"BESTIA"
Prolog
Do oświetlonej słabym blaskiem kominka komnaty weszła kobieta w długim czarnym płaszczu. Dwie podobne do siebie dziewczyny, szatynka i blondynka, spojrzały na nią zaciekawione.Kobieta odrzuciła kaptur ukazując twarz okoloną czarnymi włosami:- Witajcie siostry...Szatynka siedząca bliżej drzwi uśmiechnęła się leciutko:- Witaj siostro...długo cię nie było. Masz trochę pracy do nadrobienia...Czarnowłosa uśmiechnęła się zimno. Z pobliskiego stolika wzięła małe, srebrne nożyczki i przecięła jedną z przędzonych przez siostrę nici...
***
- Naja...Naja!- Jestem pani...Młoda elfka w ciemnozielonej sukni weszła do komnaty. Pomieszczenie było jasno oświetlone delikatnym, błękitnym światłem...Kapłanka kolejny raz zauważyła, że kobieta, Królowa, którą - ze względu na przyjaźń od wieków łączącą ich rasy - się opiekowała wygląda w tym świetle bardzo źle...a zresztą Miriam, królowa zmiennokształtnych ostatnio zawsze wyglądała źle...Elfka delikatnie, uspakajającym gestem dotknęła jej dłoni.- Słucham cię pani?- Naja...obiecaj mi, że się nim zajmiesz...obiecaj mi...- Ależ pani...Sama najlepiej zaopiekujesz się swoim synem. Jestem pewna, że wyzdrowiejesz pani...Chora kobieta uśmiechnęła się słabo- Sądziłam, że elfie kapłanki nie mogą kłamać...Siedząca przy niej "dziewczyna" leciutko się zarumieniła- To nie kłamstwo Miriam!- Och, Naja...wiem, że robisz to w dobrej wierze...ale jeśli nawet twoje umiejętności nie mogą mnie uzdrowić to nic mi już nie pomoże...Ale teraz obiecaj mi! Obiecaj, że się nim zaopiekujesz i pomożesz mu osiągnąć w życiu szczęście!Naja uśmiechnęła się smutno i czule pogładziła dłoń królowej:- Dobrze pani...obiecuję ci że będzie szczęśliwy...Kobieta spojrzała na nią ciepło- Dziękuje...za wszystkoJej oczy powoli się zamknęły. Elfka westchnęła ciężko, delikatnie ułożyła dłoń królowej na posłaniu. Po chwili wstała. Delikatnie musnęła ustami czoło zmarłej:- Zajmę się Koe obiecuję.Obróciła się ocierając łzę płynącą po policzku, podeszła do drzwi- Heroldzie! Ogłoś, że Jej Wysokość zmarła...
Szatynka krzyknęła oburzona:- Dlaczego to zrobiłaś! Chciałam żeby ta nić była dłuższa! Wszystko zepsułaś!Cicha do tej pory blondynka roześmiała się cicho- Spokojnie siostrzyczko, ona na pewno wie co robi...- Ale...przecież...przecież- Spokojnie...nie ma czym się tak przejmować. Proszę. Rozpoczęłam już nową nić...Weź ją i prządź dalej.- A ty - zwróciła się do czarnowłosej - odłóż na razie te nożyce i usiądź, ogrzej się przy kominku...
- Najjaśniejszy Panie! Panie!Do sali niczym burza wpadła młoda elfka w lekkiej skórzanej zbroi i narzuconej na niej błękitnej tunice.- Najjaśniejszy Panie...Powiodła wzrokiem po kilkunastu męskich twarzach zanim znalazła tą właściwą. Starszy mężczyzna z włosami lekko przyprószonymi siwizną uniósł się z fotela- Jestem Nori! Mów szybko elfko!- Jej wysokość urodziła Panie! Masz syna!Ertram, król ludzi, władczym gestem uniósł puchar:- Za mojego syna! Przyszłego dziedzica tronu i pogromcę zmiennych! Niech żyje Shita!Salę aż po sklepienie wypełniły radosne krzyki mężczyzn. Elfka ze smutkiem spuściła głowę...Cichcem wymknęła się z pomieszczenia.
