Artur Schopenhauer
Leszek Lachowiecki
Od tłumacza
W 1830 lub 1831 r. Artur Schopenhauer tworzy rękopis Sztuki prowadzenia sporów, czyli dialektyki erystycznej. Wydano go dopiero po śmierci autora jako pracę nieomal zapomnianą (tak przynajmniej stwierdzili specjaliści Katedry Filozofii Humboldta w Berlinie). Niewielka objętością rozprawka od razu zainteresowała czytelników, niekoniecznie obeznanych z tekstami filozoficznymi. Sztuka... proponowała bowiem usystematyzowany wykład o fortelach i wybiegach stosowanych podczas każdej dyskusji. Jak pisał Tadeusz Kotarbiński: „Idzie autorowi o takie chwyty, których używają w sporze ci, co za wszelką cenę, a więc i za cenę prawdy, słuszności, poprawności wywodu chcą koniecznie postawie na swoim, zrobić tak, żeby było uznane, że oni mają rację „ Dodajmy, iż intencją autora było rozpoznanie nierzetelnych sposobów i wskazanie skutecznych metod obrony.
Zważywszy, iż Dialektyka erystyczna posiada co najmniej kilka wersji wydawniczych, a sama, jako praca pozostawiona w rękopisie nie uzyskała od swego autora ostatecznego i skończonego kształtu, tłumacz na trafia na bardzo wiele przeciwności tak co do kanonu, jak i sposobu kompletowania ewentualnych rozszerzeń i skrótów. Zważywszy jeszcze na ekspresywny język, często popadający w publicystyczną żywiołowość, przekład zachowujący absolutną wierność i zarazem proponujący czytelnikowi klarowny tekst o walorach praktycznego poradnika wydaje się prawie niemożliwy. W niniejszej próbie tłumacz skoncentrował się na jak najwierniejszym oddaniu treści, rozjaśniając tok wypowiedzi poprzez podawanie zarówno nazw jaki sentencji po polsku (a dopiero w drugiej kolejności w języku obcym). Toteż ta wersja nie jest przeznaczona dla znawcy dzieła Schopenhauera, lecz dla zainteresowanego konkretnym przedmiotem tej rozprawki czytelnika. Tendencja owa znalazła również wyraz w tytule; na pierwszy plan wysunięto polską i popularną definicję przedmiotu jako „sztuki prowadzenia sporów”, objaśniającą terminem naukowym „dialektyka erystyczna”. Niewielkie skróty zaznaczono nawiasami okrągłymi; nawiasy kwadratowe natomiast wyróżniają fragmenty z innych dzieł Schopenhauera oraz przykłady, ilustrujące poszczególne sposoby erystyczne zaczerpnięte z piśmiennictwa z epoki.
Już w starożytności słów „logika” i „dialektyka” używano jako synonimów mimo, iż pierwotnie „logika”, oznaczająca zastanawianie się, obliczanie lub przemyśliwanie czegoś, zasadniczo różniła się znaczeniem od „dialektyki”, używanej na określenie czynności rozmawiania. „Dialektykę” (postępowanie dialektyczne człowiek dialektyczny) po raz pierwszy zastosował w swych pismach Platon, rozumiejąc pod tym terminem stałe posługiwanie się i doskonalenie rozumu (Fajdros, Sofista, Państwo). Podobnie Arystoteles, choć miał on zrazu używać terminu „logika” i mówił o „trudnościach, manowcach lub przesłankach logicznych”. Wynika stąd, iż „dialektyka” byłaby nazwą starszą od „logiki”. U Cycerona i Kwintyliana oba wyrazy występują zamiennie (...). Również w Średniowieczu i czasach nowożytnych aż po nam współczesne utrzymała się równoznaczność obu terminów, z tym, iż u Kanta „dialektyka” otrzymuje zabarwienie negatywne jako „sofistyczna sztuka dyskusji” - stąd częściej posługiwano się słowem „logika” jako mniej obciążonym. Ciągle jednak oba wyrazy są synonimami i w naturalny sposób oznaczają to samo.
Osobiście ubolewam, iż „dialektyka” i „logika” traktowane są od tak dawna jako równoznaczniki. Toteż, mając chęć dokonania ich rozróżnienia, nie w pełni jestem do tego uprawnionym. Wszelako powiedziałbym, iż „logika” (od przemyśliwania i obliczania, ale także od pojęć „słowo” i „rozum”) to „nauka o zasadach myślenia, czyli metodach funkcjonowania rozsądku”, podczas gdy „dialektykę” (od czynności rozmawiania, czyli komunikowania sobie wzajem faktów lub poglądów - stąd jej charakter historyczny lub komunikatywny) ująłbym jako „sztukę dyskutowania” w znaczeniu nowoczesnym. Wówczas logika za swój przedmiot będzie miała prawa myślenia i działanie rozsądku, co da się określić a priori bez odwoływania się do doświadczenia. Proces ów zachodzi podczas pozostawania rozsądku w oderwaniu od przeszkód istniejących poza nim, czyli w trakcie samotnego myślenia istoty rozsądnej, która nie zostaje wprowadzona w błąd. Natomiast dialektyka obejmowałaby jednoczesne współmyślenie dwu istot rozsądnych; brak zgody między nimi prowokuje dyskusję,. tj. ścieranie się umysłów. Gdyby rzecz tyczyła tylko czystego rozumu obie istoty zgadzałyby się nieuchronnie. Ale różnice wynikają z indywidualizacji każdej z istot, zatem opierają się na empirii. Logika, tj. nauka o myśleniu, czyli działaniu czystego rozumu, pozwala na konstrukcję zupełnie aprioryczną. Natomiast dialektyka jest z natury aposterioryczna, uwzględniająca znajomość zaburzeń czystego rozumu poprzez zróżnicowanie myślenia dyskutujących ze sobą istot rozsądnych lub środków, jakimi posługują się dla przedstawienia swego indywidualnego myślenia jako w pełni poprawnego i obiektywnego. Taka jest bowiem natura ludzka, że podczas wspólnego myślenia, rozumianego jako wymiana zdań (przy wykluczeniu aspektu historycznego) A dostrzega, że myślenie B różni się od jego własnych myśli w danym przedmiocie; wówczas A nie zmienia swych myśli o owym przedmiocie, ani nie szuka w nich błędu, ale zaczyna szukać błędu w myśleniu przeciwnika. Oznacza to, iż człowiek z natury swojej dąży do posiadania racji, a co z tego wynika zawarte jest w nauce, którą chciałbym nazwać „dialektyką”. Dla uniknięcia nieporozumień użyję terminu „dialektyka erystyczna” na oznaczenie nauki o przyrodzonym człowiekowi pragnieniu, by zawsze mięć rację.
Dialektyka erystyczna - to sztuka dyskutowania w sposób, który pozwala zachować pozory racji, czyli wszelkimi dozwolonymi lub niedozwolonymi sposobami (per fas et nefas). Albowiem tak bywa, iż człowiek obiektywnie rzecz ujmując - posiada słuszność, lecz w jego otoczeniu i w nim samym rodzi się wrażenie, iż jej nie ma. Następuje to wtedy, gdy przeciwnik podważył dowód, co odczytano jako obalenie całego twierdzenia, choć mogą istnieć jeszcze inne dowody na jego prawdziwość. Oczywiście, w tej sytuacji pozycja przeciwnika jest dokładnie odwrotna; ulega wrażeniu, że to on ma słuszność, podczas gdy obiektywnie rzecz ujmując jej nie posiada. Toteż obiektywna prawda jakiegoś twierdzenia a przekonanie o jego słuszności dyskutantów i słuchaczy - są to bardzo odmienne sprawy. (Dialektyka zajmuje się właśnie tą drugą rzeczą).
Skąd się to bierze? - Stąd, iż człowiek jest zły z natury. Gdyby było inaczej, gdybyśmy byli z gruntu uczciwi, wówczas w każdej dyskusji zabiegalibyśmy tylko o osiągnięcie prawdy, bez względu na jej zgodność z naszym wcześniejszym poglądem, czy też poglądem przeciwnika; nie miałyby one znaczenia lub byłyby całkowicie drugoplanowe. Ale tak właśnie jest, że to zawsze kwestia zasadnicza, a wrodzona próżność, osobliwie czuła względem własnej umysłowej sposobności nie pozwala, by nasze wyjściowe twierdzenie miało być fałszywe, zaś przeciwnika - słuszne. Zdawać by się mogło, iż dlatego każdy powinien unikać twierdzeń niesłusznych, najpierw myśląc, a potem mówiąc. Większość ludzi wszakże wrodzoną im próżność podkreśla gadatliwością i nieuczciwością. Ludzie, nim pomyślą - już plotą; a gdy widzą, że się pomylili i nie mają racji, pragną, by choć we wrażeniu mieć odrobinę słuszności. Osiąganie prawdy, które motywowało wysuwanie choćby i niesłusznego twierdzenia zostaje zastąpione przez próżność; to, co słuszne winno zdawać się fałszem i na odwrót.
Wszelako to nadużycie, objawiające się walką o twierdzenie, które sami skłonni jesteśmy podejrzewać o fałsz, jest ostatecznie do usprawiedliwienia. Bowiem z początku sporu nasze przekonanie o słuszności jest szczere, dopiero później odnosimy wrażenie, iż argument przeciwnika je obalił; jeśli zatem wycofamy się właśnie teraz, to istnieje prawdopodobieństwo, że uczynimy to za wcześnie; może dowodziliśmy błędnie, ale istniał inny, słuszny dowód, a ów trafny argument nie przyszedł nam na myśl. Dlatego walczymy z sądem przeciwnym nawet wówczas, gdy i nam zdaje się on trafny, w przeświadczeniu, że to stan chwilowy, a dyskusja ostatecznie pozwoli na zastosowanie właściwszego argumentu, który zniweczy rację przeciwnika lub dokaże naszą w odmienny sposób. Toteż niemal zmuszeni jesteśmy w dyskusji zachowywać się nieuczciwie, a na pewno ulegamy tej skłonności. Tak oto niemoc rozumu i perfidia woli podpierają się wzajem. Stąd wniosek, iż dyskutując nie tyle walczymy o prawdę, ile o przewagę naszego sądu, niczym w obronie ojczyzny i domu (pro ara et focis), postępując na wszelki dozwolony i niedozwolony sposób (per fas et nefas); dowiedliśmy zatem, iż odmienne postępowanie jest z natury trudne.
Nic dziwnego, że każdy usiłuje przeforsować swą rację nawet wówczas, gdy sam wątpi w nią w danej chwili.
[Machiavelli rekomenduje władcy skorzystanie z byle słabości sąsiada dla zaatakowania go, w przeciwnym bowiem przypadku może on wykorzystać w przyszłości taką chwilę słabości u władcy. Odmiennie można by postępować, gdyby w życiu panowała uczciwość i rzetelność; wszakże, gdy tak nie jest, to i samemu nie ma co się na nie oglądać, albowiem zapłata za nie będzie kiepska. - Podobnie w dyskusji; nawet gdybym zaakceptował argumenty przeciwnika sądząc, że ma właśnie rację, trudno spodziewać się, że on postąpi tak samo w sytuacji odwrotnej. Raczej będzie działał wszelkimi dozwolonymi i niedozwolonymi sposobami (per nefas), dlatego i ja jestem zmuszony, działać podobnie. Klarowną jest konstatacja, że prawda winna zajmować miejsce główne i wobec niej nie należy faworyzować żadnego, w tym i własnego twierdzenia. Ale nie sposób zakładać, że tak samo myśli przeciwnik. Poza tym, skoro już obmyśliłem własne twierdzenie, to czemuż miałbym odrzucać je dla chwilowego wrażenia, wywołanego argumentacją przeciwnika, zwłaszcza, że mógłbym wówczas odrzucie prawdę na rzecz fałszu?].
Zatem niezbędnych środków użycza każdemu po części jego własna przebiegłość i złe skłonności, co wyraża się w codziennej praktyce. Tak więc każdy z nas dysponuje wrodzoną dialektyką, podobnie jak wrodzoną logiką, tyle, że pierwsza wpływa na nas mniej pewnie od drugiej. Niełatwo jest bowiem myśleć i rozumować w sprzeczności z prawami logiki: błędne sądy są nader częste, natomiast błędne wnioski pojawiają się rzadko. Najczęściej występuje u nas niedostatek wrodzonej dialektyki, bardziej niż logiki. To z natury nierówny podział, podobnie jak z właściwością wydawania sądów w zestawieniu z rozumem, którym wszyscy obdarzeni jesteśmy w stopniu mniej więcej jednakowym. Nierzadko pozorna argumentacja powoduje nasze ustąpienie w sporze mimo, iż posiadamy słuszność albo odwrotnie; bowiem zwycięstwo zawdzięczamy nie słuszności rozumowania przy prezentacji twierdzenia, lecz chytrości i zręczności w jego obronie. Najdoskonalej sprawdzają się przy tym cechy wrodzone („nauka rozwija moc wrodzoną” - Horacy, Pieśni), wszakże umiejętność oraz dobra znajomość metod, dzięki którym my zyskujemy przewagę lub nasz przeciwnik osiągają nad naszą argumentacją, wydatnie wzmacniają szanse. Zatem nawet jeśli logice daleko do praktycznej korzyści, to jednak dialektyka pozwala ją osiągnąć. Można sądzie; iż właśnie Arystoteles swą analitykę, tj. logikę właściwą ukazał jako podstawę dialektyki, która też znaczyła dla niego najwięcej. Za przedmiot logiki uznaje się formę twierdzeń, za przedmiot dialektyki ich substancję, tj. treść; toteż najpierw należy zajmować się formą ogólną, by następnie przyjrzeć się treści jako czemuś szczególnemu.
Arystoteles pojmuje cel dialektyki nie tak jednoznacznie, jak w moim ujęciu; i dla niego dyskutowanie stanowi cel najważniejszy obok odnajdywanie prawdy. Dalej mówi: twierdzenia traktowane wedle prawdy posiadają wymiar filozoficzny, natomiast wedle wrażenia lub aprobującego osądu - dialektyczny. Oddziela on twierdzenia niosące prawdę obiektywną od tych, których zadaniem jest osiągnięcie uznania lub aprobaty, wszakże czyni to nieostro, co nie pozwala przypisać tych ostatnich zadań wyłącznie dialektyce. Toteż uważam, iż Arystoteles nie w pełni rozwiązał tę kwestię, bowiem winno się zawsze precyzyjnie oddzielać przedmiot jednej dyscypliny od drugiej. Arystoteles w sposób właściwy swej metodzie naukowej, wielce systematycznie i metodycznie podważył w pracy O wybiegach sofistycznych samo rozumienie dialektyki; wzbudza to wielki podziw, choć efektu praktycznego autor w pełni nie osiągnął. Po rozbiorze w części analitycznej (Analiticis) z punktu widzenia czystej formy pojęć wniosków i sądów, zajmuje się on dalej treścią, chociaż rozpatruje już wyłącznie pojęcia, zawierające treść twierdzenia i wnioski ze swej istoty to jedynie forma: natomiast pojęcia tworzą ich treść. Rozumuje następująco: w każdej dyskusji występuje teza albo problem (odróżniające się wyłącznie formą) tudzież twierdzenia służące ich rozwiązywaniu. Rzecz zasadza się niezmiennie na wzajemnym stosunku pojęć względem siebie. Nade wszystko funkcjonują cztery przejawy takich stosunków. Aby określić pojęcie szukamy albo
definicji dla niego lub
jego rodzaju, czy też gatunku (genus)
jego szczególnie istotnej właściwości, cechy (proprium) oraz
jego cechy przypadkowej (accidens), tj. bez zwracania uwagi na swoistość i wyłączność, byle był to jakiś orzecznik.
W każdej dyskusji odnajdziemy trzon oparty na wzajemnym usytuowaniu jednego z tych stosunków. W Wybiegach...
Arystoteles poucza o wzajemnych relacjach między pojęciami, aby jedno względem drugiego stanowiło jego właściwość, jego cechę przypadkową, jego rodzaj lub definicję dla niego; wskazuje jakie błędy łatwo popełnia się w takich relacjach oraz na co trzeba zważać, ilekroć samemu tworzy się taki stosunek, a wreszcie jak można go przewalczyć, gdy podaje go przeciwnik. Na określenie każdej z tych reguł, czy też ogólnych zależności występujących między kategoriami pojęć Arystoteles używa nazwy „Topica”.
„Topos” (z gr. miejsce, okolica) nie stanowi niczego materialnego, a jedynie określa wzajemną relację zespołów pojęć, możliwą dla bardzo wielu tychże zespołów, gdy analizować je z punktu widzenia czterech wyżej wymienionych przejawów, które zdarzają się w każdym sporze. Tym czterem przejawom przyporządkowane są dalsze kategorie. Rozważane są nadal w pewnym sensie formalnie, choć już nie w tym stopniu co w logice (...). Niemal wszystko, co m6wi o tym Arystoteles wynika w naturalny sposób z relacji pomiędzy pojęciami i jest samo przez się oczywiste, a zdrowy rozum sam to odkrywa.
Przykłady:
Gdy rozpoznajemy rodzaj (genus) jakiejś rzeczy, to istnieje przyporządkowany mu gatunek (species); jeśli tak nie jest, twierdzenie okazuje się błędne. Oto mówią, iż dusza podobno znajduje się w ruchu; a zatem trzeba mówić o jakimś określonym gatunku tego ruchu jak lot, chód, wyrastanie, zanikanie itd. Gdy tego brak, wówczas dusza nie pozostaje w ruchu. Zatem gdy coś nie jest przypisane do konkretnego gatunku, to również nie należy do konkretnego rodzaju. Tę zależność Arystoteles określa mianem „topos”. „Topos” służy tak do postawienia argumentu jak i do jego przewalczenia. I na odwrót: gdy coś nie ma rodzaju, nie ma też gatunku. Powiadają, że ktoś tam mówił o kimś, że wyrażał się źle o kimś innym, ale wystarczy udowodnić, że w ogóle nic nie mówił, a cały zarzut upada.
W kwestii swoistej właściwości (proprium) Arystoteles twierdzi: Dla obalenia argumentu, gdy przeciwnik wysuwa argument oparty na postrzeganiu zmysłowym można go przewalczyć, albowiem co zmysłowe jest niepewne, zwłaszcza, gdy zwracamy się ku innej płaszczyźnie poznawania. Na przykład przeciwnik nasz utrzymuje, iż właściwością słońca jest to, że świeci najjaśniej z gwiazd przesuwających się nad ziemią. Ta wypowiedź traci wartość po zachodzie słońca, albowiem wtedy uchodzi już ono z granic naszych zmysłów. Dla wysunięcia argumentu właściwość o tyle jest słuszna, o ile nie przyswajamy jej zmysłami lub istnieje niezależnie od nich, np.: przedstawiając właściwość jakiejś powierzchni stwierdzamy, że uprzednio ją ufarbowano. Właściwość ta, choć zmysłowa, jest słuszna, gdyż wiemy, że istnieje.
To wszystko, gdy chodzi o dialektykę w ujęciu Arystotelesa. Ponieważ mniemam, iż nie osiąga on celu, postarałem się wykonać rzecz odmiennie. (...)
A zatem bez względu na prawdę obiektywną (będącą przedmiotem logiki), dla właściwego umocnienia dialektyki należy rozumieć ją jak sztukę, w zastosowaniu której opieramy się zawsze na posiadaniu racji, co oczywiście zda się łatwiejszym, gdy zawiera ona prawdę. Dialektyka sama w sobie jedynie naucza, w jaki sposób bronie się przed napaścią wszelkiego rodzaju, zwłaszcza przed nieuczciwą, lecz również jak obalać twierdzenia innych bez obalania lub konfliktowania się z własnymi i jak bronie ich przed przeciwnikiem. Wyraziście trzeba oddzielić odnajdywanie obiektywnej prawdy od sztuki przewalczania swych racji jako słusznych; ta pierwsza czynność zamyka się w rozeznaniu, przemyśleniu i doświadczeniu, i żadna sztuka nie jest w niej pomocna; czynność druga to właśnie przedmiot dialektyki. Sformułowano ją jako grę pozorów, co jest nietrafne, gdyż służyłaby wówczas tylko obronie fałszywych racji; jednak i ten, kto ma słuszność znajdzie w dialektyce skuteczny środek dla obrony; należy poznać nieuczciwe chwyty, aby się im przeciwstawić, wręcz samemu stosować je, by zwalczyć przeciwnika jego własnym orężem. Z tego wniosek, iż prawda obiektywna w dialektyce zajmuje miejsce mniej istotne lub zgoła przypadkowe, a cała energia skupia się na obronie swojego i obaleniu twierdzenia przeciwnika. Zasady dialektyki nie uwzględniają prawdy obiektywnej, bowiem zazwyczaj nie wiadomo, gdzie ona jest (bywa, że dyskutanci kłócą się zażarcie, po czym idą do domów przyswoiwszy sobie poglądy przeciwnika; naturalnie zamienili się poglądami).
Zazwyczaj nie potrafimy określić, czy nasze twierdzenia są prawdziwe; bywa, że tak wierzymy, choć to nieprawda, czasem wierzą w to obaj uczestnicy sporu. Albowiem „prawda ukryta jest głęboko”. Gdy rodzi się spór, na og6ł każdy sądzi, że to on wyraża prawdę; podczas sporu obie strony zaczynają w to powątpiewać; lecz dopiero finał ma określić prawdę i ją umocować. Zatem tymi aspektami dialektyka zajmować się nie powinna, tak jak fechmistrza nie interesuje zagadnienie słuszności, które zapoczątkowało pojedynek, a tylko celne trafienia i obrona. Dialektyka również sprowadza się do umysłowej szermierki i tylko wtedy zyskuje miano nauki. Wyłącznie obiektywna prawda przynależy logice; jeśli natomiast zamierzamy udowodnić błędność sądu, paramy się sofistyką. W obu sytuacjach należałoby wiedzieć gdzie jest, a gdzie nie ma prawdy obiektywnej, czego nigdy z góry nie wiadomo. Toteż najtrafniejszym rozumieniem dialektyki jest, jak powiedziano wyżej, szermierka umysłowa, stosowana dla wykazania swojej racji w sporze. Najwłaściwszą wszakże nazwą byłaby, moim zdaniem „erystyka” (gr. eris - kłótnia, spór), a jeszcze lepiej „dialektyka erystyczna”. Pożytek z niej nie ulega wątpliwości; tym gorzej, iż została tak bardzo zarzucona.
W takim rozumieniu dialektyka to ledwie określony system reguł, mających na celu prezentację sposobów, którymi posługują się wszyscy spierający się ludzie w momencie, gdy chcąc osiągnąć zwycięstwo wiedzą już, że nie ma ono nic wspólnego z tym, czy prawda jest, czy też nie jest po ich stronie. Toteż dialektyka w ujęciu naukowym nie rozstrzyga, ani nie szuka prawdy, albowiem nie o nią chodzi w pierwotnej i wrodzonej dialektyce, skupionej wyłącznie na posiadaniu przewagi w dyskusji. Cel nadrzędny dialektyki naukowej polega na ukazywaniu i badaniu nieuczciwych sposobów, mających możliwie praktyczny cel, aby w rzeczywistych sporach natychmiast je rozpoznać i udaremnić. Toteż, rozumiejąc naukową dialektykę tak właśnie, przyznajemy, iż nadrzędnym jej celem jest tylko racja pozorna, nie zaś prawda obiektywna.
Nie znam nic, choć patrzyłem wszędzie, co napisano by na tym polu[1], może poza zaginioną pracą Teofrasta, wspominającą o naszym problemie. Toteż należy przede wszystkim czerpać z doświadczenia i obserwacji, aby stwierdzić, jaki rodzaj sztuczek stosują ludzie w sporach. Powtarzane wybiegi i chwyty wymagają dalej uogólnienia, a z nich powstaje znajomość „fortelów w walce” (stratagemata), służących do przeciwstawienia się adwersarzowi tak we własnej praktyce, jak i w sytuacji, gdy stosuje je przeciwnik.
Najpierw, przed wszystkim innym, trzeba zrozumieć istotę każdej dyskusji, czyli jak ona przebiega i co podczas niej zachodzi.
Przeciwnik stawia określoną tezę (albo jest ona naszego autorstwa, co wszystko jedno). Istnieją dwie metody i dwie drogi, aby ją przewalczyć.
a) odwołująca się do rzeczy (modus ad rem) b) odwołująca się do człowieka (modus ad hominem) lub do twierdzeń, czy mniemań przeciwnika (ex consensis).
tzn. albo dowodzimy, iż:.
a) twierdzenie jest sprzeczne z naturą rzeczy, z obiektywną i absolutną prawdą, lub
b) pozostaje sprzeczne z innymi twierdzeniami przeciwnika lub jego wcześniejszymi mniemaniami, które zaaprobował, czyli z subiektywną, względną prawdą; w tym przypadku brak jakichkolwiek związków z prawdą obiektywną i całość konstrukcji ma charakter względny.
bezpośrednie przewalczenie twierdzenia
pośrednie przewalczenie twierdzenia.
