21
Część pierwsza
UPORZĄDKOWANIA
Pięć uwag wstępnych
1. Cynizm - zmierzch fałszywej świadomości
Czasy są ciężkie, ale nowoczesne
(przysłowie właskie)
Und doch sah man niemanden mehr, der Hunter dem allen
Stand. Alles drehte sich fortgesetzt um sich selbst. Die interessen
Wechselten von Stunde zu Stunde. Es war nirgends ein
Ziel mehr...Die Leiterverloren den Kopf. Sie waren bis
zur Neige ausgepumpt und verkalkt...Jeder Mensch im
Lande gegann zu merken, es klappt nicht mehr...Einen Weg wies noch das Hinausschieben des Zusammenbruchs...
Franz Jung, Die Eroberung der Maschinen, 1921
Cierpienie mające źródło w kulturze zyskało nową jakość, która objawia się jako uniwersalny i zarazem rozproszony cynizm. Tradycyjna krytyka ideologii jest wobec niego bezradna. Nie dostrzega w cynicznie uzbrojonej świadomości punktu zaczepienia dla swej oświecającej aktywności. Nowoczesny cynizm przedstawia sobą ów stan świadomości, jaki wyłania się po naiwnych ideologiach i ich rozpoznaniu. To w nim ma swoją rzeczywistą przyczynę wyraźne wyczerpanie się krytyki ideologii. Okazała się ona bardziej naiwna, niż świadomość, którą pragnęła zdemaskować; ze swą układną racjonalnością nie nadążała za przemianami nowoczesnego myślenia, które wiodły ku wielu odmianom wyrafinowanego realizmu. Dotychczasowa galeria postaci fałszywej świadomości - kłamstwo, błąd, ideologia - jest niekompletna; dzisiejsza mentalność wymaga dodania czwartej struktury, fenomenu cynicznego. Mówienie o nim oznacza próbę dostania się nowym wejściem do starego gmachu krytyki ideologii.
Określenie cynizmu mianem zjawiska uniwersalnego a zarazem rozproszonego chybia zwyczajowi językowemu; w ogólnym wyobrażeniu cynizm nie jest bowiem czymś amorficznym, ale wyrazistym, nie uniwersalnym, lecz specyficznym i wysoce indywidualnym. Nietypowe dla niego przymiotniki „uniwersalny” i „rozproszony” opisują coś niecoś z jego nowej formy przejawiania się, która czyni go jednocześnie kruchym i trwałym.
W starożytności cynik (lepiej: kynik*) był samotnym dziwakiem, prowokującym i upartym moralistą. Diogenes z beczki uchodzi za pierwowzór takiej postaci. W książkach ilustrujących społeczne charaktery przedstawiany jest od tamtego czasu jako zachowujący dystans kpiarz, uszczypliwy i złośliwy indywidualista, który zdaje się nie potrzebować nikogo i przez nikogo nie być lubianym, gdyż nikomu nie pozwala ujść cało spod swojego porażająco demaskującego spojrzenia. Jeśli chodzi o pochodzenie społeczne jest postacią z miasta, ukształtowaną w trybach antycznej metropolii. Cynika można by scharakteryzować jako reprezentanta najdawniejszej odmiany zdeklasowanej i plebejskiej inteligencji. Jego „cyniczna” rebelia przeciwko arogancji i moralnym tajnikom funkcjonowania rozwiniętych cywilizacji zakłada istnienie miasta wraz z jego zdobyczami i cieniami. Postać cynika może wykrystalizować się w całej swej pełni dopiero w mieście, pod naciskiem publicznej gadaniny oraz powszechnej dialektyki miłości i nienawiści. Jest jego negatywnym profilem. I tylko miasto, do którego cynik ostentacyjnie obraca się plecami, może włączyć go do grupy swoich oryginałów, na których skupia się sympatia, jaką obdarowuje ono wybitne miejskie indywidualności.
