f43.pdf
(
1494 KB
)
Pobierz
Fahrenheit nr 43 - grudzień 2004
W s t ę p n i a k / S p i s t r e ś c i
Tomasz Pacyński
451 Fahrenheita
Spis treści
451 Fahrenheita
DZIAŁY STAŁE
451 Fahrenheita........................................................................... 3
Bookiet.......................................................................................... 5
Literatura...................................................................................... 5
Recenzje........................................................................................ 9
Spam(ientnika).......................................................................... 22
Permanentny PMS.................................................................... 24
Ludzie listy piszą...................................................................... 28
Doktor Jubal Harshaw to miał fajnie. Tym, co nie pamiętają
– to taki facet, którego wymyślił Heinlein. Bohater opasłej po-
wieści, uważanej w pewnych kręgach za kultową. Fajnie mi się
napisało - w pewnych kręgach… Tak dwuznacznie, jeszcze
może się skojarzyć z tą grupą, co to trzyma… Nieważne.
W każdym razie ów Harshaw miał dobrze. Zatrudniał trzy
piękne i wszechstronnie uzdolnione sekretarki, czy jak je tam
nazwać. Piękne i uzdolnione, to trzeba zapamiętać, bo ważne.
I kiedy należało coś zrobić, krzyczał po prostu – pierwsza!
I, o dziwo, te dzielne, piękne i utalentowane dziewczyny same
wiedziały, na którą wypada. Pierwsza, którakolwiek by to nie
była, zjawiała się szybciutko i wykonywała polecenie.
Cóż, postanowiłem spróbować. Zawołałem. Powietrze
z odgłosem przypominającym cmoknięcie wypełniło z nagła
powstałą próżnię. To cytat, za nic nie pamiętam skąd, ale świ-
etnie oddaje sytuację. Nagłą pustkę, której doświadczyłem,
i która zaczęła mnie otaczać. Prawdopodobnie jakiś warunek
nie został spełniony. Albo za głośno wołałem, albo ze mnie
kozia rzyć, a nie Jubal Harshaw. Owszem, on był płodnym
pisarzem, płodniejszym od Pilipiuka nawet. Chociaż, o ile pa-
miętam, córki nie miał. Miał za to basen, w którym trzymał
czasem Obcego. Nie tego Obcego z przodozgryzem, ale Obce-
go w obcym kraju.
Kudy mi do Jubala Harshawa. Nie mam córki ani basenu.
Chociaż... istnieje też jeszcze podejrzenie, że współpracow-
nice powinny być piękne i uzdolnione. I dlatego nie wyszło.
W każdym razie, Drodzy Czytelnicy, w związku z powy-
ższym macie prze... To znaczy stoicie na przegranej pozycji.
Bo sam muszę napisać świąteczny wstępniak, i złożyć Wam
Wszystkim życzenia. I to jeszcze na 451 słów. Strasznie tego
nie lubię.
Liczyłem jeszcze na ZgrEDa. Na wampira. Ale też się nie
dało. Mimo że chłopy, chociaż z wampirem to w zasadzie nie
wiadomo, w końcu skrzydlate stworzonko. Anioły podobno
płci nie mają, Wolski o tym pisał, jakie to wrażenie sięgnąć
aniołowi między nogi. Ciekawe, skąd wie. W każdym razie
ZgrED stanowczo odmówił pisania wstępniaka, nie śmiałem
polemizować, Ojciec Założyciel przecież. I nawet rozsądnie
gadał, że też by się napił. Wampir nie gadał, ani rozsądnie,
ani w ogóle. On teraz zwisa głową w dół za kanałem La Man-
che. A tam jeżdżą lewą stroną i za karę mają Tony’ego Blaira.
Tak żeby było ontopicznie, przecież czytacie wstępniak z pe-
riodyku poświęconego fantastyce - to Kara Mniejsza. Karę
Większą mają za wielką sadzawką, na następne cztery lata.
I czegóż Wam życzyć, Drodzy Czytelnicy, pod koniec
roku dwa tysiące czwartego? Roku epidemii ptasiej grypy
i powszechnej padaczki czasopism branżowych? Chyba żeby
było lepiej. A jak lepiej, to już sobie we własnym zakresie wy-
myślajcie. Nie jestem żaden pieprzony Święty Mikołaj. Zwy-
kły też nie.
Życzenia dla nas prosimy składać na forum. Koperty naj-
lepiej dostarczać osobiście. Byle nie puste. A, i pamiętajcie,
szyby powinny być oryginalne, przyciemniane. Nie żadna
naklejana folia.
PUBLICYSTYKA
Andrzej Zimniak -
Numer na czole
........................................... 29
Adam Cebula -
Monokulturalny świat
...................................... 30
Piotr K. Schmidtke -
"Siłom i godnościom osobistom"
............. 33
Andrzej Pilipiuk -
Piszemy bestsellera
...................................... 34
Wojciech Świdziniewski -
Życie wikingów
.............................. 36
K. Night Coleman -
A rybkę na złoto usmażymy
...................... 37
Magdalena Kałużyńska -
PKP
................................................. 39
Adam Cebula -
Depreska na plastykowym podłożu
.................. 41
Adam Cebula -
Cyrulik
............................................................. 43
PARA-NAUKA I OBOK
Małgorzata Koczańska -
Na przegranych pozycjach
................ 46
Adam Cebula -
Elektrosmok cd
.................................................. 49
LITERATURA
Tadeusz Oszubski -
Żegnaj laleczko
......................................... 54
Toroj -
Dla każdego gwiazda, czyli opowieść pod choinkę
.......... 56
Tomasz Franik -
Piaskowe zamczysko
....................................... 66
Stanisław Truchan -
Tannenbaum unter den Linden
................68
Joanna Łukowska -
Kleszcz
....................................................... 76
Andrzej Sawicki -
Spacer po Warszawie
.................................... 79
Zakużona Planeta -
Gry
............................................................ 88
FAHRENHEIT
magazyn literacki s-f, fantasy i horror
www.fahrenheit.eisp.pl
Adres koresp.:
85-045 Bydgoszcz, ul. Krakowska 18/1
Telefon:
507-189-200,
mail:
redakcja@fahrenheit.eisp.pl
Redaguje zespół:
Adam Cebula, EuGeniusz Dębski (ojciec
założyciel), Tomasz Pacyński (red. nacz.), Dominika Repe-
czko (z-ca red. nacz., literatura), Wojciech Świdziniewski,
Karolina Wiśniewska (sekr. redakcji).
Współpracują:
Ewa Białołęcka, Małgorzata Jakubiak, Ag-
nieszka Kawula, Małgorzata Koczańska, Paweł Laudański,
Piotr Lenczowski, Paweł Leszczyński, Łukasz Orbitowski,
Romuald Pawlak, Andrzej Pilipiuk, Katarzyna Pilipiuk,
Piotr Schmidtke, Asia Witek, Marcin Witek.
Tomasz Pacyński
F a h r e n h e i t n r 4 3 – g r u d z i e ń 2 o o 4
3
L i t e r a t u r a
Literaturoznawca
Literatura
Eh, grudzień! Święto Jul za pasem i znowuż trza nowe
obietnice noworoczne sobie składać, z których zazwyczaj
naście procent uda się wypełnić. Ale nic to, z Amigassonem
sobie obiecaliśmy, że po Julu do domu wrócimy, by wraz
z koleżkami po fachu, zaraz na początku wiosny, apiać łupić
co się da. I nic więcej sobie nie obiecujemy – bo to głupota,
obiecać sobie coś, co jest nie do spełnienia. No, a łupienia
wiosną jesteśmy pewni, że się spełni. I nam będzie przyjem-
niej i sumienie czyste.
W redakcji – cisza. No, nie do końca cisza. Szefowa skupio-
na, klepie zawzięcie w klawiaturę. Sekretarz też silnie wpa-
trzona w monitor. Naczelny w milczeniu coś przegląda na
swoim komputerze – twierdzi, że morduje. W życiu nie wi-
działem tak kiepskiego mordowania. Chyba, że tę myszkę chce
klikaniem zamordować. Rzecznika gdzieś wymiotło. Podob-
nież wyskoczył na konkurs recytatorski sag islandzkich w ory-
ginale. Powodzenia. Jedynie Ojciec Założyciel, jak zawsze
w iście bojowej postawie – drzemie z butelką piwa na brzuchu.
A wszystko to przez forum... Chociaż nie, właściwie to
przez Wampira.