Blondynka roześmiała się przekornie- Widzisz? Nie było czym się tak przejmować! Tą nicią możesz bawić się o wiele dłużej niż poprzednią...Czarnowłosa uśmiechnęła się złośliwie- Jesteś pewna siostrzyczko?Szatynka zerwała się oburzona na równe nogi- Ani mi się waż! - dziewczyna wskazała na dwie sąsiadujące ze sobą nici, jedną dopiero co zaczętą i druga trochę dłuższą - Możesz sobie przecinać które tylko chcesz, wyjąwszy te dwie! Mam co do nich pewne...ekhem...plany!I założę się że Nemezis zgodzi się mi pomóc!- No dobra, dobra. Nawet ich nie tknę. Baw się dobrze, ja się nie wtrącę...na razie...Szatynka spojrzała na nią morderczym wzrokiem, opadła z powrotem na krzesło i zaczęła zawzięcie prząść.
Młody, najwyżej 13 letni chłopak leżał na nagrzanej słońcem skale. Wiatr targał jego półdługie czarne włosy. Delikatne, młodzieńcze mięśnie drgały pod złotobrązową skórą. Uśmiechał się leciutko i mrużył, przed promieniami zachodzącego słońca, szmaragdowozielone, lekko skośne oczy.W pewnym momencie podniósł się i z ciężkim westchnieniem spojrzał na jezioro i otaczający polanę las. Wiedział, że powinien już wracać...Naja zawsze złościła się na niego jeśli nie wracał do domu przed zmierzchem... Lekko zeskoczył z wysokiej skały, jeszcze w powietrzu jego ciało zaczęło się zmieniać...Ziemi dotknął już czterema łapami, z przyjemnością wyprężył czarny grzbiet...Rozejrzał się dookoła, z tej perspektywy świat zawsze wydawał mu się o wiele ciekawszy. Bardziej kolorowy, intensywniej pachnący...Szybkim truchtem ruszył ku skrajowi polany. Krzaki poruszyły się bezszelestnie gdy duża, czarna pantera przemknęła między nimi...
Chłopiec pochlipywał cichutko...Był śmiertelnie przerażony. Jak to wszystko się właściwie stało? Tak nagle...Przecież jeszcze przed chwilą bawił się w przyległym do pałacu ogrodzie...A teraz znajdował się na jakiejś polanie w sercu puszczy...Bał się dwóch zmiennokształtnych którzy zabrali go z ogrodu...Czego oni w ogóle od niego chcieli? Miał przecież dopiero 8 lat. To jego ojciec był królem i nienawidził zmiennych! Nie on!- Zamknij się smarkaczu!Jeden z mężczyzn uderzył go boleśnie w twarz. W odpowiedzi chłopiec rozpłakał się głośno.
Czarna pantera pędząca przez puszczę zatrzymała się gwałtownie. Zdziwiona uniosła łeb strzygąc uszami. Nasłuchiwała...po chwili pobiegła szybko w sobie tylko znanym kierunku...
- Powiedziałem żebyś się zamknął!Mężczyzna ponownie zamierzył się na przerażonego chłopca. Ten zasłonił głowę szczupłymi ramionkami w obronnym geście. Gdy po chwili nie poczuł ciosu ostrożnie spojrzał w górę. Drugi ze zmiennych przytrzymywał uniesiona w górę rękę mężczyzny i cicho szeptał mu cos do ucha. Chłopaczek wolno przesunął wzrokiem przez otaczającą go gęstwinę...może udało by mu się uciec? W pewnym momencie jego oczy rozszerzyły mu się w zdumieniu. Zauważył intensywnie wpatrujące się w niego niezwykłe szmaragdowe oczy...
Pantera ostrożnie zbliżyła się do miejsca, z którego dochodził płacz dziecka. Umiejętnie kryjąc się wśród krzewów wyjrzała na polankę...Zobaczyła zmiennokształtnego mężczyznę, najprawdopodobniej szakala, zamierzającego się na małego chłopca kulącego się na ziemi. Drugi zmienny - wilk, złapał za rękę tego pierwszego i zaczął mu coś szybko mówić. W tym czasie chłopaczek uniósł głowę, rozglądał się jakby szukając drogi ucieczki. Dopiero teraz pantera mogła mu się dokładniej przyjrzeć. Dzieciak mógł mieć najwyżej 8 lat. Miał jasną skórę. Wydawał się kruchy i delikatny niczym porcelanowa laleczka...Miał krótkie, nastroszone rude włosy. W pewnym momencie pantera spojrzała prosto w rozszerzone ze zdumienia złote oczy...
Pierwszy z mężczyzn skinął głową, widocznie przyznając rację drugiemu. Gwałtownie szarpnął chłopca za rękę, podrywając go do góry. Uśmiechnął się jadowicie słysząc ciche chrupnięcie i wrzask bólu małego. Wyjął z kieszeni grubą linkę. Próbował związać broniącego się rozpaczliwie chłopca. W tym czasie drugi ze zmiennych zniknął wśród krzewów - prawdopodobnie chciał usunąć ewentualne ślady jakie zostawili.Po dosłownie paru sekundach do szamoczących się na polanie dobiegł krzyk bólu i przerażenia. Mężczyzna mocno uderzył szarpiącego się chłopca i rzucił go na ziemię- Kato! Kato co się dzieje! Kato łajdaku wracaj tu i wytłumacz się!Zmienny odetchnął z ulgą gdy zobaczył poruszające się krzewy- No i co? Czemu tak wrzeszczałeś ośle? Już myślałem, że znaleźli nas jego...Zamilkł i rozszerzonymi oczami wpatrywał się w wynurzającą się z gęstwiny czarną panterę. Jej sierść lśniła w zimnym księżycowym świetle. Mężczyzna słyszał groźny, niski pomruk wydobywający się z gardła zwierzęcia.Przez sekundę stał nieruchomo patrząc na przyczajoną jakby do skoku bestię. Nagle błyskawicznie przemienił się w szakala i uciekł porzucając chłopca. Mały lekko zamroczony uderzeniem i późniejszym upadkiem z przerażeniem wpatrywał się w zwierze. Pantera tylko na niego zerknęła poczym pobiegła za zmiennym, który jakiś czas temu zniknął w lesie. Chłopiec z niepokojem patrzył za nią i odetchnął z ulgą gdy znikła w gąszczu. Drgnął gdy usłyszał dochodzący z otaczającej go puszczy pełen bólu skowyt...
Pantera z zadowoleniem patrzyła na uciekającego szakala...Dała tym dwóm solidną nauczkę. Zastanowią się dwa razy zanim znowu napadną na jakiegoś dzieciaka...Wszystko jedno czyim synem jest. Obróciła się, smętnie spojrzała na świecący księżyc. To by było na tyle jeśli chodzi o wracanie przed zmrokiem...Wolnym truchtem pobiegła z powrotem na tamtą polankę.
Chłopiec siedział niemal nieruchomo na środku polany. Kurczowo przyciskał do boku złamaną przez tamtego mężczyznę rękę. Bał się. Wiedział, że sam nie jest w stanie trafić z powrotem do domu. Zaczynało mu być zimno, był zmęczony, a ból ręki nie pozwalał mu zasnąć. Obawiał się także powrotu pantery. Pochlipując cichutko zwinął się w kłębek, starając choć trochę okryć się swoją podartą tuniką...Po paru minutach usłyszał cichy szmer. Niechętnie otworzył oczy. Nagle gwałtownie odskoczył do tyłu wręcz zachłystując się powietrzem. Krzyknął przytrzymując złamaną rękę. Rozszerzonymi z przerażenia oczami wpatrywał się w siedzącą tuż przed nim panterę. Ta nawet nie drgnęła, jakby czekając na to co on zrobi. Mały miał łzy w oczach, odezwał się cichutkim płaczliwym tonem:- Pro...proszę nie krzywdź mnie...odejdź...proszę...Pantera uważnie spojrzała na niego swoimi szmaragdowymi oczami. Jakby słuchając jego prośby wstała i zaczęła wolniutko oddalać się w stronę lasu. Chłopiec patrzył za nią. Bał się jej, ale jeszcze bardziej przerażało go, że może zostać tu zupełnie sam i czekać aż ktoś go znajdzie...- Za...zaczekaj!Zwierzę zatrzymało się i obróciło w jego stronę- Jesteś zmiennokształtnym...prawda? Pomożesz mi? Czy...czy wiesz jak dojść do mojego domu?Pantera zawróciła i lekko pchnęła go łbem w kierunku otaczającej ich puszczy.
Chłopiec nie wiedział jak długo szli. Drogę oświetlało im blade światło księżyca. Dochodzili już do skraju lasu. Mały uśmiechnął się widząc znajome otoczenie- Dom!Przez krzewy wyjrzał prosto na przylegający do pałacu ogród, po którym teraz snuli się strażnicy, najwyraźniej szukając jakichkolwiek śladów młodego książątka. Chłopiec obrócił się do przyczajonej z tyłu pantery. Podszedł do niej i objął za szyję zdrowym ramieniem.- Dziękuję...uratowałaś mnie...Zdjął, ukryty do tej pory pod tuniką, srebrny medalion w kształcie drzewa i założył na szyję pantery- Proszę...dostałem ten medalion od mojej opiekunki, Nori. Podobno przynosi szczęście...Pantera spojrzała na niego uważnie. Po chwili bezszelestnie znikła w cieniach puszczy. Chłopiec patrzył za nią przez parę sekund. Powoli wszedł do ogrodu. Powitały go radosne okrzyki żołnierzy.
Mała komnata była przybrana świeżymi, wiosennymi kwiatami. W oknie stała wysoka, czarnowłosa kobieta wdychając głęboko rześkie, wiosenne powietrze. Drobna blondynka drzemała w fotelu stojącym pod drugim oknem. Szatynka wstała od krosen gniewnie potrząsając głową.- Mam już tego dość! Siedzę nad tymi nićmi już prawie 18 lat a nic ciekawego się nie dzieje! Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Haruję całymi dniami na darmo...W monolog dziewczyny włączyła się czarnowłosa- Spokojnie siostrzyczko. Ja naprawdę mogę szybko temu zaradzić...Gdybyś tylko mi pozwoliła...- Nie! Nawet o tym nie myśl! Masz...lepiej zanieś ten list do Nemezisa. No już! Jazda, rusz się!- Spokojnie skarbie...już sobie idę.Czarnowłosa spojrzała chytrze na stojące w pobliżu drzwi krosna. Bezszelestnie zamknęła za sobą drzwi. Szatynka odetchnęła z ulgą. Rozbudzona już blondynka uśmiechała się delikatnie.- Spokojnie siostrzyczko...ona się tylko z tobą przekomarza...- No wiem...wiem...ale robi to dość przekonująco...Dziewczyna z ciężkim westchnieniem wróciła do krosen.
13 letni chłopak jechał na koniu w otoczeniu żołnierzy. Tuż przed nim na ogromnym, siwym ogierze jechał jego ojciec. Chłopak potrząsnął zniecierpliwiony głową, rude włosy zasłoniły mu częściowo oczy. Nienawidził takich wypadów...Sądził, że polowania na zmiennokształtnych to barbarzyństwo. Jednak dla jego ojca, króla likwidowanie zmiennych było przyjemnością...Od trzech godzin przedzierali się przez gąszcz w poszukiwaniu ewentualnych ofiar...
Czarnowłosy, może 18 letni młodzieniec chyłkiem przemykał przez puszczę. Naja kazała mu ostrzec wszystkich zmiennokształtnych przed polowaniem jakie po raz kolejny urządził sobie król Ertram...W pewnym momencie usłyszał za sobą szczekanie psów, bez namysłu puścił się pędem przed siebie. W trakcie biegu jego ciało zaczęło się zmieniać, jego dłonie dotknęły ziemi...ale już jako łapy ogromnej, czarnej pantery. Wypadł na jedną z polan. Zatrzymał się gwałtownie niemal wpadając na dużego, siwego konia...Przywarł do ziemi rozglądając się dziko. Król ze złośliwym uśmiechem wymierzył do niego z kuszy. Kilkunastu stojących za nim strażników przygotowywało do rzutu długie lance. W pewnym momencie natrafił na współczujące złote spojrzenie. Wydał z siebie głośny ryk, nagłym zrywem rzucił się miedzy krzewy. Poczuł palący ból w tylnej łapie, jednak uciekał dalej...Jakimś cudem udało mu się dotrzeć do leśnego jeziora. Ostatkiem sił wczołgał się między skały. Słyszał szybko zbliżający się tętent koni...
Książe niepewnie patrzył na ojca. Miał nadzieję, że nagonka jednak się nie powiedzie...Niestety okazało się, że było to jak najbardziej płonne. Na polanę wbiegła czarna pantera. Zwierzę było wyraźnie przestraszone. Prawie wpadło na siwka ojca. Powiodło wzrokiem po otaczających je myśliwych. Przez parę sekund chłopak patrzył prosto w jej szmaragdowozielone ślepia. Drgnął słysząc jej przeraźliwy ryk. Pantera skoczyła między krzewy, wyraźnie widział jak strzała z kuszy ojca wbija się w jej tylną łapę...Król spiął konia by za nią pogonić. Chłopak nie namyślał się nawet sekundy, szybko zajechał mu drogę.- Ojcze, nie!- Shita zwariowałeś! To na pewno jeden z tych przeklętych zmiennych! Nie ucieknie daleko, trzeba go dobić!- W...wiem ojcze. Ale...ale to ja chcę to zrobić!Król spojrzał na nie go podejrzliwie, lekko powstrzymał wyrywającego się konia.- Od kiedy to zabijasz zmiennych synu? Zawsze tego unikałeś...Ale dobrze, rób jak chcesz...Goń go sobie! My zajmiemy się innymi. Na pewno gdzieś się tu ukrywają!- Dobrze ojcze. Dziękuję...dogonię was szybko...Chłopak spiął konia, pojechał w puszczę po śladach krwi rannej pantery...
Pantera czujnie wpatrywała się w krzewy otaczające polankę. Słyszała oddalające się szczekanie psów. Ciężko podniosła się i dowlokła do jeziorka. Chciwie chłeptała chłodną wodę. Drgnęła i obróciła się gwałtownie gdy usłyszała szelest krzaków. Zauważyła wynurzającego się z puszczy jeźdźca. Gwałtownym zrywem chciała dopaść skał dających jakąś ochronę... Niestety zraniona łapa uniemożliwiła jej to. Pantera ciężko opadła na ziemię. Człowiek zeskoczył z konia i wolno zbliżał się do niej.
Młody rudzielec wolno wjechał na polankę. Pantera pijąca akurat wodę obróciła się. Gwałtownie skoczyła w kierunku niedalekich skał. Chłopak wyraźnie widział bełt sterczący z jej łapy. Zwierzę ciężko opadło na ziemie.Książe wolno podjechał bliżej. Zsunął się z wierzchowca. Słyszał głuchy warkot pantery. Zatrzymał się niepewnie, uniósł dłonie- Spokojnie...Nie skrzywdzę cię...Chcę pomóc...Ukucnął obok zaniepokojonego zwierzęcia. Z lekkim wahaniem wyciągnął dłoń. Leciutko dotknął łba pantery. Czół ciepłą, aksamitną sierść pod palcami.- Wydaje mi się jakbym cię znał...spotkaliśmy się chyba kiedyś...nie jestem tylko pewien czy to byłaś ty...Przesunął dłonią przez grzbiet pantery.- Pozwolisz sobie pomóc? Powinienem wyjąć bełt...Wzdrygnął się pod czujnym wzrokiem zwierzęcia.
Pantera uważnie patrzyła na klęczącego, przy jej boku chłopca. Zdawała sobie sprawę, że wystarczył by jeden ruch jej szczęk by pozbawić go w tym momencie życia. Zwierzę przymknęło oczy i ułożyło łeb na kolanie chłopca, pozwalając jego dłoniom zająć się raną.
Rudzielec uspokoił się gdy pantera spokojnie ułożyła łeb na jego nogach. Ostrożnie, opuszkami palców zbadał ranę. Jednym szybkim ruchem wyszarpnął bełt z łapy zwierzęcia. Nagły gniewny ryk przestraszył go. Ciężko upadł na plecy, patrząc na ogromny, wypełniony przeraźliwie ostrymi kłami. Przerażony zacisnął powieki, czekając aż zębiska pantery zacisną się na jego ciele.
Pantera ryknęła i szarpnęła się gwałtownie, czując nagły ból. Jednym ruchem ciała znalazła się nad leżącym na ziemi chłopcem. Mały zacisnął powieki. Pantera trwała tak chwilę wpatrując się w twarz młodziutkiego książątka.Lekko kulejąc, szybko odbiegła w las, niknąc w nieprzebytej kniei.
Shita otworzył oczy, gdy przestał czuć ciepło ciała pantery. Zdezorientowany rozejrzał się po polanie. Jednymi śladami jakie zostawiło po sobie zwierze, było kilka plam krwi i bełt, który książę cały czas zaciskał w dłoni. Teraz z rozmachem cisnął go w pobliski gąszcz. Szybkim, zgrabnym ruchem wskoczył na konia i odjechał w kierunku w którym zmierzał jego ojciec...
Drzwi do, oświetlonej jasnymi promieniami słońca, komnaty otworzyły się powoli. Do środka wszedł wysoki, białowłosy mężczyzna. W czarnych, lekko skośnych oczach migotały wesołe iskierki.- Drogie panie...Szatynka z radosnym okrzykiem rzuciła mu się na szyję- Nemezis! Jak się cieszę!Głośno cmoknęła go w policzek. Mężczyzna roześmiał się głośno- Spokojnie skarbie...Skoro twoja siostra już mnie tu przywlokła, to chętnie pomogę...Co mam dla ciebie zrobić?Szatynka, z niewinną minką, wskazała na dwie, już średniej długości, sąsiadujące ze sobą nici.
Młody, może 23 letni mężczyzna siedział na trawie, opierając się plecami o drewnianą ścianę domku. Naprawiał długi, elficki łuk, obserwując elfkę zbierającą, przy blasku zachodzącego słońca, jagody. Co chwilę nerwowo odgarniał spadające mu na oczy czarne włosy- Nianiu...nie sądzisz, że już wystarczy?- Znając twój apetyt Koe raczej nie... A poza tym prosiłam cię żebyś wreszcie zaczął mówić mi po IMIENIU!! Wiesz jak to brzmi dla innych?! Przecież wyglądasz na starszego ode mnie!Młodzieniec roześmiał się- Ale ty masz już ponad 300 lat!- NO I CO Z TEGO!!! Nie jestem aż taka stara! Jak na elfa to 300 to wcale nie jest dużo!- No już dobrze, dobrze...Zatem kończ już to zbieranie Naja. Chodź do domu.- Tak...masz racje, mam już tyle, że starczy NAWET dla ciebie. A poza tym ktoś nadjeżdża...Zajmij się tym.Elfka zniknęła w głębi domu. Czarnowłosy przerwał swoją pracę najwyżej na sekundę, by schować pod koszulę srebrny medalion. Z zachodu nadjeżdżała niewielka kawalkada. Młodzieniec z daleka zobaczył królewski herb - płonące drzewo na czarnym tle, i herb książęcy - srebrne drzewo na czarnym tle.Z lekkim uśmiechem pochylił głowę nad swoją robotą. Był absolutnie pewien, że obcy miną polankę, nawet się nie zatrzymując i jadąc prosto do zamku. Po chwili usłyszał tętent kopyt końskich. Uniósł zdziwiony głowę gdy jeden z koni zatrzymał się przed nim.Młody, może 18 letni chłopak właśnie zeskakiwał z siodła. Był dość wysoki, ale szczupły. Miał krótkie, nastroszone, rude włosy. Koe był pewien, że spotkał go już...dopiero gdy młodzieniec spojrzał na niego swoimi złotymi oczami rozpoznał go i uśmiechnął się ciepło. Chłopak zamrugał patrząc w szmaragdowe oczy, siedzącego jeszcze, mężczyzny. Sam nie zdawał sobie sprawy, że odwzajemnił jego uśmiech. Koe wstał. Przewyższał chłopaka prawie o głowę. Młodzieniec skłonił się przed nim lekko- Panie...jestem Shita, ani ja, ani moi ludzie nie znamy dobrze tych lasów...Nie było nas tu przez kilka lat. Czy mógłbyś Panie wskazać nam właściwą drogę do zamku Ertre?- Nie nazywaj mnie panem. Jestem Koe. Przeprowadzę was przez puszczę, ale teraz jest już za późno. W nocy te lasy nie są zbyt bezpieczne...Na razie mogę zaproponować Ci nocleg w moim domu. Twoja drużyna może spać bezpiecznie na polanie.Chłopak z westchnieniem zerknął na kilku stojących z tyłu żołnierzy. Mężczyźni byli wyraźnie zmęczeni. Rudzielec spojrzał Koe w oczy- Chyba jestem zmuszony przyjąć twoje zaproszenie. Dziękuję...Jeśli pozwolisz porozmawiam teraz z moimi ludźmi.Mężczyzna znów się uśmiechnął- Doskonale, zaczekam na ciebie w środku.Podniósł łuk i skierował się do domu. Zanim wszedł do środka, obejrzał się przez ramię. Shita rozmawiał z żołnierzami, którzy najwyraźniej chętnie przystali na jego propozycję. Koe wszedł do środka- Naja, będziemy mieli...Urwał widząc, iż elfka kończy właśnie nakrywać stół dla trzech osób- Gościa. Wiem. Pościeliłam dla niego twoje łóżko. Chyba się nie gniewasz?Uśmiechnęła się niewinnie.- Nie, nie gniewam się. Słyszałaś o co prosił?- Oczywiście, przecież staliście prawie przy drzwiach.- Pójdę z nim, ale jako...sama wiesz...więc wymyśl jakąś wymówkę.Dziewczyna skinęła głową i z uśmiechem spojrzała nad ramieniem Koe- Witam w naszym domu panie. Koe idź do żołnierzy i pokaż im gdzie trzymamy drewno na opał.Mężczyzna mruknął coś niezadowolony i wyszedł z domku. Dziewczyna rozejrzała się po izbie- Mam nadzieję, iż zjesz z nami kolację? Jeśli nie chcesz i wolisz się położyć to proszę...- Nie, dziękuję. Chętnie zjem z wami paniDziewczyna prychnęła- Mów mi Naja, wszyscy tak się do mnie zwracają...Koe wsunął głowę do pomieszczenia- Nianiu gdzie schowałaś...Elfka spojrzała na niego morderczym wzrokiem- No prawie wszyscy...Czego znów chcesz?!- Ekhem...gdzie schowałaś zioła NAJU? Jeden z koni kuleje.- Tu w skrzyni...I streszczaj się! Czekamy na ciebie z kolacją!Koe zabrał zioła i szybko wyszedł z domku. Dziewczyna machnęła dłonią w kierunku jednego z krzeseł, po czym zaczęła krzątać się przy kuchni.- Usiądź proszę...chwilę potrwa zanim ten łobuz skończy...Książę opadł na krzesło i cały czas przyglądał jej się z lekkim uśmiechem- Dlaczego tak mi się przyglądasz? Coś nie tak?- No cóż... jesteś młoda...A Koe nazwał cię...nianią...jak to możliwe?Dziewczyna skrzywiła się z niesmakiem, szybkim ruchem odgarnęła, swobodnie spadające na ramiona, złociste włosy. Chłopak ze zdziwieniem dostrzegł jej spiczaste uszy- Jesteś elfką Naja?- Owszem, a dokładniej elficką kapłanką natury! Ale czemu, aż tak cię to dziwi Shun? Nigdy nie spotkałeś elfa?- Ależ nie! Wręcz przeciwnie. Moja niania również jest elfką...Młodzieniec przesunął wzrokiem po rozpuszczonych, długich włosach i luźnej, ciemnozielonej sukni elfki. W wyobraźni porównywał ja z zawsze odzianą w lekką skórzaną zbroję i tunikę, brązowowłosą, Nori- Tylko, że Nori...wygląda trochę inaczej...- Ach...więc uczy cię Nori wojowniczka?- Ale skąd ty znasz Nori, Naju?- To proste. Jestem jej młodszą siostrą... Więc to ty jesteś synem Ertrama...Ciekawe...Shun lekko się zarumienił. Odpowiedział lekko przygaszonym głosem- T...tak...niestety jestem...ale nie mówmy o tym dobrze?Dziewczyna spojrzała w jego, teraz smutne, złote oczyW tym momencie do domku wszedł Koe. Szybko ogarnął całą sytuację, zmarszczył lekko brwi widząc smutek na twarzy Shuna. Uśmiechnął się lekko- Czyżbym cos przegapił? Naja, nie znęcaj się tak nad biedakiem. Lepiej daj mi coś do zjedzenia, zanim tu padnę!Elfka spojrzał na niego z udawaną złością- Jak zwykle głodny co? Ten twój apetyt kiedyś nas zrujnuje!!!Cichy śmiech mężczyzny rozwiał nieprzyjemną atmosferę, która jeszcze przed chwilą panowała w izbie.Po chwili wszyscy siedzieli przy stole, gawędząc wesoło.
Białowłosy mężczyzna wstał od krosen z półusmieszkiem- No i co? Zadowolona?- Jak najbardziej! Jesteś kochany Nemezis, dziękuje.- Dla mojej ulubionej dziewczyny wszystko. Ale jeśli pozwolisz, to dam im na razie spokój. Sama wiesz co będzie jeśli będą mieli zbyt wiele szczęścia.- Oczywiście! To absolutnie wystarczy. Dalej ja się nimi zajmę...Mężczyzna z delikatnym uśmiechem wskazał jej wolne krzesło przy krosnach.Szatynka z szerokim uśmiechem zajęła wskazane jej miejsce. Zanim zaczęła dalej prząść, z niewinną minką, związała obie nici w luźny supełek. Dopiero teraz zaczęła je przedłużać.
Koe siedział przy oknie i obserwował wschód słońca. Poczuł na ramieniu delikatne dotknięcie i usłyszał szept elfki- Co zamierzasz? Zaprowadzisz ich do zamku?- Oczywiście...zaraz się przemienię...- Masz jeszcze jakieś plany prawda? Chciałbyś zostać w zamku? Z nim?- ... ... ...- Ale dlaczego? Przecież nawet go nie znasz. Ba! Dziś pierwszy raz widziałeś go na oczy!- Niezupełnie Naju...to ON był tym chłopcem któremu pomogłem 10 lat temu w lesie...od niego mam medalion...I to on pomógł mi 5 lat temu, gdy Ertram postrzelił mnie w nogę... Po prostu chcę...Och, Naju, chcę go poznać...Elfka spojrzała na niego smutnym wzrokiem- Tylko nie zapomnij mnie czasem odwiedzić Koe...Chcę wiedzieć co się z tobą dzieje. Pamiętaj, że twoje matka kazała mi się tobą...- Wiem Naju...obiecuję, że będę cię informował... No nic. Lepiej będzie jeśli przemienię się nim Shun się obudzi.Po chwili przed elfką stała duża, piękna czarna pntera. Jedyną rzeczą świadczącą, iż jest to Koe, był srebrny medalion w kształcie drzewa wiszący na szyi zwierzęcia.Naja uśmiechnęła się- No dobrze...to ja pójdę obudzić ShunaZniknęła za przepierzeniem, po chwili wyszedł z za niego rudowłosy młodzieniec. Stanął jak wryty, wpatrując się w panterę. Po chwili na jego ustach pojawił się uśmiech. Uklęknął przy zwierzęciu, czubeczkami palców dotknął medalionu.- To ty prawda? Ty mi kiedyś pomogłeś...Dziękuje.Shun objął szczupłymi ramionami szyję pantery. Zwierzę nawet nie drgnęło. Chłopak odskoczył gwałtownie gdy usłyszał za sobą cichy śmiech. Elfka stała za nim opierając się plecami o ścianę.- Widzę, że poznałeś już pupilka Koe? To on zaprowadzi was do zamku.- A Koe? Gdzie on jest?- Musiał pójść do naszych przyjaciół mieszkających w głębi lasu, był u nich jakiś...wypadek i Koe poszedł im pomóc. Ale zostawił panterę. To mądre zwierzę, pomoże wam.- Trafi sam spowrotem?- Oczywiście...jeśli tylko będzie chciał. Ale jeśli chcesz, możesz go zatrzymać.Chłopak spojrzał na nią ze źle skrywaną nadzieją- Naprawdę mógł bym? Nie żartujesz sobie ze mnie?- Oczywiście że nie! On sam decyduje gdzie chce być. A wydaje mi się, iż cię polubił i że chętnie będzie ci towarzyszył. Ale teraz powinniście już wyruszać. Do zamku macie kilka dobrych godzin drogi.- Dziękuje ci Naja...pożegnaj ode mnie Koe...- Na pewno to zrobię. Do widzenia Shun.- Do widzenia
Jechali przez las już kilka godzin. Żołnierze podejrzliwie spoglądali na prowadzącą panterę. Shun cały czas trzymał się koniem blisko niej. Jako pierwszy zauważył, że zwierzę zwalnia. Nie zdziwił się gdy pantera zatrzymała się tuż na skraju lasu. Zeskoczył z konia i przykucnął przy niej- I co? Pójdziesz tam ze mną? Służba przygotuje ci posłanie w mojej komnacie...będziesz mnie strzec? Nikomu nie zdradzę, że jesteś zmiennym...jeśli nim jesteś...Pantera z cichym pomrukiem wstała i wolno poszła w kierunku prześwitującego między drzewami zamku. Shun uśmiechnął się lekko i zawołał na czekających z tyłu żołnierzy. Wszyscy wyszli na przylegającą do pałacu polanę.
Oczywiście Shun, mimo sprzeciwów swojej opiekunki, postawił na swoim. Służący właśnie skończyli szykować posłanie dla pantery i wychodzili z komnaty.Zwierze podejrzliwie patrzyło na stertę poduszek i jedwabną narzutę, artystycznie ułożone na podłodze przez służbę. Po pantera podeszła do łóżka Shuna i ułożyła się na leżącej przy nim niedźwiedziej skórze. Shun roześmiał się i wychylając się za brzeg łóżka pogładził zwierzę po kształtnym łbie.- Zgadza się z tobą całkowicie, tamte poduchy wyglądają podejrzanie...tu ci będzie wygodniej...Rudzielec znieruchomiał na chwilę z ręką jego głowie....
suxa