Nowożytną pożywkę dla cynizmu można znaleźć zarówno w kulturze miejskiej, jak i w sferze dworskiej. Jedna i druga są matrycami złego realizmu, który uczy ludzi fałszywego śmiechu otwartej amoralności. Tu i tam w śmiałych i inteligentnych umysłach akumuluje się pewna wyrafinowana wiedza, oscylująca między nagimi faktami a konwencjonalnymi frazesami. Z samych dołów, ze zdeklasowanej inteligencji miejskiej i z samej góry, ze szczytów świadomości właściwej politycznym dostojnikom, przenikają do poważnego myślenia sygnały, świadczące o radykalnie ironicznym potraktowaniu etyki i społecznych konwencji, jak gdyby były one ogólnymi prawami przeznaczonymi tylko dla głupców, podczas gdy z ust wtajemniczonych przebrzmiewa złowieszczo przenikliwy śmiech. Dokładniej rzecz biorąc, istnieją możni, którzy się tak właśnie śmieją, podczas gdy kyniczni plebejusze mają tego satyrycznego śmiechu słuchać. W szerokim spektrum wiedzy cynicznej spotykają się przeciwne bieguny: Dyl Sowizdrzał napotyka Richelieu, Machiavelli kuzynka Rameaus, głośni condottieri renesansu wytwornych cyników rokoko, pozbawieni skrupułów przedsiębiorcy pozbawionych iluzji outslaiderów, nieczuli stratedzy systemów bezideowych negatywistów.
Od czasu powstania społeczeństwa mieszczańskiego poczęto przerzucać mosty między wiedzą tych całkiem na górze a wiedzą tych całkiem na dole, i pojawiła się ambicja, by obraz świata właściwy dla tego społeczeństwa oprzeć w całości na realizmie. Odtąd bieguny cynizmu łączą się ze sobą. Dzisiaj cynik występuje jako postać masowa: jako przeciętny typ społeczny z wyższych sfer nadbudowy. Jego umasowienie bierze się nie tyle stąd, że zaawansowana cywilizacja przemysłowa produkuje zgorzkniałego odszczepieńca jako zjawisko masowe. To raczej same wielkie miasta stały się olbrzymimi molochami, które zatraciły siłę tworzenia powszechnie akceptowanych public charakters. Presja indywidualizacji ustaje i znika w atmosferze nowoczesnego miasta i nowoczesnych mediów. Współczesny cynik - w postaci, jaka pojawiła się masowo w Niemczech, zwłaszcza od czasów pierwszej wojny światowej - nie jest już żadnym outsaiderem. Ale jeszcze rzadziej występuje jako typ plastycznie wyrazisty. Dzisiejszy cynik masowy traci rys indywidualny i unika ryzyka wystawiania się na pokaz. Od dawna nie próbuje zwracać na siebie uwagi jako oryginał i narażać się w ten sposób na drwiny innych. Człowiek o przenikliwym „złym spojrzeniu” zatopił się w tłumie; to właśnie dopiero anonimowość zapewnia mu szeroką przestrzeń cynicznych dewiacji. Nowoczesny cynik jest zintegrowanym typem aspołecznym, którego subsensoryczny brak iluzji upodabnia do każdego hipisa. Złowrogie-przenikliwe spojrzenie nie wydaje mu się osobistym defektem, ani też amoralnym kaprysem wynikającym z prywatnych pobudek. Swojego sposobu bycia już nie traktuje automatycznie jako czegoś, co łączy się z subiektywnym złem, lecz jako uczestnictwo w kolektywnym i realistycznie wyostrzonym sposobie widzenia. Wśród ludzi oświeconych powszechnym zachowaniem jest uważanie na to, by nie wypaść na naiwniaka. Wydaje się być w tym nawet coś zdrowego – jest jakby potwierdzeniem popędu samozachowawczego jako takiego. Chodzi o postawę ludzi, którzy świadomi są, że czasy naiwności minęły.
Z punktu widzenia psychologicznego współczesnego cynika można zinterpretować jako graniczny przypadek melancholika, który kontroluje swe depresyjne symptomy i w pewnej mierze potrafi zachować zdolność do pracy. Tak, na tym istotnie zależy nowoczesnemu cynizmowi: na zdolności do pracy jego reprezentantów - pomimo wszystko, nade wszystko, przede wszystkim. Powszechny cynizm od dawna opanowuje tych, którzy obsadzają kluczowe stanowiska w społeczeństwie: w zarządach, parlamentach, radach nadzorczych, w dyrekcjach przedsiębiorstw, wydawnictwach, praktykach, fakultetach, kancelariach i redakcjach. Jego działanie podszywa pewna gorzka mądrość. Cynicy nie są bowiem głupcami i na wskroś przejrzeli nicość, do której wszystko zmierza. Ich aparat psychiczny jest wystarczająco elastyczny, by wmontować weń, jako czynnik przeżycia, ustawiczne wątpienie we własne postępowanie. Cynicy wiedzą, co robią, ale robią to, ponieważ w ich krótkowzrocznej perspektywie realne konieczności życia i mechanizmy samozachowawcze mówią jedno i to samo, że tak być musi. Inni postępowaliby zresztą analogicznie, a być może jeszcze gorzej. Nowy zintegrowany cynizm ma często w stosunku do samego siebie głębokie poczucie bycia ofiarą i ponoszenia ofiary. Za dobrze maskującą się i grubą fasadą skrywa mnóstwo łatwo dającego się zranić nieszczęścia i potrzebę wypłakania się. Jest w tym coś z żałoby po „utraconej niewinności”, po utraconej jasnej i wyraźnej wiedzy, wbrew której skierowane było wszelkie działanie i wszelka aktywność.
Dochodzimy tutaj do naszej pierwszej definicji: cynizm to oświecona fałszywa świadomość. Jest ona zmodernizowaną świadomością nieszczęśliwą*, nad którą oświecenie pracowało owocnie a zarazem nadaremnie. Odrobiła ona swoją lekcję oświecenia, ale się nie zrealizowała i z pewnością zrealizować się nie może. Ciesząca się doskonałą kondycją a zarazem żałosna świadomość ta nie czuje się już zagrożona przez żadną ideologię; jej fałszywość jest wyważona na drodze refleksji.
„Oświecona fałszywa świadomość”: wybór takiego sformułowania z pozoru oznacza wymierzenie ciosu przeciwko tradycji oświeceniowej. Samo ta formuła jest cynizmem w krystalicznej postaci. Mimo to podnosi rzeczowe roszczenie do ważności; jej treść i jej konieczność rozwija niniejszy esej. Logicznie rzecz biorąc chodzi o pewien paradoks. W jaki bowiem sposób oświecona świadomość może i ma być jeszcze świadomością fałszywą? Dokładnie o to tutaj idzie.
Postępowanie mimo wiedzy, że jest to złe postępowanie jest dzisiaj powszechnym zachowaniem w sferze nadbudowy; bez złudzeń wiemy, że jest złe, a jednak trwamy w nim, gdyż zostaliśmy przygniecieni przez „potęgę rzeczy”. Tak oto coś, co w logice uchodzi za paradoks a w literaturze za żart, okazuje się pewnym realnym stanem rzeczy; świadomość zajmuje tu nowe stanowisko wobec „obiektywności”.
„Oświecona fałszywa świadomość”: formułę tę nie należy rozumieć jako określenie epizodyczne, ale jako konstrukcję systematyczna, jako pewien diagnostyczny model. Takie postawienie sprawy zobowiązuje nas do pewnej rewizji oświecenia, dlatego musimy ujawnić jej swój stosunek do tego, co nazywa się tradycją „fałszywej świadomości”. Co więcej, musimy zrewidować proces oświecenia i pracę krytyki ideologii, w trakcie których możliwym stawał się oto fakt, że „fałszywa świadomość” ponownie zawładnęła oświeceniem. Jeśli esej ten miałby mieć jakiś cel historyczny, to byłoby nim opisanie procesu modernizacji fałszywej świadomości. Ogólne zamierzenie całej prezentacji nie jest jednak historyczne, lecz fizjonomiczne: chodzi o strukturę refleksyjnie wyważonej świadomości fałszywej. Chciałbym jednak pokazać, że struktura ta pozostaje niezrozumiała bez jej lokalizacji w politycznej historii dotyczącej konkurujących ze sobą form refleksji*.
Zdrowy stosunek dzisiejszego oświecenia do swych własnych dziejów nie jest możliwy bez pewnego sarkazmu. Mamy wybór między przypominającym dekadencję pesymizmem, „lojalnie” przywiązanym do początków oświecenia, a swawolnym brakiem respektu dla kontynuowania jego pierwotnych zamierzeń. - W tej sytuacji wierność oświeceniu polega wyłącznie na niewierności. Tłumaczy się to częściowo pozycją jego spadkobierców, którzy spoglądają wstecz na „heroiczne” czasy i pozostają nieuchronnie sceptyczni wobec jego rezultatów. Z byciem spadkobiercą wiąże się zawsze pewien „cynizm wynikający z zajmowanej pozycji” – o czym wiadomo również z historii dziedziczenia rodzinnych kapitałów. Jednakże samo retrospektywne spoglądanie wstecz nie wytłumaczy szczególnego charakteru nowoczesnego cynizmu. Rozczarowanie do oświecenia bynajmniej nie jest wyłącznie znakiem tego, że epigoni muszą i powinni być bardziej krytyczni niż sami twórcy. Osobliwy smaczek nowoczesnego cynizmu jest natury zasadniczej – jest nim stan chorej z oświecania świadomości, która, nauczona historycznym doświadczeniem, wyrzeka się taniego optymizmu. Nowe wartości? Nie dziękuję. Po zawiedzionych nadziejach żywionych na przekór wszystkiemu rozprzestrzenia się apatia małych egoizmów. We współczesnym cynizmie obecna jest oświecona negatywność, która znajduje niewiele nadziei dla samej siebie, co najwyżej trochę ironii i współczucia.
Chodzi tu w ostatecznej instancji o społeczne i egzystencjalne granice procesu oświecenia. Oświeconą świadomość upokorzyły konieczność przeżycia i pragnienie samozachowania. Świadomość ta choruje na przymus zaakceptowania zastałych stosunków, w które wątpi, na przymus dostosowania się do nich i w rezultacie całkowitego ich podtrzymywania. By przeżyć trzeba uczęszczać do szkoły realności. Bez wątpienia. W języku tych, którzy to dobrze rozumieją nazywa się to dorastaniem i jest w tym coś prawdziwego. Tyle, że nie wszystko. Świadomość kolaborująca zawsze trochę niespokojnie i nerwowo rozgląda się za utraconą niewinnością, której nie da się już wskrzesić, ponieważ procesy uświadamiania są nieodwracalne.
Gottried Benn, jeden z najbardziej znaczących rzeczników nowoczesnego cynizmu, stworzył bodaj jego epokową formułę – jasną i bezwstydną: „Być głupim i mieć pracę - to jest szczęście”. Pełną treść tego zdania pokazuje dopiero jego odwrócenie: „Być inteligentnym a mimo to wykonywać swoją pracę” - to jest świadomość nieszczęśliwa w zmodernizowanej i oświeceniowo chorej formie. Ta świadomość nigdy już nie będzie „głupia”, czyli naiwna, i nigdy nie odzyska już swej niewinności. Będzie trwać w wierze w siłę przyciągania relacji, z którymi wiąże ją popęd samozachowawczy. Wszystko albo nic. Wraz z 2000 DM* netto na miesiąc zaczyna się powoli proces kontroświecenia; polega on na tym, że każdy, kto ma coś do stracenia, radzi sobie ze swoją nieszczęśliwą świadomością w prywatnym zaciszu albo zagłusza ją dodatkowym engagaments.
Nowy cynizm nie manifestuje się już w sposób wyraźnie zauważalny, co odpowiadałby jego pojęciu, albowiem funkcjonuje właśnie jako mentalność prywatna, która stała się kondycją świata. Współczesny cynizm otacza się dyskrecją – jak niebawem zobaczymy[1] jest to kluczowe słowo wyrażające wyobcowanie zapośredniczone w formie, która nas urzeka. Świadome dopasowywanie się do istniejących warunków, które prawdziwą wiedzę złożyło w ofierze „konieczności”, nie dostrzega już powodu dla agresywnego i spektakularnego ekshibicjonizmu. Istnieje nagość, która nie oddziałuje już demaskatorsko, w której obecności nie wychodzą na jaw żadne „gołe fakty” jako możliwy budulec pogodnego realizmu. Neocyniczna ugoda z tym, co jest kryje w sobie coś żałosnego, nie ma natomiast nic z pewnej siebie nagości. Dlatego wcale nie łatwe jest pod względem metodologicznym mówienie o rozproszonym, pozbawionym wyraźnego profilu cynizmie, który wycofał się w smutną roztropność a swą wiedzę, niezdolną już do kąśliwych ataków, chowa głęboko do wnętrza niczym jakąś skazę. Wielkie zaczepne parady cynicznej bezczelności stają się rzadkie. Na ich miejsce wkroczyły irytacje, a na sarkazm brakuje energii. Arnold Gehlen uważał, że nawet Anglicy dziś już nie potrafią być uszczypliwi, ponieważ na wyczerpaniu znalazły się zapasy niezadowolenia i ich odliczanie już się zaczęło. Zniechęcenie, które przychodzi po przeprowadzonych ofensywach, nie otwiera już ust tak szeroko, żeby oświecenie mogło coś przez to uzyskać.
Jest to jeden z powodów, dla których w drugiej części tej książki, być może z pewnym nadmiarem, wydobywam „cyniczny materiał” z arsenałów Republiki Weimarskiej – z dodaniem pewnych starszych dokumentów będących przedmiotem dyskusji. W historycznej części głównej, pod tytułem „Syndrom Weimarski” podejmuję próbę naszkicowania pewnej fizjonomii epoki. Chodzi w niej o charakterystykę stulecia, którego pierwszym dziedzictwem był faszyzm a drugim jesteśmy my - ludzie dnia dzisiejszego.
Mówienie o Republice Weimarskiej oznacza tu jedno, mianowicie zatopienie się w społecznej somowiedzy. Z powodów, które można podać kultura Weimarska była cyniczna jak żadna inna przed nią, tworząc całe bogactwo wyraźnie wyprofilowanych odmian cynizmu. Ból modernizacji odczuwała silniej, a swój brak iluzji wyrażała jaśniej i dobitniej, niż jakakolwiek epoka współczesna. Odnajdujemy w niej charakterystyczne formuły świadomości nieszczęśliwej – uderzająco aktualne do dzisiaj. A być może dopiero dzisiaj możemy rozpoznać ich powszechną ważność.
Krytyka cynicznego rozumu pozostawałaby akademicką grą szklanych paciorków, gdyby nie śledziła związków między „problemem przeżycia” a niebezpieczeństwem faszyzmu. Problem „przeżycia”, samozachowania i samoobrony, którego rozwiązania poszukują wszelkie formy organizmu, dotyka w istocie centralnego zagadnienia obrony stanu posiadania oraz planowania przyszłości w nowoczesnych państwach narodowych. W rozmaitych podejściach próbuję określić logiczne miejsce niemieckiego faszyzmu w strukturze nowoczesnego cynizmu refleksyjnego. Nieco rzecz uprzedzając można powiedzieć, że w niemieckim faszyzmie zbiegają się typowo nowoczesne procesy psychokulturowego lęku przed rozpadem, regresywnej samoobrony oraz nowego racjonalnego wyrachowania z prazacnym nurtem cynizmu żołdackiego, który na ziemi niemieckiej, w szczególności pruskiej, posiada równie makabryczną, co i mocno zakorzenioną tradycję.
Być może poniższe rozważania o cynizmie jako czwartej figurze fałszywej świadomości pomogą przezwyciężyć osobliwe milczenie ze strony prawdziwej krytyki filozoficznej w odniesieniu do tak zwanej ideologii faszystowskiej. Filozofia jako „fach” nie ma własnego zdania na temat „faszyzmu teoretycznego”, ponieważ wydaje się on być w zasadzie poniżej wszelkiej krytyki. Interpretacje faszyzmu jako nihilizmu (Rauschning i inni), bądź jako „myślenia totalitarnego” są ogólne i nieprecyzyjne. Wystarczająco mocno podkreślano już „niewłaściwy”, synkretyczny charakter ideologii faszystowskiej. Wszystko, co mogłaby ona „reprezentować” poprzez treści swych twierdzeń od dawna podpada pod radykalną krytykę poszczególnych nauk – psychologii, politologii, socjologii, historiografii. Programowe tezy faszyzmu de facto „nie są” dla filozofii konsekwentną ideologią, wymagającą poważnego potraktowania, wobec której refleksyjna krytyka miałaby rzeczywiście wykonać swą pracę. Ale tutaj tkwi słaby punkt – słaby punkt krytyki. Jest ona zaprogramowana na „poważnego przeciwnika” i w tym nastawieniu zaniedbuje zadanie rozpoznania ideologicznego modelu „niepoważnych”, ulotnych „systemów”. Dlatego do dziś dnia nie dorosła na tyle, by dosięgnąć nowoczesnego cynizmu wmieszanego w treść prywatnych opinii. Ponieważ jednak problemy społecznego oraz indywidualnego samozachowania dyskutowane są w perspektywie takiego właśnie wymieszania, istnieją dobre racje, aby zatroszczyć się o jego strukturę. O sprawach samozachowania należy mówić takim samym językiem jak o problemach samozniszczenia. W obu przypadkach zdaje się działać ta sama logika moralnego dementi. Nazywam ją logiką „struktury cynicznej”, która polega na tym, że etyka należąca do kultury wysokiej kwestionuje samą siebie. Wyjaśnienie tej struktury uczyni jaśniejszym, co to oznacza wybrać życie.
2. Oświecenie jako dialog – krytyka ideologii jako kontynuacja
przerwanego dialogu innymi środkami
Kto mówi o cynizmie, ten mówi o granicach oświecenia. W tym względzie zajmowanie się głównymi aspektami cynizmu weimarskiego – abstrahując od zalety jego wyrazistości – jest również obiecujące pod względem historiozoficznym. Republika Weimarska jest w niemieckiej historii nie tylko produktem zapóźnionego rozwoju państwowego i narodowego – poważnie obciążonego dziedzictwem wilhelmiańskim, duchem cynicznie antyliberalnej państwowości – lecz także przykładem „nieudanego oświecenia”.
Często tłumaczono, że i dlaczego prekursorzy republikańskiego oświecenia nie mogli być wówczas niczym innym, jak tylko desperacko spontaniczną mniejszością rzeczników rozumu, występujących przeciwko siłom niemal nie do pokonania: masowym nurtom kontroświecenia i nienawiści do inteligencji; falandze antydemokratycznych i autorytarnych ideologii, które okazywały się publicystycznie skuteczne; przeciwko agresywnemu nacjonalizmowi o rewanżystowskim obliczu; przeciwko nie dającej się oświecić mieszaninie twardogłowych konserwatystów, przewlekłemu Biedermeierowi, mesjanistycznym odłamom religijnym, apokaliptycznym ruchom politycznym i przeciw zarówno realistycznej, jak i psychopatycznej niechęci wobec wymogów mało swojskiej nowoczesności. Rany wojny światowej infekowały się ciągle od nowa, powodując piekący kryzys; nadmiernie rozrastał się Nietzscheanizm – jako najbardziej charakterystyczny styl myślenia niemiecko-narcystycznego resentymentu oraz wolicjonalny, arogancki i „protestancki” stosunek do „złej realności”. W klimacie kryzysowego wzburzenia powstawała przenikliwa psychologiczna wibracja lęku przed przyszłością i resentymentu, chwiejnych pseudorealizmów i duchowej niestabilności. Jeśli kiedykolwiek istniała w ogóle epoka, która domaga się opisu historycznej psychopatologii, to są to lata między upadkiem cesarstwa i pojawianiem się narodowego socjalizmu.
Pierwsza impresja musi być jedna: Kto w takim społeczeństwie chciał uprawiać oświecenie, stał na straconych pozycjach. Siły oświecenia były w obliczu wrogów za słabe. Oświecenie nigdy nie mogło zawrzeć jakiegoś skutecznego przymierza z mediami masowymi, a pełnoletność nigdy nie była ideałem przemysłowych monopoli i ich korporacji. Jakże zresztą mogłaby być?
Oświecenie wyraźnie załamuje się w obliczu reakcji sił opozycyjnych. Rozpatrywanie tego jedynie jako problemu arytmetyki władzy byłoby jednak błędne. Oświecenie załamuje się bowiem także w obliczu kwalitatywnej reakcji przeciwnej mu świadomości. Wzbrania się ona zapamiętale przed zaproszeniem do dyskusji, przed „destrukcyjnym” dialogiem o prawdzie; już samo mówienie o tym wzbudza niechęć, ponieważ wystawia na ryzyko tradycyjne poglądy, wartości i formy samozachowania. Interpretacja tego sprzeciwu jako podstawy ideologii stała się głównym motywem oświecenia.
Nie tylko w epoce nowoczesnej oświecenie ma do czynienia z przeciwną mu świadomością, coraz bardziej okupująca się na wrogich pozycjach. Linię frontu można w zasadzie pociągnąć aż do czasów inkwizycji. Jeśli prawdą jest, że wiedza jest potęgą, jak uczył ruch robotniczy, to prawdą jest również, że nie każda wiedza jest pożądana. Ponieważ nie istnieją prawdy zdobywane bez walki i ponieważ każde poznanie musi wybrać swoje miejsce w strukturze władz hegemonicznych i ich oponentów, środki gwarantujące ważność wiedzy wydają się bez mała jeszcze ważniejsze niż wiedza sama. W epoce nowoczesnej oświecenie okazuje się taktyczną całością. Żądanie uogólnienia tego, co rozumne wciąga je w wir polityki, pedagogiki, propagandy. Tym samym oświecenie świadomie wypiera przykry realizm dawniejszej filozofii, dla której nie było problemem, że masy są niemądre a rozum można odnaleźć tylko u nielicznych. Nowoczesny elitaryzm musi się zakodować demokratycznie.
Nie jest naszym celem historyczne rozwinięcie idei zmierzchu oświecenia. Wiemy, że w XVIII i XIX stuleciu zrozumiano, na przekór licznym trudnościom i przeciwieństwom, że sceptycyzm co do własnych rezultatów i planów, należy twórczo przezwyciężyć i starać się iść dalej. Pomimo wszystkich oporów i przeszkód w rozwoju oświecenia wierzyło ono jeszcze, że prawo postępu jest po jego stronie. Za wielkimi osiągnięciami kryją się wielkie nazwiska epoki: Watt, Pasteur, Koch, Siemens. Ich osiągnięcia można z przekąsem kwestionować, byłby to wszak gest powodowany nastrojem, a nie sprawiedliwy osąd. Prasa, koleje żelazne, pomoc społeczna, penicylina – któż mógłby zaprzeczyć, że te znaczące nowości nie należą do „ogrodu tego, co ludzkie”. Jednak od czasów stechnicyzowanych okropności XX wieku, od Verdun aż po Gułag, od Auschwitz po Hiroszimę, empiria szydzi z wszelkiego optymizmu. Świadomość historyczna i pesymizm zdają się wychodzić na jedno i to samo. A katastrofy, które się jeszcze nie zdarzyły, ale które trzeszczą w posadach, podsycają powszechne zwątpienie w cywilizację. Późny wiek XX płynie na fali negatywnego futuryzmu. „Najgorsze już przewidziano”, musi się ono „jeszcze tylko” stać.
Temat niezadowolonego z siebie oświecenia chciałbym zawęzić najpierw do jednego punktu, do pytania o środki przymusu, którymi dysponuje oświecenie w odniesieniu do świadomości mu przeciwstawnej. W pewnym sensie pytanie o „środki przymusu” jest już niewłaściwe, ponieważ oświeceniu chodziło z istoty o zgodę dobrowolną. Jest ono tego rodzaju doktryną, która swe urzeczywistnienie nie chce zawdzięczać zewnętrznemu naciskowi. Jednym z jego biegunów jest rozum, drugim - swobodny dialog troszczący się o rozum. Właściwą mu metodą i zarazem moralnym ideałem jest dobrowolny konsensus. Oznacza on, że świadomość opozycyjna zmienia swoją dotychczasową pozycję tylko pod wpływem przekonujących argumentów.
Chodzi o pewien subtelny proces pokojowy, w którym, pod naciskiem racjonalnych argumentów, upadają stare poglądy, nie dające się dłużej utrzymywać. Tym samym oświecenie reprezentuje sobą, jeśli tak można powiedzieć, pewien utopijny praobraz – epistemologiczną pokojową idyllę, piękną i akademicką wizję: swobodny dialog bezinteresownie zainteresowanych w poznaniu. W nakierowanym na prawdę dialogu rządzonym prawami rozumu spotykają się tutaj nieuprzedzone jednostki, nie będące niewolnikami własnej świadomości i nie krępowane więzami społecznymi. Prawda, którą pragną krzewić ludzie oświecenia rodzi się z przystania na głębsze uzasadnienia, wymuszonego bez użycia siły. Sam protagonista czy też odkrywca idei oświeceniowej musi dokonał tego kroku czasowo już wcześniej, zazwyczaj poprzez poświęcenie na rzecz oświecenia swojego poprzedniego stanowiska.
Proces oświecenia ma zatem dwie strony: zajęcie lepszych pozycji i rozstanie z wcześniejszymi poglądami. Obecna jest w nim pewna ambiwalencja uczuć zdobyczy i bólu, wkalkulowanych w utopię życzliwego i krytycznego dialogu. Ból staje się do wytrzymania dzięki świadomości, że można go znosić wspólnie i dobrowolnie jako cenę za bycie razem. Ten, kto coś traci może czuć się kimś, kto jednocześnie coś zyskuje. Oświeceniowy dialog to w istocie nic innego jak ścieranie się opinii i poszukująca rozmowa między osobami, które a priori kierują się regułą pokojową, ponieważ wiedzą, że mogą wyjść z tego spotkania tylko jako zdobywcy, jako ci, co zyskali wiedzę i solidarność. Dlatego też akceptują rozstanie z wcześniejszymi poglądami jako cenę, którą warto zapłacić.
Pewna akademicka idylla, jak się rzekło; a zarazem regulatywna idea każdego oświecenia, które nie chce porzucić perspektywy pojednania. Nikogo nie zaskakuje fakt, ż...
diabelek96