Siedzieliśmy sobie spokojnie przy kawie i ciasteczkach
(właściwie to tylko Szefowa siedziała przy tych ciasteczkach
i kawie – jakiś felieton kleciła. Reszta siedziała przy... no,
przy czym innym. Przy stole, na przykład). Późnojesienne
słoneczko mile wkradało się przez otwarte okno, przy-
pominając nam o minionym lecie. Dzbanki z piw... eee... ka-
wą zgodnie krążyły między redaktorami, a Rzecznik przy-
mierzał się do kolejnej już recytacji Sagi o Njalu (nawet Thor-
bajt Amigasson ma już jej dość). Naczelny na chwilę podszedł
do swego komputera – robi to przynajmniej raz dziennie, że-
by nikt mu nie zarzucił, że nie pracuje. I wtedy... RYMS!!! Coś
dużego, skórzastego wpadło przez okno i wyrżnęło w podło-
gę, pozostawiając mały krater.
Niewiasty podniosły pisk, Ojciec Założyciel zrobił tuli-
pana z... no, dzbanka do kawy, gotów drogo sprzedać swe
życie, a Rzecznik zakrztusił się w połowie recytowanego zda-
nia. Ja z Amigassonem spokojnie na to wszystko patrzyliśmy.
Często redakcji fajerharta zdarzają się różne przypadki. Dzi-
wne, że owa redakcja do takich przypadków jeszcze nie przy-
wykła i za każdym razem reaguje mniej więcej tak samo –
niezbyt skrywaną paniką.
Minęła chwila i ledwo zdążyłem się przyjrzeć temu ko-
muś, który wpadł przez okno, gdy pisk i krzyki redakcji fajer-
harta się wzmogły.
– Zaczyna się – westchnął ciężko Thorbajt. I faktycznie.
Wszyscy rzucili się na stwora przybyłego zza okna. Rzucili
się, ale jakoś tak inaczej. Mniej wrogo, a raczej z uśmiechami.
– No tak – powiedziałem do Amigassona. – Wampir wrócił.
I zaiste, redakcja tarzała się w radosnych uściskach z wa-
mpirem po podłodze. Nawet Szefowa zapomniała o tym, że
swojego czasu wyżarł jej rybki z akwarium i uciekł z żyran-
dola. Zaraz się jednak uspokoili, otrzepali i zaczęły się ploty
z Wąpierzem.
Po tym walcowaniu redakcyjnego chodnika tylko Naczel-
ny był niepocieszony. Jak rzucał się na Wampira, to strącił
komputer na podłogę. Teraz, drapiąc się w łysą głowę, po-
wiedział:
„Forum” się zjebało...
Podbiegłem więc, i szybko postawiłem „Forum” na biur-
ku, dziwiąc się, że Naczelny dał swojemu komputerowi takie
durne imię.
Naczelny machnął tylko ręką i kiedy wszyscy namiętnie
gadali z wampirem, spokojnie zaczął grzebać przy swoim
„Forum”. Wampir w skrócie opowiedział, co się z nim działo
ostatnimi czasy. Otóż był na placówce w „królestwie fajfoklo-
ków” i zdaje się, że nadal tam jest, bo twierdził, że zaraz musi
wracać. Obiecał też fajerhartowi swoje teksty, co niezwykle
wszystkich ucieszyło.
W końcu, żegnany serdecznymi pocałunkami, odleciał
przez okno, a redakcja jęła żywo rozprawiać o całym zajściu.
I rozprawiała tak przez cały miesiąc, więc numeru paździer-
nikowego nie było – tylko od razu listopadowy. Znaczy się
byłby i październikowy, gdyby się „Forum” nie zjebało... Na-
czelny tak zajął się tym „Forum”, że nie dopilnował załogi.
Za ta jak już naprawił „Forum” to okazało się lepsze od po-
przedniego, a nawet się rozmnożyło! Teraz cała redakcja
siedzi przy swoich „Forumach” i namiętnie klepie.
Właśnie Naczelny pyta się, czy Szefowa nie chce trochę
pomordować. Szefowa odpowiedziała, z dziwnym błyskiem
w oku, że chętnie pomorduje wszystkie działy. Ja, na takie
same pytanie Naczelnego, odpowiedziałem, że owszem, też
mogę pomordować, ale we własnym klimacie. Myszką czy
klawiaturą to się zamacham na śmierć. A taki topór to już coś.
Po wymordowaniu przez Szefową działu literatury w tym
miesiącu poczytamy sobie: Tomasza Franika, Joannę Łukow-
ską, Tadeusza Oszubskiego, Andrzeja Sawickiego, Toroj i Sta-
nisława Truchana.
Litraznawca
UWAGA!
To jest wersja beta Fahrenheita, internetowego periodyku.
Numer ten złożyłem po to, aby ci, którzy chcą, mogli go sobie wydrukować.
Zdaję sobie sprawę, że skład zawiera wiele błędów...
Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za to.
A.Mason
4
F a h r e n h e i t n r 4 3 – g r u d z i e ń 2 o o 4
Literatura
B o o k i e t
Fahrenheit Crew
Bookiet
Książka obowiązkowa
nizmem, więc to już jest powód dostateczny i wystarczający,
by od miłośnika fantasy domagać się znajomości naszego opi-
sywanego dzieła. Otóż metoda twórcza, powrócenie do tego,
co już było, przetwarzanie jeszcze raz tych samych historii,
erudycja, są bardzo podobne. „Imię Róży” to taki lepszy Sap-
kowski. Żal, że Eco nie powtórzył sztuczki w kolejnych ksi-
ążkach. Następne, owszem napisane genialnie, ale nie mają
tego czegoś. Szczerze mówiąc, czuć w nich wyczerpanie, nie-
stety nie w estetycznym, postmodernistycznym brzmieniu,
ale podbite banalną prawdą, że autor co miał do powie-
dzenia, to powiedział. Więc to jest najlepsza książka tego au-
tora. Cóż jeszcze? Można czytać ją, jak kryminał. Bowiem
punktem wyjścia jest pytanie, kto zabił. Można znaleźć pięk-
ny kawałek romansu, są zjawy, tajemnicza biblioteka, jak la-
birynt. Wszystko, co znajdziemy choćby w kolejnych odcin-
kach „Pana Samochodzika”. Nie musimy czytać przecież dłu-
gich dysput o tym, czy świat upada według doświadczeń
zakonnika szklarza, który nie może odnaleźć właściwych re-
cept na szkło witrażowe, czy wręcz przeciwnie jak myśli
mnich, który nosi jedne z pierwszych na świecie okulary.
Najpierw możemy szybko przekartkować, by dowiedzieć się,
kto winien trupów. Potem odłożyć na półkę, by za rok wyci-
ągnąć jeszcze raz. Cóż mogę dodać? Jednym ze sposobów
wejścia w posiadanie egzemplarza książki było nabycie Gaze-
ty Wyborczej za 2 zł, przez co jest nadzieja, że w narodzie
znajdziemy ich mnóstwo.
Istnieje coś takiego jak kanon lektur obowiązkowych.
Istnieją także książki, o których wszyscy wiedzą, że są wspa-
niałe, i na skutek właśnie tego jedni pędzą do nich, jak muchy
do miodu, inni zostawiają sobie lekturę na potem, zaś jest
wreszcie grupa ludzi, którzy starannie omijają to, co zostało
ochrzczone mianem arcydzieła literatury światowej. Zapew-
ne dlatego nigdy nie poznają zadziwiających przygód dobre-
go wojaka Szwejka, czy najbłędniejszego z rycerzy, dzielnego
Don Kichote. Młodsze pokolenie nie czyta Lema. Najpowa-
żniejszą przyczyną jest chyba to, że Lem był, gdy ich nie było,
Lem zawsze stoi w księgarniach (no pewnie, że nie Stanisław
Lem osobiście, ale jego książki). Minęła moda na Lema, mar-
keting nie robi wokół niego hałasu. Tymże sposobem arcy-
dzieła przechodzą do swej naturalnej roli, pożywki dla tego
ułamka procenta społeczeństwa, które jest jakimiś tam elitami
czy awangardami, a które sprawiają, że część dzieł funkcjo-
nuje przez stulecia. Zachwycają tych nielicznych, co ważniej-
sze, nieliczni mogą cokolwiek o takich księgach powiedzieć,
i najważniejsze, czegoś z nich się nauczyć. Istnieje kanon ksi-
ążki wzorcowej. To jest tak, że ktoś napisze coś trochę innego,
niż do tej pory. Jedna wersja wydarzeń jest taka, że inni pod-
chwycą i rozwiną to coś, czego w innych tekstach nie było,
i zaczyna się nowy gatunek. Druga, równie częsta, to, że
pisarz nagle zaskakuje nas czymś, co się zowie formą dojrza-
łą. Poznać to zjawisko można po tym, że inni jak najszybciej
podchwycą i tym razem, lecz zamiast rozwinąć, popsują. I to
jest ten przypadek.
Jak zachęcić ludzi do przeczytania książki “Imię Róży”?
No to jest chyba tak, że kto był do przekonania, to już prze-
czytał, kto za młody lub za bardzo zniesmaczony, to i tak
nie przeczyta. Przeciw jest przerażająca narośl bałwoch-
walstw. Właściwie w hałasie, który wybuchł i ucichł i pozo-
stawił po sobie kupę gruzu w postaci najrozmaitszych re-
cenzji opinii i uczonych pism, trudno znaleźć samą książkę.
Każdy chciał się wypowiedzieć, żeby mieć dla siebie coś ze
splendoru. Nieliczni mówili o książce, większość popisywa-
ła się przed publicznością.
No dobra, dlaczego warto to przeczytać? Bo było tak, że
literatura od początku XX wieku robiła się coraz to bardziej
modernistyczna. Z punktu widzenia “normalnego” czytelni-
ka, nieczytelna. Produkowano dzieła uderzające w coraz to
wyższe tony, pisano coraz to pokrętniej, porzucano zasady
gramatyki, potem ortografii, ktoś próbował w końcu sprzeda-
wać puste kartki. Nie wiem, kto miał koncepcję, by napisać
coś wreszcie dla ludzi, ale Umberto Eco był najwyraźniej za
tą koncepcją. Że można dla ludzi i jednocześnie nie głupio. Że
nie koniecznie trzeba tworzyć nowe formy, dodawać nowe
środki wyrazu, choćby to były zdania bez wielkiej litery
i kropki na końcu. Można napisać tak normalnie, nawet
ciekawie i jednocześnie nie głupio. Nie wiem, czy to jest kon-
cepcja postmodernizmu, bo czem postmodernizm, nie wie
nikt. Wiadomo natomiast, że to, co robi Andrzej Sapkowski,
jest bliskie postmodernizmu, może nawet jest postmoder-
Baron
Umberto Eco
Imię Róży
Tłum.: Adam Szymanowski
Printed in EU (taka nowa moda?)
Stron: 536
Sprzedać opakowanie zamiast towaru
Mógłbym jeszcze powiedzieć, że sztuka polega na tym,
żeby zamiast krzesła, po które ktoś przyszedł sklepu meblo-
wego, by go kupić, sprzedać opowieść, jak go zrobić. Mam
generalnie umiarkowany stosunek do produkcji filmowych
rodem zza Wielkiej Wody. Owszem udało im się TAM zrobić
kilka wspaniałych filmów jak „Gorączka złota”, ale potem
było już coraz gorzej. Wszelako, jest pewien wyjątek i, para-
doksalnie, chodzi o filmy animowane. No, ale nie o filmach tu
ma być, lecz książkach. Tym razem chodzi o książkę o filmie.
Grube i wielkie. Na moje oko o wiele bardziej do przekart-
kowania, jak do poczytania. Nadziane screenami, pomiędzy
które wciskają się, jak intruzi, wąskie i skromne kolumny tek-
stu. Generalnie staramy się sprzedać po raz drugi Shreka.
Przeciw samemu filmowi nic nie mam, nawet powiedział-
bym, że dobrze, wreszcie ktoś dostrzegł, że istnieje zawód
pisacza (nie pisarza, ani jakiekolwiek inne określenie, pisacz,
F a h r e n h e i t n r 4 3 – g r u d z i e ń 2 o o 4
5
Bookiet
Plik z chomika:
b0bik
Inne pliki z tego folderu:
Fahrenheit03.zip
(648 KB)
Fahrenheit04.zip
(503 KB)
Fahrenheit05.zip
(273 KB)
Fahrenheit02.zip
(462 KB)
Fahrenheit06.zip
(319 KB)
Inne foldery tego chomika:
Bajtek
Creatio Fantastica
Fantastyka-Nowa Fantastyka
Mała Fantastyka
Manga PL
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin