łóżek? Wiesz co, te perfumy Ci się należą. Bez dwóch zdań kotku.
Na to Angela już nic nie odpowiedziała, tylko się zamyśliła. Zastanawiała się, jak powinien wyglądać flakon jej własnych perfum.

 

III

Doktor Brennan coraz większą atencją obdarzała samoloty, a nawet pilotów i stewardesy. Nie zarobiła co prawda na akcjach Airbusa (tak przynajmniej twierdził jej księgowy), ani nie znała też osobiście pracowników linii lotniczych, ale to właśnie taki jeden stalowy kolos, jego wysokooktanowe paliwo i terminal na Dulles International Airport miały stać się dla niej jutro wybawieniem. Wybawieniem od gęstniejącej sytuacji w pracy. Paradoksalnie, Temperance nie przepadała za lataniem, nie znosiła też ucieczki przed problemami. Była kobietą czynu. Każdy jednak człowiek czynu bywa czasami pokonany przez... no właśnie, przez co? Własną psychikę? Brennan nie znosiła się bać, a w takich sytuacjach bezradności bała się i to piekielnie. Jak walczyć z niewidocznym, ukrytym w niej samej, wrogiem? Środowisko zewnętrzne też nie było zbyt pomocne w rozwiązaniu palącej kwestii. Wręcz przeciwnie. Booth nie zostawił jej w spokoju, a jego ostatnie wystąpienie było wręcz skandaliczne. Teraz odmawiał złożenia akt Kellyego, Cullenowi i ciągnął ją z niezrozumiałych powodów w okolice portu przeładunkowego. Angela, jak to ona, podejrzewała ją o romans z Boothem. Sweets cały ranek próbował zagadnąć Temperance o, jak to ujął, „behawioralne przypisanie ról społecznych”, a Hodgins domniemywał, iż uczestniczyła w nieistniejącej awanturze, no może niezupełnie fikcyjnej. W tej chwili antropolog uśmiechnęła się do swoich myśli, co przyciągnęło uwagę siedzącego obok, prowadzącego czarnego SUV-a jej partnera.

- Co cię tak rozbawiło Bones? – Zapytał Booth, wyprzedzając jednocześnie jadącego przed nimi pickupa.

- Bawi mnie rywalizacja Angeli i Hodginsa. – szybko jednak Temperance zmieniła temat, by agent nie dociekał, na czym ta rywalizacja polega.

- Booth, nasz denat nie ma żadnych widocznych obrażeń w obrębie szkieletu. Cam obiecała zrobić badania toksykologiczne na popołudnie. Wszystko wskazuje na to, że ten mężczyzna nie umarł gwałtowną śmiercią. – Perorowała dr Brennan w nadziei, że choć część jej wywodu dotrze do jej partnera. Jego zacięta mina i nieprzenikniona twarz nie wróżyły niczego dobrego.

- To co on robił na dnie Potomaku? To twoim zdaniem nowoczesna forma pochówku?

- Nie musisz być uszczypliwy Booth. – Zganiła jego cyniczną postawę Brennan - Dlaczego nie oddałeś tej sprawy innemu agentowi po identyfikacji ciała? I dlaczego najpierw jedziemy do miejsca pracy ofiary, a nie do domu by porozmawiać z rodziną? Z akt Kelly’ego wynika, że mieszkał w Baltimore wraz z zamężną córką.

- Mam powody, by podejrzewać, że to było morderstwo. Chwilowo nie chcę jeszcze o tym mówić. Pragnę się tylko upewnić. Ok? – Tu przerwał, uznając, że wyczerpał temat. Po chwili jednak zapytał o kwestię będącą przyczyną jego dzisiejszej irytacji.

- Bones, może wyjaśnisz mi, dlaczego dzisiaj wszyscy w Instytucie badawczo mi się przyglądali i pytali o zdrowie, a nawet jeden zez, którego pierwszy raz widziałem na oczy poklepał mnie, oczywiście znienacka, po plecach?

Prowadząc ożywioną dyskusję wysiedli z wozu i ruszyli w kierunku magazynów. Gdyby Brennan nie była sobą zapewne w odpowiedzi na ostatnie pytanie wysupłałaby jakieś zgrabne kłamstewko, ale ponieważ... nadal była sobą powiedziała:

- Okazywali ci męską solidarność, a ci, którzy pytali o zdrowie zapewne założyli się o pieniądze, w jakim stanie przetrwasz atak mojej furii – wyrecytowała beznamiętnie Temperance kompletnie osłupiałemu partnerowi. – Całe miasto mówi o TWOIM WCZORAJSZYM WYCZYNIE. - Po tej ostatniej rewelacji Booth zamrugał nerwowo oczyma.

- Momencik – powiedział pozornie spokojnie – Nauczyłaś się plotkować i rozpowszechniasz w Jeffersonian niestworzone historie!?! – spokój Bootha uleciał wraz z niepokojącym kierunkiem, jaki objął tok jego rozumowania.

- Nie musiałam się niczego uczyć – tłumaczyła niewzruszona antropolog - bo pogłoski krążyły bez mojego udziału. – W głowie Brennan przeskoczyły jakieś niewidzialne trybiki i lawina żalu potoczyła się z jej ust.

- Wiem, że nie lubisz plotek, ale mogłeś to łaskawie wziąć pod uwagę zanim wyśledziłeś mnie w Bradleys, wdarłeś się tam, oskarżyłeś mnie przy kolegach że romansuję z nimi, czyli z ojcem dwojga dzieci oraz gejem...

Sprzeczając się zbadali pobieżnie teren i dotarli do Hali nr 1. Przy rampie stał nie oznakowany van, a drzwi hali były otwarte. Jednak zapalczywi w swym gniewie, agent i pani doktor, nadal głośno wyrażali swoje wzajemne żale.

- Gdybyś nie zamknęła się przede mną w laboratorium, nie musiałbym sięgać po... ostateczne rozwiązania. – Kontrował adwersarz rozsierdzonej antropolog. Ona zaś nie zwracała na niego uwagi i kontynuowała:

- a następnie wyciągnąłeś mnie stamtąd za włosy i wyniosłeś na oczach jednej setnej Waszyngtonu... no może jednej setnej tysięcznej Waszyngtonu... – liczyła w myślach.

- Za włosy? – Booth był początkowo rozgniewany, a potem coraz bardziej zadowolony z siebie. Udało mu się nią wstrząsnąć i zburzyć mur, jaki wokół siebie postawiła, a teraz trzeba ją już tylko odpowiednio zaprogramować by „wróciła do niego” i udobruchać. Tylko jak?

- To metafora Booth, chodziło mi o to zawsze mówisz, że jestem zbyt dosłowna –

Temperance nie przestawała mówić, a Booth próbował ją uspokoić.

 

Gdyby skupili się choć trochę bardziej na otoczeniu wyczuliby zbliżające się niebezpieczeństwo. To było pierwszą myślą budzącej się z niespokojnego, wywołanego farmakologicznie snu Temperance. Jaka była pierwsza myśl, jaka pojawiła się w umyśle Bootha? Zapewne zagłuszył ją ból głowy wywołany uderzeniem, które odebrało mu wcześniej przytomność. Drugą rzeczą, o jakiej pomyślała Brennan była konstatacja, że jest związana i że jest jej niewygodnie. Potem zaś zdała sobie sprawę, że leży na ciepłej, nierównej powierzchni, która zdawała się lekko i miarowo poruszać. Zdenerwowana poruszyła się niespokojnie... i wtedy... zaniepokoiła się jeszcze bardziej, bo spod jej głowy dało się słyszeć głuche jęknięcie.

Angela czytała w laboratorium Hodginsowi akta Kellyego i zastanawiała się głośno:

- Skoro największe salony Alkowy Marzeń Kellyego znajdują się na zachodnim wybrzeżu, to dlaczego fabrykę mebli utrzymywał na wschodzie w Baltimore?

- Żartujesz Ange?!? – Tu zaskoczony Hodgins aż poczerwieniał z emocji.

- To dlatego, by ukryć przed podatnikami, że największy popyt na fikuśne łóżka jest tutaj... w Waszyngtonie! – zadowolony z demaskacji kolejnego spisku Jack czuł się jak ryba w wodzie.

- Chyba trochę przesadzasz... a ja nie rozumiem, po co wozić gotowe wyroby przez całe Stany. – podekscytowany Hodgins nie zauważył jednak jej wątpliwości.

- Ange! Polityka to władza i kasa, a obydwie razem stanowią najlepszy afrodyzjak!... powstaje więc zapotrzebowanie na wyrafinowane umeblowanie do sypialni... zwłaszcza za czasów administracji Billa.

Tu Angela przerwała mu.

- Kochanie Bill i jego cygara nie potrzebował sypialni. Świetnie radził sobie nawet w Gabinecie Owalnym – zaśmiała się ubawiona przywołaną wizją kobieta. Hodgins jednak ciągnął dalej:

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin