p.doc

(92 KB) Pobierz

              NIEZWYCZAJNA EKSKURSJA PETERSBURSKA

czyli kolejna odsłona klątwy pewnej Angeliki , która nad mojemi wyjazdami ciąży

(tzn. zawsze zawierają w sobie elementy koszmarności)

 

              Rannym słonkiem podążam pod Salę Kongresową. Miły akcent , jakim jest spóźnienie się autokaru o kilkanaście minut , stanowi w jakiś sposób płynne wprowadzenie w atmosferę późniejszych wydarzeń , choć chwilowo nikt jeszcze tego nie zauważa. Większość pasażerów autobusu stanowią tzw. „ryczące czterdziestki” i „wyjące pięćdziesiątki” (odnosząc się również do charakteru i sposobu bycia) choć rekordzistką jest podróżująca samotnie dystyngowana dama około osiemdziesiątki. Jest też kilka małżeństw w różnym wieku , pewien trzydziestolatek o przetłuszczonych włosach (o którym mowa będzie później)  ze swoją śliczną dziewczyną ubierającą się zwykle w bardzo ładne odcienie różu (znam kilka osób , którym chciałoby się powiedzieć : patrzcie i uczcie się…) oraz cztery studentki , niestety wszystkie niemiłe i niekomunikatywne , w dodatku brzydkie nawet jak na moje niewygórowane standardy. (Jak ktoś jeszcze tego nie wie , zaznaczam , że uważam , iż brzydota ciała według moich kryteriów jest zwykle odzwierciedleniem nieładnej duszy , w dodatku w większości przypadków się to sprawdza).

              Autokar okazuje się strasznie ciasny , nawet jak na mój zupełny brak znajomości tych spraw ; wyprzedzając fakty można powiedzieć , że kiedy osoby przede mną (irytująca , korpulentna awanturnica wraz ze swoją córką , jedną ze wspomnianych studentek) przesuwały w tył oparcia swoich foteli na okoliczność snu ,

ja , aby zabezpieczyć kolana przed zmiażdżeniem , musiałem wyginać nogi tak , że skolioza gwarantowana. Chyba nie tylko ja , bo inne osoby też narzekały na podobne numery ze strony jadących przed nimi pasażerów.

              Od razu powstaje zamieszanie dotyczące przydziału miejsc w autokarze : jakieś ich numery nad fotelami napisane są , ale przedstawicielka biura pospołu z kierowcą zapewniają , że siadać można jak się chce , a osoby pytające czy przypadkiem nie zapewniono konkretnych miejsc poszczególnym uczestnikom obrywają od malkontentów. Łojdiridi u-ha! No ale dobrze. Jedziemy. Dowiadujemy się też , że właściwy kierowca i pilot mają dołączyć w Suwałkach (gdzie biuro ma siedzibę) , tam też odbędzie się (nieujęta w cenie) obiadokolacja.              

              Podążamy zatem w palącym słońcu trasą na Suwałki przez Białystok , po drodze dwa postoje plus zabranie dwóch uczestników (wspomniany trzydziestolatek z dziewczyną) z dworca w Białymstoku , w końcu dojeżdżamy do Suwałk i natychmiast za tablicą z nazwą miasta skręcamy w las dziewiczy , gdzie okazał się znajdować spory parking , a przy nim dość obskurna restauracja o nazwie „Kowboj”. Dowiedzieliśmy się też , że przez godzinę , przez którą spożywać posiłek będziemy , autokar z naszymi bagażami pojedzie do „bazy” w Suwałkach , by wymienić mu olej ; za godzinę będzie na nas czekał pod „Kowbojem” wraz z pilotem i właściwym kierowcą.

              Z uwagi na wygląd , zapach i inne ważne atrybuty tego przybytku zrezygnowałem z jedzenia tam czegokolwiek ; chętnie natomiast przeszedłbym się do Suwałk , choćby do kiosku , tyle że z mapy wynikało , że do najbliższych terenów zasiedlonych przez człowieka jest dobre parę kilometrów. Dobra. Zjechałem na zjeżdżalni postawionej przy restauracji , czekam , czekam. Potem już czekamy. Trwa to tak ze dwie godziny. Jedna z pań (ta wspomniana awanturnica) zaczyna się , tym razem słusznie , denerwować i dzwoni do biura , otrzymując tam informację , że ktoś z uczestników wycieczki zabrudził toaletę w autokarze i trzeba ją przemyć ; jest to o tyle wzruszający chwyt erystyczny , że nie tylko nikt z nas nie korzystał z tej toalety , ale nawet nie wiedział , że ona tam jest. Chociaż jakiś niemiły zapach osoby siedzące z tyłu ponoć istotnie czuły , więc zapewne już w Warszawie maszyna zjawiła się w tym stanie. Nic to , autokar ma przyjechać w ciągu dwudziestu minut i faktycznie się on tam zjawia. Pilota w nim nie ma , za to , jakby dla rekompensaty , biuro wykosztowało się na aż dwóch kierowców. (Wyprzedzając fakty można powiedzieć , że ten drugi głównie robił zgryźliwe komentarze pod adresem wszystkich wokół , a na całej trasie przejechał może ze sto kilometrów , bo pierwszy nie dopuszczał go za kółko) Natychmiast też wynikają problemy , bo jak się okazuje w Suwałkach dołączają do wycieczki dwie kolejne panie , z numerami miejsc w autokarze specjalnie uwzględnionymi na rezerwacji. Kierowca irytuje się słysząc , że wszyscy na żądanie kogoś innego z jego biura siedli jak chcieli i stwierdza , że w takim razie trzeba będzie wszystkich posadzić zgodnie z miejscami w autokarze wypisanymi przy liście obecności (co nam nie było wiadome). Z oczywistych względów (to już dwie i pół godziny opóźnienia!) wszczął się tumult , w imieniu całej wycieczki trzydziestolatek stwierdził , że jak nas teraz będą przesadzać , to odstępujemy od umowy , w końcu przestawiono tylko osoby siedzące na miejscach rezerwowanych przez owe panie. No i jedziemy. Pilot ma na nas czekać w Petersburgu. Przy okazji dowiadujemy się , że dotychczasowy pilot zrezygnował , czy też upił się i nie był zdolny do jazdy (zeznania kierowców są sprzeczne) co było drugą przyczyną opóźnienia. Przejeżdżamy w dość nawet niezłym tempie przez Litwę , Łotwę i Estonię , po drodze kilka postojów (zawsze na Bardzo Oddalonych Od Cywilizacji stacjach benzynowych , trzeba jednak przyznać , że oznaczało to również piękne widoki ; także wtedy , kiedy pod Kiejdanami na tej samej stacji zatrzymał się eskortowany przez policję rozklekotany autokar wiozący gdzieś wycieczkę miłych , wesołych i ślicznych Litwinek , co poprawiło mi nastrój po dusznym , rozgadanym autokarze ; miła dziewczyna to ktoś taki , kogo się z przyjemnością słucha nawet nie rozumiejąc ani słowa). Oczywiście po drodze niewiele było widać , niemniej jednak z pewnością godny uwagi jest potężny i majestatyczny sztuczny zbiornik wodny przy stolicy Łotwy , znany jako Morze Ryskie. Niestety , część pasażerów wywalczyło sobie oglądanie filmów na niewielkim telewizorze zakotwiczonym z przodu autokaru , który trzeba było podgłośnić do niemożliwości , by z tyłu było cokolwiek słychać. W rezultacie spędziłem cztery godziny nie mogąc nie słuchać najpierw badziewnego i zacinającego się filmu dokumentalnego o Petersburgu , a następnie dwóch części koszmarnego kryminału pod tytułem „F’X”.

              W okolicach pół do pierwszej w nocy (według czasu inflanckiego pół do drugiej , a rosyjskiego pół do trzeciej) trafiliśmy na estońsko – rosyjskie przejście graniczne i… nic. Ponad dwie godziny czekania pod czerwonym światłem znaków drogowych zezwalających na wjazd do strefy przygranicznej , co znakomicie pokazuje sprawność rosyjskich celników , zważywszy , że przed nami były całe trzy

samochody , i to osobowe. Po owych dwóch godzinach kilka pań w autokarze dostało ataku lekkiej histerii. Zanim przeszła ona w stadium ciężkie , autobus dostał zezwolenie na wjazd pod budkę celnika , gdzie spędziliśmy kolejne pół godziny. Wreszcie podjechaliśmy pod główny budynek celny , w którym (po wypełnieniu idiotycznie zawikłanych deklaracji , które następnie trzeba okazać przy wyjeździe z Rosji , bo inaczej nie wypuszczą i już) spędziliśmy następne trzy kwadranse ; my przechodząc pojedynczo przez barierki w urzędzie wraz z naszymi bagażami , a autokar obstukiwany przez celników , zaglądających do bagażu podręcznego , luku bagażowego , między koła (!) , do silnika oraz obstukujących całą maszynę różnymi dziwnymi narzędziami , przyświecając sobie latarką. Świt już nastał , a my tam tkwimy i podziwiając wschód rosyjskiego słońca , czekamy aż im się znudzi. Znudziło się , ale w okolicach czwartej (szóstej czasu rosyjskiego). Stemple podbite , Rosja czeka.

              Droga po ichniej stronie niestety ma prawie takie dziury , jak szosa dojazdowa do domu mojej koleżanki w Sulejówku , nic dziwnego , że nieco spowolniło to nasze tempo. Wyartykułowane przez pasażerów żądania dodatkowych postojów przyczyniło się do tego jeszcze bardziej. W końcu z dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Petersburga i przejeżdżając koło ślicznego , ogromnego pomnika Obrońców Leningradu , dotarliśmy do jakiegoś zaułka , gdzie czekała na nas rosyjska , ale naprawdę mówiąca po polsku przewodniczka. Jak się okazało , pilota nie było i tam , i okazało się że nie będzie. Zakwaterowanie w hotelu , zgodnie z programem , miało się odbyć około szesnastej (była jakaś jedenasta , oczywiście wciąż rosyjskiego czasu) , przedtem zaś zwiedzanie Ermitażu. No i pojechaliśmy , choć kilka pań sprawiało wrażenie , jakby chciało kierowcę rozszarpać.

              Na Newie akurat odbywało się jakieś święto , bo i uruchomiono fontanny na rzece , i paliły się znicze na tzw. kolumnach rastralnych (wielkie czerwone kolumny w kształcie dziobów okrętów położone przy moście na Wyspę Wasiliewską) , i rzeką przepływały reprezentacyjne statki , na nabrzeżu tłumy , a i muzyki na okazję nie zabrakło. Ermitaż sam porażający , a przewodniczka okazała się znakomicie go znać i nawet po polsku żartowała („W tej sali znajduje się tron cara Mikołaja II. Tutaj również bardzo często przyjeżdża Putin ze swoimi gośćmi i wtedy ustawia się tu stoły i konferują. Oczywiście sala jest wtedy zamknięta dla turystów. Nie wiem , czy on wtedy siada na tym tronie , bo mnie nie zapraszają”). Niestety , nie obejrzałem nawet części zbiorów przewidzianej programem , bo w połowie zwiedzania zorientowałem się , że ukradli mi portfel , a w nim , lekko licząc , jakieś 1700 czy 1800 złotych w różnych walutach , generalnie lwia część oszczędności na wakacje. Łojdiridi u-ha! Na szczęście nie ruszyli paszportu , który był w tej samej kieszeni. Przebiegłem z powrotem trasę , którą szedłem po Ermitażu , licząc , że może mi gdzieś wypadł. Z ochroną nie dało się niestety dogadać po angielsku , więc wyszedłem i poczekałem na resztę zwiedzających. Kolejnym punktem programu była dość , szczerze mówiąc , podła obiadokolacja w dawnym pałacu Stroganowów : co prawda szwedzki stół , ale nie spotkałem nikogo , kto wyrażałby się pozytywnie o dostępnym tam jedzeniu. Myli się ten , kto by sądził , że potem pojechaliśmy do hotelu ; dowiedzieliśmy się tylko , że ma nazywać się „Sputnik”. Nas zaś czekało wieczorne zwiedzanie Petersburga autokarem , a to z tego powodu , że była to niedziela i można było objechać ważniejsze zabytki bez stania w korkach. Przede wszystkim należy wymienić dwa sobory. Pierwszy , Sobór Zbawiciela Na Krwi Przelanej , wzniesiony w miejscu , gdzie zabito cara Aleksandra II , robi olbrzymie wrażenie z zewnątrz i (na mnie przynajmniej) takie sobie od środka , z tego mianowicie powodu , że cały jego wystrój stanowią niekoniecznie podobające mi się freski , a cały sobór , zamieniony na muzeum , aż kipi od komercji. Zachowując proporcje to trochę tak , jakby na Zamku Królewskim zwiedzającym sprzedawano popcorn w pudełkach z Zygmuntem III.

Sobór Smolny natomiast oglądaliśmy tylko z zewnątrz. Przy okazji ukradziono kolejny portfel , tym razem owej irytującej kobiecie siedzącej przede mną , co (choć kłamstwem byłoby twierdzić , że jej współczułem) stanowiło dla niej większy problem niż dla mnie , bo nie miała karty , z której mogłaby wyciągnąć coś przynajmniej na kilka kolejnych dni. W międzyczasie właściciel biura (tadaaam! Szara eminencja całego wyjazdu , która za pomocą telefonu magicznie destabilizuje całą sytuację , wkracza na scenę) poinformował nas za pośrednictwem kierowców , że hotelem , w którym będziemy zakwaterowani , nie będzie „Sputnik” lecz „Rossija” w innej zupełnie części miasta – jak się okazało , dotąd tak hotel , jak i wyżywienie załatwiał pilot wycieczek , który wzorem sputnika gdzieś odorbitował. Nic to , hotel ma ponoć niezły standard , więc jedziemy , a jest już około dziesiątej wieczorem. Na miejscu wypakowujemy bagaże i tu srogi zawód : rezerwacja owszem jest , tyle że

nieopłacona ; indagowany telefonicznie właściciel stwierdza , żeby czekać , a naciskany przez kierowcę , ile czekać i na co , po prostu wyłącza telefon. Sytuacja robi się niezbyt przyjemna : północ , my na walizkach przed hotelem , potwierdzenie ponoć wykonanego przez właściciela przelewu do hotelu nie nadchodzi , i nadal nie wiemy , gdzie spędzimy noc. Kierowca proponuje , aby zapłacić za nocleg samemu , a potem ewentualnie właściciel zwróci , ale pomijając fakt , że nie było to zapewnienie wiarygodne , po pierwsze nocleg był przecież ujęty w cenie wycieczki , a po drugie na pokoje w tym hotelu , naprawdę dość drogie , po prostu nie każdego było stać. W końcu ktoś rzucił myśl , by jechać do konsulatu polskiego i wyłuszczyć rzecz całą konsulowi ; pojechaliśmy , a było już pół do pierwszej , strażnik zezwolił jednemu z nas porozmawiać przez telefon z wicekonsulem ; zgłosił się na ochotnika trzydziestolatek , który okazał się radcą prawnym z zawodu. Po dziesięciu minutach wicekonsul przyjechał , tyle że wyraźnie wionęło od niego alkoholem ; nie przeszkodziło mu to jednak udać się z radcą i z kierowcą na godzinną konferencję , w czasie której próbowano skontaktować się z właścicielem biura , ten jednak , a jakże , miał wciąż wyłączony telefon. W końcu stanęło na tym , że wicekonsul poręczy za nas i otrzymamy pokoje w „Rossiji” pod zastaw paszportów ; w razie gdyby właściciel następnego dnia nie zapłacił , otrzymamy pożyczkę z konsulatu. Po owej więc godzinie , którą my przestaliśmy pod konsulatem podziwiając białe noce , wróciliśmy do „Rossiji” i tam dość szybko poprzydzielano poszczególnym osobom pokoje ; problem polegał na tym , że dopłaty do pokoju jednoosobowego miałem tylko ja i owa osiemdziesięciolatka , a pani z recepcji nijak nie chciała zrozumieć , czego od niej chcemy , i uparcie powtarzała po rosyjsku , że mają być po dwie osoby na pokój. W końcu zwróciłem się do kierowców i wicekonsula , którzy uczyniwszy na mój temat parę mocno nieprzyjemnych docinków („ile masz lat chłopczyku? Szesnaście? Siedemnaście? Co , dwadzieścia jeden? W każdym razie ja w twoim wieku to…”) w końcu wytłumaczyli , o co chodzi , i dostałem dla siebie ten pokój. Przyznać należy , że standard był rzeczywiście wysoki , ale niewiele z niego skorzystałem. Druga w nocy. Przez ostatnie czterdzieści godzin spałem może pół. Spać.

              Obudziło mnie walenie w drzwi. Okazało się , że było już po jedenastej i czeka na mnie cały autokar. (Okazało się również , że właściciel nadal nie nadesłał potwierdzenia , więc paszportów nie odzyskamy) Bez śniadania zatem udałem się wraz z całą wycieczką do Peterhofu , letniego pałacu cara Piotra I. Samego pałacu nie zwiedzaliśmy , ale ogromny , otaczający go ogród wychodzący nad Zatokę Fińską to jeden z najpiękniejszych widoków , jakie w ogóle mogą istnieć. Szczególną atrakcją ogrodu jest kilkanaście niesamowitych fontann , najbardziej znana jest wielka , pozłacana kaskada znana jako „Samson” usytuowana przed pałacem , woda z której spływa kanałem do Zatoki Fińskiej. W samym ogrodzie znajduje się też kilka fontann szczególnych : jedna z nich jest znana (bodajże , dokładnie nie pamiętam) jako „Dowcipna” , a jest to mianowicie kawałek kamiennego bruku , z którego , jeśli się nadepnie na któryś z kamieni , z obu stron wytryskują fontanny wody obryzgując przechodzącego. Jest też inna , z której wytryskują spore strumienie wody na przechodzących pewną ścieżką , ale nieregularnie ; jeżeli się przejdzie suchą nogą , oznacza to odpuszczenie grzechów. Nie trzeba dodawać , że skąpałem się w obu fontannach , zresztą z własnej woli , zważywszy że lubię wodę. Była i trzecia tego typu fontanna , na ścieżce głównej , z której woda bluzgała tylko trzy razy na dzień , o określonych godzinach , ale za to bardzo dużym strumieniem (tym większym , im więcej osób stanęło w polu rażenia) ; stanąłem w jej okolicach i przemoczyłem się trzeci raz. Oprócz mnie z wycieczki zrobił to tylko radca z dziewczyną swą , natomiast stanęło tam też pełno młodych zwiedzających (schodzących się specjalnie na tę okoliczność) płci obojga , choć dziewcząt było więcej. I tak , było we mnie bardzo dużo radości , z moknięcia , z dziewcząt o zmokłych włosach szczęśliwych , że zmoczył je strumień wody , wesołe krzyki , zapach włosów poddanych działaniu strumienia pod wysokim ciśnieniem , jak niewiele potrzeba czasem do szczęścia… jak ja rzadko umiem się cieszyć takimi rzeczami.

 

Refleksja na boku : sprecyzowałem przy okazji jedno z oczekiwań , jakie mam wobec mojej nieistniejącej chwilowo dziewczyny. Żeby umiała cieszyć się i bawić swoim istnieniem i naszą relacją , każdym jej aspektem , od seksu , przez pływanie razem w jeziorze , po moknięcie pod fontanną. Żeby umiała czerpać z tego szczęście. Żeby mi niekiedy przypominała , ze ja też tak chcę i potrafię.

 

Napisałem nawet coś o tym…

 

              kocham dziewczęta z Peterhofu o zmokłych włosach

              rozpryskujące dłonie pod tryśnięciem fontanny

              że miłują mokrotę i nie boją się słoty

              na głowie trzcinny wianek

 

              jeślibym miał dziewczynę tu bym ją przyprowadził

              sprawdzić czy umie się bawić z życiem ciągnąć za uszy

              z przemoczonymi sobą czy się chcemy ogrzewać

              z włosów strzechą się wadzić

              białym snem z nieba prószyć

 

              szczęście przez skórę chłoną dziewczęta z Peterhofu

              i ja je chłonę z nimi a tak rzadko potrafię

              a ty miła się rumień że i tego nie umiem

              w spojrzeń duszę się zimie

              w mroźnych rymach i strofach

              twej ikonografii

 

Kolejny punkt programu – Carskie Sioło. Tu dla odmiany ogród jest raczej dodatkiem do monumentalnego pałacu o niepowtarzalnym stylu architektury , i nawet świadomość , że i tak połowy zespołu nie odbudowano jeszcze po wojnie , nie zaciera imponującego wrażenia. Trudno to opisać nawet.

Ale żeby nie było tak wesoło , po powrocie do autokaru i przeliczeniu wszystkich okazało się , że gdzieś zapodziała się wspominana kilkakrotnie osiemdziesięcioletnia dama. Zapanowało ogólne przerażenie , ochotników wysłano grupami na poszukiwania , a autobus zaczął objeżdżać okolicę : upłynęły trzy kwadranse , zanim w końcu ją odszukano i przyprowadzono gdzie trzeba. W końcu nadeszła i dobra informacja : właściciel zapłacił za hotel! Odebrawszy paszporty z „Rossiji” , i spożywszy kolejną , równie niedobrą obiadokolację tam gdzie poprzednio , dowiedzieliśmy się , że nasz następny hotel znajdować się będzie dwadzieścia kilometrów od Petersburga. Miał być za to nad Zatoką Fińską , ale nikt tej zatoki tam nawet nie zobaczył , może dlatego , że nie tylko była daleko , ale też po drugiej stronie autostrady do Finlandii. Sam hotel okazał się placówką o niespecjalnym standardzie (ja miałem pokój na trzecim piętrze i nie narzekałem , ale sporo pań , które trafiły na pierwsze , narzekało na eszelony mrówek wciskających się nawet do bagażu) w dodatku bez pokojów jednoosobowych. Jedyny raz zaniedbanie właściciela wyszło mi na dobre : interweniowała bowiem owa osiemdziesięcioletnia dama i wymachując umową , na której było wyszczególnione , że specjalnie zapłaciła za pokój jednoosobowy , wywalczyła sobie i mnie po dwuosobowym pokoju do prywatnego użytku.

              Dzień czwarty. Rzecz jasna nie zdążyłem na śniadanie z powodu zaspania , czemu trudno się dziwić , skoro do hotelu trafiliśmy około północy. Na tempo zwiedzania natomiast nie można było narzekać. Zwiedziliśmy najpierw krążownik – muzeum „Aurora” , fantastyczny i z przepięknymi widokami na Petersburg i Newę , następnie zaś otoczoną dwudziestometrowej grubości murami Twierdzę Pietropawłowską , pierwszy budynek miasta. W Twierdzy tej codziennie w południe , zgodnie z tradycją zapoczątkowaną jeszcze przez Piotra I , oddawany jest strzał z jednego z zabytkowych dział i taki też mieliśmy okazję usłyszeć ; fala dźwiękowa wgniata w ziemię. Jest tam też bardzo nowoczesny pomnik tego cara , któremu każdy może usiąść na kolanach. Śliczny jest także widok z nabrzeża na Dużą Newkę (główny dopływ Newy) ; notabene właśnie na nabrzeże Twierdzy większość mieszkańców Petersburga przychodzi się opalać , a nawet kąpać , i to pomimo zakazu (uzasadnionego , bo woda jest tam rzeczywiście brudna). W twierdzy znajduje się i sobór , także oczywiście Pietropawłowski , a zawierający groby Romanowów od Piotra I do Aleksandra III (z wyjątkiem Piotra II , który zmarł w Moskwie). Wszystkie te groby są kopiami prawdziwych , znajdujących się dwa metry pod nimi w ziemi. Wszystkie również są proste , ze skromnymi ozdobami , nie odróżniające się jeden od drugiego , z jedynym wyjątkiem Aleksandra II , którego uznano za męczennika i dlatego on oraz jego żona doczekali się sarkofagów specjalnych z różnych kolorowych gatunków marmuru. W jednej z bocznych naw jest również symboliczny grób Mikołaja II i jego rodziny. Sam sobór raczej nie wyróżnia się niczym specjalnym , przypomina zresztą bardziej świątynię katolicką niż prawosławną , co zresztą nie jest domniemaniem pozbawionym podstaw ze względu na wyznanie architekta budowli. Jedynym naprawdę ważnym elementem jest umieszczony na wysokości około trzystu metrów , na złotej iglicy , anioł pokazujący kierunek wiatru ; kiedy tam byliśmy , stał przy owym aniele reperujący go człowiek – ponoć sposób wchodzenia tam nie zmienił się od Piotra I , kiedy to pewien rzemieślnik dla naprawienia przekrzywionego anioła wymyślił , że wejdzie na dach po specjalnie wzmocnionym splocie lin okrętowych , za co wdzięczny car nagrodził go olbrzymią sumą pięciu tysięcy rubli oraz darmowym talonem na wódkę we wszystkich karczmach imperium (a gdy ten zgubił talon , przybito mu na szyi pieczątkę o tym samym znaczeniu). Dodatkowo w soborze znajduje się wystawa poświęcona Romanowom oraz powojennej rekonstrukcji budowli.

              Na cyplu Wyspy Wasiliewskiej , na który także na chwilę trafiliśmy , wznoszą się wspomniane już kolumny rostralne , ale jest i piękne nabrzeże nad Newą , na które pasjami przychodzą świeżo upieczone młode pary , by robić tam zdjęcia ślubne ; w ciągu kwadransa naliczyliśmy ich pięć. Jest też mały niedźwiadek , trzymany w palącym słońcu (wprawdzie pod parasolem , ale ledwo się tam mieści) robiący różne sztuczki dla turystów. Strach pomyśleć , co z nim będzie , jak stanie się większym. Nawet mnie , cynicznej istocie , żal się go zrobiło.

              Kolejnym punktem programu była cerkiew najbardziej czczonego na Rusi świętego – Mikołaja , w odróżnieniu od poprzednich nie zmieniona w muzeum , ale funkcjonująca jako czynna świątynia , w której (jak we wszystkich prawosławnych) nie wolno się odzywać ani siedzieć (nie ma zresztą gdzie , w soborach zawsze się stoi). Bardzo ciekawe ikony plus niepowtarzalny klimat żywej wiary.

              Zupełnie na innych zasadach funkcjonuje największy rosyjski sobór – Isakijewski (tzn. świętego Izaaka) do którego poszliśmy później ; ta monumentalna , przeogromna budowla , którą zwyczajnie trzeba zobaczyć , jest zmieniona w

muzeum , a nabożeństwa odprawia się tu w czasie świąt państwowych. Nie da się opisać rozmachu i fantastycznego bogactwa kolorystycznego wnętrz ; ołtarz podtrzymuje np. sześć kolumn z malachitu i dwie z afgańskiego lazurytu – nawet w Carskim Siole po wojnie podobne (tylko dużo mniejsze) zniszczone przez Niemców kolumny zastąpiono atrapami. Po zwiedzeniu soboru większość wycieczki poszła na sesję zdjęciową pod Jeźdźca Miedzianego , ja zaś wraz z pewnym małżeństwem udałem się na wieżę soboru , wysoką na sześćdziesiąt metrów i mającą około dwustu dwudziestu stopni do przejścia ; mało gdzie można znaleźć tak wspaniałą panoramę Petersburga.

              Czas wolny wykorzystałem na szukanie truskawek na bazarach i faktycznie jeden znalazłem. Niestety , ceny zabójcze. Próbując dotrzeć do Pałacu Strogonowów co prawda zabłądziłem , ale przynajmniej obejrzałem kawałek miasta. Poza tym mina niektórych młodych Rosjanek , kiedy próbuję dogadać się z nimi angielszczyzną przeplataną rosyjskimi wtrętami – bezcenna. Obiadokolacja w Pałacu równie beznadziejna co zwykle , ale miała dodatkowy posmak hazardowej gry , bo do końca nie było wiadomo czy właściciel biura na czas przeleje pieniądze kierowcy , czy też ten ostatni trafi do więzienia. W końcu ściągnięto przebywającego akurat w Petersburgu pilota innej wycieczki tego biura , zawierającej prócz Petersburga stolice trzech państw inflanckich , by pożyczył. Przy okazji przyprowadził on do restauracji całą swoją grupę i mieliśmy okazję wymienić doświadczenia : oni mieli , jeśli to możliwe , jeszcze gorzej , bo w Petersburgu szukali hotelu do czwartej nad ranem i w końcu trafili do brudnych bungalowów czterdzieści kilometrów od miasta.

              Po posiłku godzinny rejs kanałami i rzekami miasta , z Newą włącznie. Fantastyczny i dostarczający niesamowitych wrażeń , tyle że trochę krótki. Może kiedyś skuszę się , żeby pojeździć tam skuterem wodnym? Objaśnienia przewodniczki też fajne , w rodzaju „szkoła dla panienek z dobrych domów to była tam , a tutaj , w zakładzie świętej Kseni , mogły się uczyć takie z trochę gorszych domów”. Po wszystkim przewodniczka pożegnała się z nami , stwierdzając , że skoro właściciel biura jej nie zapłacił , to ona nie będzie dalej pracować i już , a także przestrzeże przed jego biurem wszystkich przewodników w Petersburgu. Kierowca skwitował to słowami „Za tydzień następna grupa , i też ją będzie prowadzić… tu by musiała pracować cały miesiąc , żeby zarobić tyle co jako przewodniczka w cztery dni”. Tak czy inaczej , konsekwencją tej awantury było odwołanie przewidzianej w programie wycieczki do Muzeum Rosyjskiego , przez co uzyskaliśmy następnego dnia trzy godziny czasu wolnego.

              Najpierw jednak doszło do kłótni , czy kierowca mógłby nas zawieźć w nocy do Petersburga dla obejrzenia podnoszenia mostów w nocy ; oponenci twierdzili , że jak będzie cały czas tak eksploatowany , to nietrudno o wypadek w drodze powrotnej , oraz że w ten sposób opóźni się wyjazd z miasta następnego dnia , bo i jemu , i wszystkim potrzebne jest przynajmniej dziewięć godzin spania. Stanęło na tym , że chętni mieli wynająć sobie prywatnego busa tam i z powrotem : ja zrezygnowałem z uwagi na braki finansowe , ale także i świadomość , że nie jest to żaden taki wielki cymes , białą noc widziałem jadąc do konsulatu , a podnoszenie mostów mogę sobie wyobrazić , skoro już je widziałem , a są i zdjęcia.

No i wyobraziłem.

 

              Most się Troicki ospale zaczyna

              z kolan podnosić , jakby miał zakwasy ,

              woda pod światłem drży i przypomina

              dziewczęcych pieszczot czarne atłasy.

 

              Włosy fal miękko obmywają stopy

              kolumnom rudym nieśmiałą ofiarą ,

              płomiennym wieżom czerwiennych ukropów

              jak pióropuszom dumnych bojarów.

 

              A bladoniebnych warstwy horyzontów

              przeplata deseń szaropuchej chmury ,

              która do światła lgnąc pod ostrym kątem

              jest , miła , niby jedwab twej skóry.

 

              A wiesz? Tam stoi gigant – Szeremietiew

              i mąci mieczem niewidzialnym fale

              szepcząc carowi w kłus mknącemu : „Pietia ,

              tu , w armat miłowaniu szalej”.

 

              Lazurytowych fontann się wynurza

              na gromny rozkaz strzelcza kanonada ,

              pilastry zmierzchu ciemną Newę burzą

              i : „Jam jest nocą” car odpowiada.

 

Ale za to ostatniego dnia pobytu w hotelu wreszcie zdążyłem na śniadanie. Po wykwaterowaniu otrzymaliśmy trzy godziny czasu wolnego , a ja miałem do wyboru : zwiedzić Muzeum Rosyjskie (zbiory ikon staroruskich i rosyjskie malarstwo nowożytne oraz współczesne) albo meczet (jedyny w Petersburgu , założony przez Katarzynę Wielką dla Tatarów tam mieszkających) , Kronwerk (bodajże) czyli muzeum wojskowości rosyjskiej oraz Kunstkamerę (założone przez Piotra Wielkiego muzeum osobliwości przyrodniczych). W końcu wybrałem to drugie , bo ikon widziałem dość w soborach i cerkwiach , a rosyjskie malarstwo współczesne mnie po prostu nie interesuje.

Z meczetem poszło bardzo szybko , bo okazało się , że tylko muzułmanie mają do niego wstęp ; mimo wszystko było warto ze względu na obłędne mozaiki ozdabiające budynek od zewnątrz. Przy okazji podpisałem się , jak i wszyscy , na sprokurowanym przez radcę liście do właściciela biura , zawierającym wyszczególnienie nienależycie wykonanych usług i żądającym zwrotu pełnych kosztów wycieczki. Może coś z tego będzie? Potem radca i reszta chętnych na zwiedzanie (bo byli i tacy , którzy czas wolny postanowili wykorzystać na chodzenie po sklepach) udali się do domu Piotra Wielkiego , ja zaś do Kronwerku. Trafiłem akurat na odbywającą się w parku przed muzeum (wypełnionym fantastycznymi czołgami , działami i wyrzutniami rakietowymi , głównie z epoki sowieckiej , ale są też np. armaty z szesnastego wieku) uroczystość zakończenia roku , prawdopodobnie Akademii Wojskowo – Medycznej , mieszczącej się w innym skrzydle Kronwerku. Uroczystość miała niesamowitą

oprawę ; w którymś momencie na dany znak otwarto dwa ogromne worki , wypuszczając nad gmach setki balonów w kształcie serca – ale przede wszystkim przy wyczytywaniu najlepszych studentów (chyba , nie rozumiałem do końca) oddawano strzał z zabytkowego działa z czasów Piotra I ustawionego na tę okoliczność przed wejściem! Co więcej , strzelano sztucznymi ogniami i równie głośno , co w Twierdzy! Czemu u nas takich rzeczy się nie robi… Po zakończeniu tego wszystkiego jakiś zespół , oczywiście też złożony z adeptów wojskowości i medycyny , zaśpiewał dwie bardzo fajne rosyjskie piosenki. Skakałem , cieszyłem się i , jak zwykle , myślałem , jak to by było fajnie przeżywać to wszystko z moją nieistniejącą dziewczyną , co spowodowało , że cieszyłem się już nieco mniej.

Po czym wybrałem się do samego muzeum , gdzie zgromadzono bardzo wiele naprawdę godnych uwagi eksponatów , przy czym moją uwagę w największym stopniu zwróciło kompletne uzbrojenie bojara rosyjskiego z przełomu średniowiecza i nowożytności (zbroja , czerwony pióropusz , kopia itd.). Przez to wszystko nie zdążyłem wprawdzie do Kunstkamery , ale idąc z Kronwerku na miejsce zbiórki obejrzałem za to Cerkiew Kazańską , czynną i wspaniale położoną w środku miasta , choć w środku nie tak efektowną jak np. Sobór Isakijewski.

              Wyjeżdżanie z Petersburga trwało półtorej godziny , częściowo przez korki w środku miasta – pchanie się na trzeciego , czwartego i piątego zdaje się być wręcz obowiązkiem rosyjskiego kierowcy – a częściowo przez to , że jedna z pasażerek zasłabła. Po drodze do Pskowa , gdzie miała być obiadokolacja , zatrzymaliśmy się gdzieś na poboczu drogi pod niezidentyfikowanym , acz zwracającym uwagę pomnikiem położonym na wysokiej górze ; wydaje mi się , że jest to Nike wymachująca sowieckimi sztandarami , ale mogę się mylić. Poszedłszy jako jedyny z wycieczki na tąż górę znalazłem za nią świetnie utrzymane mauzoleum żołnierzy radzieckich poległych tam podczas wojny z Niemcami , gdzie były nawet świeże wieńce kwiatów! Niesamowita jest ta rosyjska dbałość o takie miejsca.

              Jadąc dalej do Pskowa dowiedziałem się , dlaczego wzdłuż całej drogi rośnie las – posadzono go tam specjalnie , żeby jadącym wydawało się , że są w środku dzikiej puszczy , w rzeczywistości zaś chodzi o to , by nie widzieli ugorów i

pustkowi , obecnych za drzewami. Ubocznym tego skutkiem  jest fakt , że pobocza dróg porasta obficie osławiony barszcz Sosnowskiego , którego nikt nie likwiduje.

              Psków bardzo ładnie podsumowuje wymyślona przeze mnie po obejrzeniu miasta sentencja : cztery cerkwie po czterech stronach świata , a w środku na głównym placu pomnik Lenina. Inna rzecz , że tamtejsze bloki są w większości w tak złym stanie , że nawet tym najbardziej zaniedbanym polskim do nich daleko.

              Restauracja okazała się , o dziwo , całkiem znośna , choć duszna ; powiedziałbym wręcz , że jedzenie było lepsze niż w Petersburgu. Po zakończeniu konsumpcji wybrałem się zwiedzać potężny warowny kreml pskowski z soborem pośrodku olbrzymiej murowanej twierdzy ; obszedłem większość okręgu murów i całkiem nieoczekiwanie trafiłem na śliczną plażę nad pięknym jeziorem ; czysta (w porównaniu z podobnymi jeziorami w Polsce , np. Żywieckim) woda , miła i nieprzepełniona turystami plażami , statek wycieczkowy obwożący po zakątkach tego miejsca i dwie chichoczące dziewczyny załatwiające się w krzakach na widoku i ostrzegające jedna drugą , że ludzie patrzą. W tym miejscu chyba bardziej niż gdzie indziej mnie bolało , że nie mogę tu na wzór dziesiątek pskowian przyjść tu nad wodę popływać ze swoją hipotetyczną dziewczyną , bo takowej nie ma. Że chciałbym z nią pływać w ciepłych uczuciach , i w wodzie , i między wodorostami i nad głębinowymi formacjami piasku – i słuchać melodyjnych rosyjskich piosenek z głośników.

              Miejscem romantycznych randek w Pskowie w większym jeszcze stopniu jest teren kremla , naprawdę ogromny ; najlepsze pary wdrapują się po wysokich murach przez dziury w drewnianym dachu jednej z części obwarowań na tenże dach , z którego rozciąga się piękny widok na jezioro. I znowu przy tym całym niesamowitym widoku trochę mi to psuło radość – że sam , że nie z umiłowaną , że osoba przeze mnie miłowana mnie nie chce , a osoba mnie miłująca nie istnieje.

Jestem chyba nieuleczalnym przypadkiem.

              Pokazało się to za przekroczoną (bardzo szybko w porównaniu z tym , jak to było w drugą stronę , choć kobiety , które z piskiem ruszyły nabywać perfumy i alkohol w sklepie wolnocłowym , przedłużyły ten okres o trzy kwadranse , przy okazji wpuszczając do autokaru hordy krwiożerczych komarów) rosyjską granicą (notabene okazało się , że wszystkie poza dwoma drogi do rosyjskiej granicy z Estonią są płatne ,

może dlatego te dwie są w tak złym stanie) , kiedy to mimo moich protestów kierowca puścił „Wojnę Światów” Spielberga na podstawie Wellsa. Normalnie horrory nie robią na mnie wielkiego wrażenia , ale tym razem moja odporność psychiczna była na tyle osłabiona , że przy scenach picia krwi przez Obcych zacząłem się spazmatycznie bać śmierci. Strasznie mocno , lepiąco , ciemno. Chciałem , żeby była przy mnie moja umiłowana , żeby móc się do niej przytulić , choćby do jej stopy , jak pies , żeby był jakiś kontakt , żeby się tylko tak strasznie nie bać , żeby była. Długo przechodziło.

              Więcej przygód nie pamiętam. Przez Inflanty przejechaliśmy piorunem , w Suwałkach zmienił się kierowca , w Białymstoku wysiadł radca rozdając wizytówki. Za Białymstokiem kierowca zarządził przerwę na śniadanie , czego pożałował , kiedy po godzinie prawie nikt nie wrócił do autobusu i trzeba było spędzać ludzi klaksonem.

W końcu , oczywiście z opóźnieniem , autokar dotelepał się z powrotem.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin