Prolog.pdf

(241 KB) Pobierz
313071461 UNPDF
Prolog
PROLOG
północna Anglia, 12 XI 2009
Pogoda tego wieczoru była całkowicie zgodna z datą widniejącą w kalendarzu. Sztormowy
wicher znad morza zrywał z drzew resztki liści, targał gałęziami, siekł lodowatym deszczem.
Przeraźliwe wycie wiatru zagłuszało wszystkie inne dźwięki, słyszalne było doskonale nawet we
wnętrzu samochodu, mimo pracującego silnika i szumu dmuchawy. Wycieraczki jeździły
rozpaczliwie po mokrej szybie w tyleż upartym, co beznadziejnym wysiłku. Porywy wiatru co
chwila targały pojazdem, usiłując zepchnąć go z drogi, toteż kierowca jechał maksymalnie
skoncentrowany, próbując wypatrzeć w strugach wody linie ograniczające jezdnię. Nie był
doświadczonym kierowcą, jeździł rzadko i pokonanie tych ponad 50 mil dało mu się nieźle we
znaki. Z ulgą dostrzegł w przednich światłach wozu tablicę oznaczającą początek miejscowości.
Nareszcie, pomyślał. Rzucił okiem na zegarek na desce rozdzielczej. Z zadowoleniem stwierdził,
że dobrze oszacował czas potrzebny na dojazd. Na razie wszystko przebiegało zgodnie z
harmonogramem.
Teraz jechał powoli, wypatrując zapamiętanych na odprawie punktów charakterystycznych.
Cukiernia... jest! Apteka... jest! Minął rozświetlony pub i zatrzymał pojazd przy chodniku za
krzyżowką. Przez ścianę deszczu nie był w stanie odczytać nazwy przecznicy, ale wszystko zgadzało
się z zapamiętanym planem sytuacyjnym. Był na miejscu!
Wzdrygnął się z na samą myśl o opuszczeniu ciepłego wnętrza samochodu. Sprawdził czy
różdżka tkwi bezpiecznie w kieszeni, narzucił na głowę kaptur nieprzemakalnego płaszcza i wysiadł
z wozu. Potężny podmuch o mało nie powalił go na ziemię. Walcząc z wiatrem zamknął drzwiczki i
rozejrzał się osłaniając oczy dłonią. Uliczka, którą powinien był pójść, prowadziła w stronę
urwistego brzegu morza, prosto pod wiatr. Przez moment czuł pokusę by zignorować instrukcje i
podjechać pod sam obiekt samochodem, ale wyszkolenie wzięło górę i z ciężkim westchnieniem
ruszył w drogę piechotą.
Wichura na moment przycichła i z mijanego właśnie budynku dobiegły go dźwięki muzyki. Nie
przepadał za mugolskimi piosenkami, ale akurat ten kawałek sprzed wielu lat mu się podobał.
There's a lady who's sure, all that glitters is gold... - zanucił pod nosem. Melancholijny początek
ballady pasował do jego dzisiejszego nastroju. ...and she's buying the stairway to heaven. Wiatr
znów uderzył zagłuszając wszystko inne. Nie rozklejaj sie! skarcił się w duchu, ci, co się rozklejali w
czasie akcji, są już teraz tylko nazwiskami na czarnej tablicy pamiątkowej wiszącej obok wejścia do
Wydziału.
Mijał posesję o numerze 19, gdy poczuł obok siebie czyjąś obecność. Obejrzał się szybko.
Przeraźliwie mokry, dygoczący z zimna, nieduży bury kundel wkulał się w szczelinę w żywopłocie,
starając się złapać choć trochę osłony przed wichurą. Mężczyzna spojrzał na psa ze współczuciem.
Zwierzę odwzajemniło spojrzenie, a potem uspokajającym wzrokiem obrzuciło zalaną deszczem
ulicę i kiwnęło kilka razy łbem.
- W porządku, dzięki, stary – mruknął pod nosem mężczyzna. Pies machnął ogonem w
odpowiedzi i głębiej wtulił się w żywopłot. Mężczyzna ruszył dalej. Przemknęło mu przez głowę
zasłyszane gdzieś kiedyś przysłowie o pogodzie tak złej, że nawet psa się z domu nie wyrzuca. Cóż,
w naszym fachu na takie luksusy nie ma co liczyć, pomyślał.
Widział już cel swojej wędrówki – posępny, opuszczony budynek o numerze 23. Była to ostatnia
posesja, dalej ulica kończyła się rzędem betonowych słupów pomalowanych w ostrzegawcze
czerwono-białe pasy, a potem już tylko kilkadziesiąt stóp pionowej skały i skłębiona wodna kipiel.
Mimo wycia wiatru słychać było teraz ponury, groźny, nieustanny grzmot fal. Urocze miejsce,
pomyślał z przekąsem. Trochę niesprawiedliwie, bo latem mogło tu być naprawdę ładnie.
Walcząc z wiatrem, zbliżył się do starych, obdrapanych drzwi. Nacisnął delikatnie za klamkę i
1
Harry Potter i koniec  ś wiata
nie zdziwił się, gdy nie ustąpiła. Sięgnał do kieszeni i wydobył różdżkę.
- Alohomora – mruknął pod nosem. Zamek szczęknał cichutko. Nacisnął znowu klamkę, tym
razem drzwi ustąpiły z lekkim skrzypieniem. Wszedł do środka. Kolejny ruch różdżką i zasuwa w
dzwiach ponownie brzęknęła delikatnie. Sprawdził czy drzwi są dobrze zamknięte, a potem ściągnął
z głowy mokry kaptur i rozejrzał się po wnętrzu. Okiennice były zamknięte i w środku panowały
prawie zupełne ciemności, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało – Zaklęcie Kociego Wzroku było
umiejętnością, którą opanowywało się na pierwszym roku szkoleń, a on był jednym z tych, którzy
posiedli ją w stopniu najwyższym. Przeprowadzone testy wykazały, że widzi w nocy lepiej niż
najlepsze mugolskie noktowizory.
Wszedł do zagraconego saloniku z wielkim, częściowo zrujnowanym kominkiem. Sądząc po
stanie w jakim się znajdował, budynek musiał być opuszczony już od wielu lat. Szyb w oknach nie
było, a cieżkie, drewniane okiennice nie chroniły przed wilgocią, toteż ściany pod oknami zbutwiały
i pokryły się paskudnymi liszajami. Czuć było zapach stęchlizny. Drewniana podłoga w wielu
miejscach pozapadała się. Przytulne, miłe gniazdko, pomyślał rozglądając się po wnętrzu. Zdjał
ociekający wodą płaszcz i rzucił go na krzesło, ale zaraz założył z powrotem, bo przez szpary w
okiennicach dmuchał zimny wiatr z deszczem. Perspektywa spędzenia tu kilku najbliższych godzin
nie wprawiała go w dobry humor. A jeszcze trzeba będzie wrócić do samochodu... Na szczęście tym
razem z wiatrem, pocieszył się. Zresztą, nie przyjechałeś tu na wakacje... Znalazł kąt w którym ruch
powietrza czuć było najsłabiej, szybkim ruchem różdzki umieścił tam stary, rozlatujący się fotel i
skulił się na nim jak kot, starając się stracić jak najmniej ciepła.
W kieszeni poczuł delikatną wibrację. Sięgnał i wyciągnął szklaną, mlecznobiałą kulkę o
średnicy około cala. Dotknął ją końcem różdżki. Kulka rozjarzyła się delikatnym, zielonym
światłem.
- Centrala, tu ósmy. - powiedział przykładając kulkę do ust. - Jestem już w środku.
- Wiemy – odpowiedziała cicho kulka. - Trzynastka nas poinformował że wchodzisz. Jak jest?
Ze współczuciem pomyślał o skulonym pod płotem przemoczonym kundlu.
- Spoko. Żywego ducha. Martwego zresztą też nie. W zależności od tego czy duchy są żywe czy
martwe...
- Nie filozofuj, Ósemka, bo się będziesz miał okazję przekonać osobiście!
- Dobra, dobra... Przekaż Trzynastce wyrazy współczucia. Mi przynajmniej woda nie leci na łeb.
- Twierdzi że znalazł sobie wyjątkowo przytulną dziurę w żywopłocie.
- Szczęściarz... - mruknął Ósemka. - Tak zupełnie na marginesie, to nie możecie podesłać tu
pokojówki? Troche od okna ciągnie. No i przydałoby się coś dobrego do jedzenia. Powiedzmy –
indyk w maladze i jakiś przyzwoity szampan. Demi-sec, co do rocznika nie jestem wymagający...
- Dosyć, Ósemka! - powiedziała ostro kulka. Co oni się tacy drętwi tam zrobili? pomyślał ze
złością. Dowcipkowanie i przekomarzanie się z Centralą podczas akcji było z dawien dawna
uświęconą tradycją, i nawet Szefowa odpuściła już sobie próby przywoływania agentów do
porządku. No tak, dziesiejsza akcja była wyjątkowa...
- Słuchaj. Twój rozmówca powinien nadejść za jakieś pół godziny. Trzynastka da nam znać, a my
tobie. Trzymaj gadułę w kieszeni tak żebyś mógł wyczuć wibrację. Pojedyńczy krótki sygnał to znak
że się zbliża. Bez rozmowy. Trzy krótkie oznaczają że chcemy z tobą pogadać. Jeśli nie będziesz
mógł, odpowiedz pojedyńczym krótkim. Pojedyńczy długi to alarm. Jeśli poczujesz pojedyńczy
długi, masz się natychmiast deportować bez względu na to co będziesz robił. Nawet gdybyś się
akurat odlewał. Punkt aportacyjny K-6. Powtórz.
- Centralny, ja naprawdę nie spałem na odprawie. Ja tylko tak głupio wyglądam...
- Ósemka, powtórz instrukcje!
Mężczyzna westchnął i posłusznie wyrecytował usłyszane przed chwilą wskazówki.
- Dzięki, Ósemka. Powodzenia. Bez odbioru.
Kulka ponownie zrobiła się mlecznobiała. Wsunał ją do wewnętrznej kieszeni spodni i ciężko
2
Prolog
westchnął. Czekało go teraz długie oczekiwanie. Ich praca głównie zresztą na tym polegała, choć po
lekturze mrożących krew w żyłach reportaży w Proroku Codziennym można było odnieść odmienne
wrażenie. Czekanie, czekanie, czekanie...
Wyciągnął się wygodnie w zimnym, zatęchłym fotelu. Wietrzysko wzmagało się, ciężkie krople
deszczu bębniły w okiennice rozszalałym stacatto, a cały budynek drżał w posadach.
Czuł narastający niepokój, jak zawsze kiedy planowana od dawna operacja wchodziła w swoją
decydującą fazę. A ta była najważniejsza i przygotowywana od wyjątkowo dawna. Od wielu już lat
Lord Voldemort wraz z rzeszą swoich pomniejszych pomocników terroryzował świat czarodziejów.
Mugolski zresztą też, chociaż ci oczywiście nie wiedzieli, czemu przypisać wzrastającą lawinowo
liczbę aktów terroru we wszystkich właściwie punktach globu. Walka z nim przypominała do tej
pory walkę z wiatrakami, z tą wszakże różnicą że w odróżnieniu od Voldemorta wiatraki nie były
szczególnie groźne. Liczba popleczników Voldemorta rosła w zastraszającym tempie, liczba tych
którzy zdecydowanie wystąpili przeciw niemu – malała nieubłagalnie, a przerażona większość
siedziała cicho, licząc że w razie czego zdąży się opowiedzieć po wygrywającej stronie. Zresztą nie
potrzeba było szczególnej bystrości by zorientować się, która strona wygrywa.
Niekończące się pasmo porażek rozpoczęło się od zamordowania Albusa Dumbledora,
długoletniego dyrektora Hogwartu i, w opinii wielu, jedynego czarodzieja którego Voldemort
jeszcze się obawiał. Potem w przeciągu kilku miesięcy zginęło trzech kolejnych ministrów magii i
od tego czasu utrzymywał się vacat, bo jak powiedział jeden z potencjalnych kandydatów tylko
kretyn mógłby w obecnej sytuacji ubiegać się o to stanowisko . Co prawda okazało się szybko, że
żądnych władzy kretynów nie brakuje, ale większość czarodziejów mając do wyboru brak ministra
względnie ministra-kretyna, opowiedziała się za tym pierwszym rozwiązaniem. Ministerstwem
kierował więc zza kulis stary Arthur Weasley, do czasu gdy znaleziono go martwego w swoim
gabinecie z wyrazem nieopisanego przerażenia na twarzy. Domysły, co takiego mógł zobaczyć tuż
przed śmiercią, dodatkowo podsycały stan powszechnej paniki. W takiej sytuacji większość
pracowników ministerstwa czym prędzej złozyła wymówienia, co okazało się posunięciem bardzo
roztropnym, bo nielicznych odważnych znajdowano później w różnych miejscach i w wielu
kawałkach.
Potem było publiczne wystąpienie Alastora Moody'ego w telewizji Wizzard One. Legendarny
auror stwierdził w krótkich, żołnierskich słowach że w obecnych czasach tylko Czarny Pan
gwarantuje dalszą, niezakłóconą egzystencję naszego świata. Musimy dać stanowczy odpór inwazji
szlam i tym podobnego plugastwa. Szoku, który nastąpił po tym expose, nie dawało się z niczym
porównać. Więkoszość pocieszała się że Szalonooki, mówiąc to, musiał być pod wpływem zaklęcia
Imperius, ale słaba to była pociecha. Jeśli bowiem można było złamać w ten sposób żelaznego
Moody'ego, to jaką nadzieję miał mieć zwykły Jones czy Smith, któremu silnej woli brakowało
często nawet do tego, by odmówić sobie samemu trzeciej kolejki ognistej whisky w knajpie?
Wszyscy sądzili, że po tym wystąpieniu Moody zostanie natychmiast aresztowany i osadzony w
Azkabanie, ale tu nastąpił kolejny wstrząs. Rzecznik prasowy Departamentu Bezpieczeństwa
Ministerstwa Magii oświadczył bowiem na pośpiesznie zwołanej konferencji prasowej, iż
konstytucja gwarantuje każdemu (w tym panu Moody'emu) wolność wypowiedzi, a karanie za
wygłaszanie własnych poglądów stanowiło by powrót do najbardziej odrażających praktyk rodem ze
średniowiecza. Na nagabywania jednego z dziennikarzy, który usiłował doprecyzować, czy
“wolność wypowiedzi” oznacza, że odtąd będzie można publicznie namawiać do morderstw,
rabunków i gwałtów, rzecznik oświadczył, że podobnie impertyneckich pytań tolerować nie będzie i
pośpiesznie zakończył konferencję. Samego dziennikarza jakiś czas później znaleziono
wypatroszonego gdzieś na wrzosowiskach w okolicach Hogsmeade...
Byli śmierciożercy coraz odważniej podnosili głowy. Zwolnionego z Azkabanu na mocy amnestii
Lucjusza Malfoya witały na Nokturnie tłumy skandujące szlamy do gazu i Malfoy na ministra !
Nic więc dziwnego, że jeden z aurorów powiedział kiedyś w przypływie wisielczego humoru, że
3
Harry Potter i koniec  ś wiata
nie zdziwi go jeśli wkrótce powstanie oficjalny Związek Śmierciożerców Imienia Barty'ego Croucha
Juniora.
I wtedy zabłysnął promyk nadziei. Wątły i migotliwy – ale jednak była to nadzieja.
Właśnie dlatego czekał teraz w tym rozpadajacym się domiszczu. Miał odegrać kluczową rolę w
operacji, którą przygotowywano od prawie pół roku. Od tego, jak się zachowa i co powie, czy uda
mu się nie spłoszyć rozmówcy, przekonać do dalszych kontaktów zależała, nie było w tym przesady,
przyszłość świata.
Czekał cierpliwie, spoglądając co chwila na zegarek. Czas płynął powoli. Jeszcze kwadrans...
Jeszcze dziesięć minut....
I wtedy usłyszał przed domem hałas...
Podniósł się powoli z fotela. Chyba nic złego się nie dzieje, pomyślał, centrala zawiadomiła by
mnie przez gadułe... Wyciągnął z kieszeni szklaną kulkę i zmartwiał – była zupełnie przezroczysta,
oznaka że łączność zerwała się.
Ki diabeł? Powoli podszedł do okna i wyjrzał przez szparę w okiennicach.
Przed domem stało kilka dużych, pomalowanych w ciemne barwy furgonetek. Wyskakiwali z
nich mężczyźni w zasłaniających twarze czarnych kominiarkach, trzymając w rękach długie,
metalowe przedmioty...
Jasny gwint! pomyślał.
Coś zdecydowanie poszło nie tak, jak przewidywał plan.
4
Zgłoś jeśli naruszono regulamin