Na drodze bezpośredniej podważamy tezę u jej przyczyn, a na pośredniej - u jej skutków. W bezpośrednim przewalczeniu dowodzimy, iż teza nie jest słuszna, natomiast w pośrednim - że słuszną nigdy być nie mogła.
1) Na drodze bezpośredniej dysponujemy parą możliwości. Pierwsza to ukazanie przeciwnikowi, że myli się podając błędne przesłanki, czyli przez negację przesłanki większej lub mniejszej (nego majorem; minorem). Druga polega na zaakceptowaniu przesłanek i udowodnieniu, iż dane twierdzenia z nich nie wynika; podważyliśmy tu zatem konsekwencję (nego consequentiam), samą formę wnioskowania.
2) Na drodze pośredniej wykorzystujemy:
a) apagogę, czyli niemożność przeciwstawienia twierdzenia przeciwnego,
b) instancję, czyli przykład przeciwieństwa.
a) Apagoga
Gdy uznajemy słuszność twierdzenia przeciwnika wiążemy je z innym, powszechnie traktowanym jako prawdziwe. Zważywszy, że z obu tych twierdzeń służących nam za przesłanki w dalszym rozumowaniu
możemy uzyskać konkluzję jawnie błędną, sprzeczną albo z naturą rzeczy aż do absurdalności (ad absurdum), albo z głoszonymi wcześniej twierdzeniami przeciwnika, czyli niesłuszną co do rzeczy (ad rem) i co do człowieka (ad hominem), wykazujemy tym samym, iż wyjściowe twierdzenie przeciwnika także jest błędne. Bowiem słuszne przesłanki leżą u podstaw zawsze słusznego twierdzenia, wszakże z błędnych niekiedy wynika twierdzenie prawdziwe.
b) Instancja
przykładem zastosowania przeciwieństwa (exemplum in contrarium) jest przewalczenie twierdzenia ogólnego przy pomocy bezpośredniego udowodnienia pojedynczych przypadków objętych zakresem tego twierdzenia. Gdy wykażemy, iż to twierdzenie w tych usposób 1 przypadkach nie jest słuszne, wówczas i jego ogólna postać zostaje zakwestionowana.
Oto szkielet i rusztowanie każdej z dyskusji, czyli jej osteologia. Do tego sprowadza się w zasadzie każdy spór Może on jednak mieć rzeczywisty lub pozorny przedmiot, toczyć się przy użyciu prawdziwych albo nieprawdziwych argumentów. I dlatego właśnie, iż niełatwym jest ustalenie stanu faktycznego, dyskusje są tak długotrwałe i zawzięte. Nawet podając reguły ogólne niemożliwym jest oddzielenie prawdy od pozorów, gdyż zrazu sami uczestnicy sporu tego nie wiedzą. W tym celu podaję wybiegi i chwyty do zastosowania bez względu na obiektywną prawdę; zwłaszcza, że taką świadomością na og6ł nie dysponujemy, a nabywamy ją dopiero w efekcie przeprowadzonej dyskusji..
Ponadto każda dyskusja i każda argumentacja prowadzi do uzgodnienia choćby jednej rzeczy, która służy za podstawę danej kwestii: Z kimś, kto zaprzecza zasadom nie należy prowadzić sporu (contra negantem principia non est disputandum).
polega na uogólnieniu. Należy rozszerzać argumentację przeciwnika poza założone przez niego lub naturalne granice, dokonywać jej bardzo ogólnej interpretacji, przerysowywać i wyjaskrawiać, akceptując zarazem w bardzo poszerzonym i rozmytym sensie. Natomiast swoją wypowiedź utrzymać w precyzyjnych ramach, w wąskim i określonym znaczeniu. Bowiem: im ogólniejsze twierdzenie, tym bardziej podatne na zarzuty. Sposobem jest nie budzące wątpliwości określenie tego, o co się spieramy (status controversiae).
Przykład 1:
Oświadczyłem, iż Anglicy przodują w dziedzinie dramatu. Przeciwnik, wykorzystując metodę instancji odpowiada, iż ogólnie wiadomym jest brak sukcesów Anglików w muzyce, więc i w muzyce operowej. Kontruję uwagą, że muzyka nie wchodzi w zakres pojęcia sztuki dramatycznej, gdyż ta odnosi się tylko to komedii i tragedii. Przeciwnik wiedział o tym doskonale, lecz próbował dokonać takiego uogólnienia mojej myśli, aby dotyczyła wszelkich form teatralnych, to jest i oper, a także muzyki - w ten sposób chciał mnie pokonać.
Odwrotnie, uratować się można zacieśniając znaczenie swej wypowiedzi, nawet w stosunku do wyjściowego zamiaru, o ile tylko wyraz, którego użyliśmy na taki zabieg pozwala.
Przykład 2:
A rzecze: Pokój z 1814 r. przywrócił niezależność wszystkim niemieckim hanzeatyckim miastom. B wykorzystuje instancję przez przeciwieństwo (instantia in contrarium) i dowodzi, że pokój ten odebrał Gdańskowi niezależność przyznaną przez Napoleona Wówczas A kontrargumentuje w sposób następujący: Mówiłem o wszystkich niemieckich hanzeatyckich miastach, natomiast Gdańsk to polskie miasto hanzeatyckie.
Wybieg ten występuje już u Arystotelesa (O wybiegach sofistycznych).
Przykład 3:
Lamarck (Philosophie zoologique) utrzymuje, iż polipy nie czują, gdyż brak im tkanki nerwowej. Wszelako jest dowiedzionym, iż polipy kierują się ku światłu, zatem postrzegają, nie mając żadnych osobnych narządów zmysłowych. Sądzono, iż zmysły są równomiernie rozłożone we wszystkich częściach ich ciała. To obala tezę Lamarcka, który kontrargumentuje: Gdyby we wszystkich częściach ciała polipów rozmieszczone były receptory zmysłów, polipy nie tylko czułyby, a1e mogłyby się poruszać, wykazywać odruchy woli, a nawet myśleć. W ten sposób polip byłby najdoskonalej wyposażony w każdym punkcie swego ciała, kto wie, czy nie doskonalej niż człowiek, gdyż każda jego cząstka wykazywałaby zdolności, które człowiek posiada jako całość. Czemuż by zresztą nie objąć tym twierdzeniem najprymitywniejszej formy zwierzęcej - monady lub nawet roślin, które także żyją?
Od zdania: całe ciało polipów jest unerwione, gdyż reagują one na światło, Lamarck przechodzi do zdania: całe ich ciało myśli. Stosując tę sztuczkę autor zdradza, iż wie o swoim błędzie.
polega na zastosowaniu dwuznaczności (homonimia), aby spożytkować pojęcie, które poza tym, iż określane jest tym samym wyrazem, ma niewiele lub nic wspólnego z przedmiotem dyskusji; potem należy tę wypowiedź obalić stwarzając wrażenie, jak gdybyśmy obalili także argumentację związaną z samym twierdzeniem. (...) Przykłady homonimów (tj. wyrazów jednakowo brzmiących, choć znaczących co innego): ostry, głęboki, wysoki - w odniesieniu do rzeczy oraz, w drugim przypadku, w odniesieniu do dźwięków.
A: nie zdobył pan jeszcze wtajemniczenia w misterie filozofii Kanta.
B: Och, misterie! nie życzę sobie o tym słyszeć. (...)
[Przykład 2:
A: Ależ temu człowiekowi przypadło odgrywać bardzo niewdzięczną rolę!
B: I czemu się dziwie? Tak kończą wszyscy niewdzięcznicy!]
polega na zinterpretowaniu twierdzenia przeciwnika tak, jak gdyby zamiast w sensie względnym przedstawił je jako prawdę ogólną i bezwzględną (absolute); lub po prostu należy nadać mu zupełnie inny sens i z tego punktu widzenia je obalać.
Przykład z Arystotelesa: Murzyn jest czarny, lecz gdy idzie o jego zęby - biały. Zatem jest czarny i zarazem nie jest czarny. (...)
Powyższe trzy sposoby mają wiele wspólnego, a zwłaszcza to, że przeciwnik nie tyle m6wi o istocie sporu, lecz o czymś innym; zatem doświadczamy zgubienia wątku (ignoratio elenchi) o ile na taką praktykę zezwolimy. Gdyż wszystko, co mówi przeciwnik w tychże trzech sposobach jest prawdą, a tylko pozornie przeczy tezie; my zaś jedynie podważamy konsekwencję wniosku przeciwnika, sprzeciwiamy się zatem wnioskowaniu, które wiedzie od słuszności twierdzenia przeciwnika do niesłuszności naszego twierdzenia. Dokonujemy takiego bezpośredniego przewalczenia poprzez zaprzeczenie tego, co wynika (per negationem consequentiać).
Nie wolno akceptować nawet słusznych przesłanek, gdy prowadzą do niekorzystnych dla nas konsekwencji. Zapobiega temu stosowanie dwu poniższych sposobów
Skoro dążymy do określonego wniosku należy uczynić wszystko, by przeciwnik zawczasu nie odgadł naszego zamiaru, a przeciwnie, poprzez skłonienie go do mimowolnego przyjęcia naszych rozproszonych przesłanek pozbawiamy go możliwości zastosowania wszelkiego rodzaju utrudnień. Gdy zaś istnieje uzasadniona wątpliwość, co do zgody przeciwnika na lansowany przez nas wniosek staramy się przedstawić przesłanki tych przesłanek, wykorzystując sylogizmy[2] składowe (częściowe) wchodzące w skład łańcucha sylogizmów, tworzącego nasze rozumowanie (tzw. prosylogizmy); i czynimy wszystko, by przeciwnik akceptował choć kilka z nich, przedstawionych bez jakiegokolwiek porządku. W ten sposób maskujemy się, aż do chwili, gdy zostanie przyjęte wszystko, co niezbędne dla końcowego wniosku. Zmierzamy zatem do celu okrężną drogą. (Arystoteles O wybiegach sofistycznych)
[Przykład:
A usiłuje zdobyć akceptację B dla twierdzenia, iż ludzie są z natury dobrzy, choć się z tym nie zdradza, przedstawiając się jako nie uprzedzony obserwator. B jest zwolennikiem tezy, iż ludzie są z natury źli. A rozważa naturę ludzką, podając przykłady:
papieża i jego nieomylności (gdyby był z natury zły oznaczałoby, iż Kościół przyjmuje jego zło jako dogmat do zastosowania w życiu duchownym i świeckim);
wielokrotnego mordercy, który na ławie oskarżonych domaga się następnych ofiar i szczyci się swoimi zbrodniami (był zły i zły pozostał);
Adama w raju, który do chwili spożycia jabłka był niewinny (gdzie leży początek natury ludzkiej?; a może przykład i doświadczenie sprowadzają człowieka na manowce);
co to jest natura człowieka?; jak pogodzę ją z twierdzeniami o „nie zapisane karcie” (tabula rasa); czy współczesna nauka przesądza o istnieniu genetycznej pamięci, mogącej zapisywać dobro lub zło?
co to jest dobro?; przecież przyroda rządzi się prawami, które w społecznym życiu człowieka oznaczałyby niesprawiedliwość, bezwzględność, obojętność; a może natury nie wolno wartościować, zwłaszcza negatywnie?;
czy brak dobra jest złem?; i na odwrót - czy nieobecność zła oznacza dobro?
przykład wielokrotnego mordercy, który się nawrócił i zginął w obronie „słabych i uciśnionych”;
czy w takim razie człowiek jest bardziej zły niż dobry i czy jest to cecha absolutna i powszechna?;
a może niektórzy są bardziej dobrzy niż źli?;
skoro niektórzy (A przyjmuje sformułowanie B) potrafią zwalczyć w sobie zło, to czy nie zmienia się także ich natura?; w przeciwnym razie ludzie postępujący szlachetnie byliby w sensie ontologicznym równie ohydni jak wyrodki;
co to jest sumienie i jak się ono ma do dobra lub zła płynących z natury ludzkiej?
jeśli naturę, o której mowa, rozumieć jak absolut na który człowiek nie ma żadnego wpływu, to (w przypadku gdy B jest chrześcijaninem) jak pogodzie ów stan z pojęciem wolnej woli człowieka?
czy zatem człowiek nie powinien być bardziej dobry niż zły, gdyż jest dziełem istoty najdoskonalszej i najszlachetniejszej - Boga; czy Bóg tworząc człowieka na swój obraz i podobieństwo mógł uczynić go z natury złym?; itd.)
Dowodzie własnej tezy można także poprzez błędne przesłanki, choćby wówczas, gdy przeciwnik nie zgadza się z prawdziwymi, czy też nie uznaje ich słuszności lub natychmiast dostrzega wynikającą z nich tezę, którą staramy się przeforsować. Toteż wystarczy posłużyć się w takiej sytuacji twierdzeniami obiektywnie niesłusznymi, za to słusznymi jako argument odnoszący się do człowieka (ad hominem) i dowodzie, przyjmując punkt widzenia przeciwnika, zgodnie z tym, na co zgadza się przeciwnik (ex concessis). Albowiem prawdę można wyprowadzić także z fałszywych przesłanek, choć prawdziwe zawsze prowadzą do prawdziwej tezy. Podobnie błędne twierdzenie. przeciwnika można zdezawuować przy pomocy błędnych twierdzeń, skoro on uważa je za prawdziwe. Na tym polega wykorzystanie sposobu myślenia przeciwnika w prowadzeniu sporu. Gdy rekrutuje się on z jakiejś sekty, choćby nam niemiłej, wówczas stosujemy wobec niego tezy tej właśnie sekty jako twierdzenia podstawowe (principia). (Arystoteles O wybiegach sofistycznych).
A nie jest antysemitą, wie jednak, iż B nim jest. B twierdzi, iż krajowi przydałyby się paroletnie rządy bankierów. To by ich (tj. rządzonych i dotychczas rządzących) nauczyło rozumu - mówi B. - No tak ripostuje A - lecz bankierzy to głównie Żydzi i tylko oni na tym zyskają!]
Wykorzystujemy metodę ukrytego przedstawiania tezy, którą chcemy dowieść jako przesłanki dowodu (petitio principii), czyli: albo
podmieniamy nazwę, np. zamiast „honor” mówimy „dobre imię”, zamiast „dziewictwo” - „cnota”; podobnie postępujemy w odniesieniu do pojęć pokrewnych; zamiast „zwierzęta czerwonokrwiste” używamy określenia „kręgowce” albo
kontrowersyjny szczegół przyjmujemy jako generalizację, co jest łatwiejsze do zaakceptowania, np. niepewność nauk medycznych zastępujemy niepewnością całej ludzkiej wiedzy.
...
brit-85