DIADIARATU.doc

(30 KB) Pobierz
DIADIARATU

DIADIARATU

(Bajka z Mali)

 

Pewien mężczyzna miał trzy żony, każda z nich dała mu przepiękną córkę. Najstarsza i najmłodsza poślubiły chłopców, którzy odpowiadali woli rodziców i zostały szczęśliwymi żonami i matkami.

Diadiaratu miała szczególne przywileje i prawa, ponieważ była córką żony, którą on najbardziej kochał. Wszyscy dotychczasowi kandydaci dostali „kosza", na żadnego z nich nie chciała nawet życzliwie spojrzeć. Rodzice przestali z nią rozmawiać o zamąż-pójściu.

Pewnego dnia zjawił się przed ich domem piękny, młody człowiek na białym koniu i z liczną świtą. Posłał jednego ze swoich sług po kubek zimnej wody.

Ojciec Diadiaratu wyszedł, aby powitać dostojnego przybysza i zaprosić na chwilę odpoczynku. Kiedy gość zajął miejsce przy stole, przyniesiono wodę do obmyć przewidzianych tradycją gościnności. Diadiaratu patrzyła na nieznajomego, nie mogła od niego oderwać oczu.

— Nazywam się Zumana Sumowaro i pochodzę z bardzo dalekiego kraju. Podróżuję już wiele tygodni i pragnę dotrzeć do Djenebasso. Dziękuję za gościnę i proszę o wskazanie mi drogi! — mówił nieznajomy.

Ostatnie jego zdanie należy rozumieć jako pytanie, czy nie może przenocować ze swoimi ludźmi.

Ojciec Diadiaratu również się przedstawił. Powiedział kim jest i czym się zajmuje. Był handlarzem orzechów kokosowych, dlatego znał dokładnie okolicę.

Nadszedł czas wieczornego posiłku. Poproszono gościa, aby został, a ten przyjął zaproszenie. Diadiaratu sama usługiwała do stołu, przyniosła półmisek z ryżem, naczynie z sosem, warzywa i mięso.

Rankiem Zumana ze swoimi ludźmi ruszył w dalszą podróż, powiedział przy tym:

              Być może w powrotnej drodze również zatrzymam się u was!
Diadiaratu całymi dniami mówiła tylko o Zumanie, modliła się,

aby szybko pojawił się w domu jej ojca. I Zumana po kilku dniach znów się pojawił. Przywiózł ze sobą wspaniałe prezenty dla dziew­czyny i jej rodziców.

Następnego dnia poprosił ojca o rękę córki. Dziewczyna była przeszczęśliwa. Rodzice chcieli jednak wiedzieć coś więcej o narze­czonym.

              Kocham tylko Zumana i albo pozwolicie mi go poślubić,
albo zostanę starą panną! Kim jest i skąd pochodzi możecie się
później dowiedzieć, kiedy będziemy na zawsze razem! — mówiła
Diadiaratu.

Babka — jej najserdeczniejsza przyjaciółka i powierniczka wszystkich sekretów, kobieta mądra i doświadczona — powiedziała cicho:

Diadiaratu, dziecko moje, każda kura daje swoim kur­czętom najlepszy pokarm. Wszyscy cię tutaj kochamy i chcemy dla ciebie tylko tego, co najlepsze. Widziałam w moim życiu już wiele rzeczy. W twoim kawalerze zobaczyłam coś, o czym muszę ci...

Zchowaj dla siebie swoje rady! — powiedziała Diadiaratu. — Kocham go i wyjdę za niego!

Stara kobieta nie zraziła się uwagą wnuczki i mówiła dalej:

              Twój narzeczony jest piękny, młody, silny i bogaty, ale nie
wzbudza we mnie zaufania. Wiesz dlaczego? Bo nie patrzy mi prosto
w oczy! On coś ukrywa przed nami! Roztacza wokół siebie atmosferę
w której nie ma nic serdecznego. Jest czymś wielce nierozważnym,
więcej, niebezpiecznym wybrać takiego człowieka na swojego męża!

Diadaratu wpadła w złość:

              Sama mówisz, że jest piękny i bogaty! To mi wystarczy!
Wyjdę za niego, czy wam się to podoba czy nie! Wszystkie dziewczęta w moim wieku, nawet młodsze ode mnie, mają już mężów i dzieci. Cięgle powtarzaliście, że wybieram i przebieram, a kiedy znalazłam mężczyznę mego życia, wtedy nie jesteście z niego zadowoleni!

Rodzice i rodzina zaniechała dalszych próśb. Odbyło się wesele z „wielką pompą", takie, jak należy się najukochańszej córce. Zumana szastał pieniędzmi na lewo i prawo, grała najlepsza kapela, goście bawili się znakomicie.

Następnego dnia Zumana oznajmił, że wieczorem rusza w dro­gę. Diadiaratu była wniebowzięta. Wreszcie zacznie się ich prywatne życie. Ruszyli przed siebie, pozostawiając za sobą tumany kurzu.

Im bardziej oddalali się od domu rodzinnego Diadiaratu, tym coraz skromniejsza stawała się świta Zumany. Jeźdźcy i konie zamieniali się w drzewa, kamienie i strumienie.

Kiedy Diadiaratu zauważyła znikanie służby spytała męża, co się dzieje, lecz ten zbył jej pytanie milczeniem. Po chwili kazał jej zejść z konia i czekać na niego pod wielkim drzewem. Posłusznie wypełniła polecenie męża. Z ufnością patrzyła na niego jak odjeżdżał na białym koniu. Nie przypuszczała, że widzi go po raz ostatni...

Minęło kilka godzin a Zumana nie wracał. Nie pomogły nawoływania i modlitwy. Zapadła pełna niepokoju noc. Ale rankiem i w następnych dniach także na próżno dziewczyna wypatrywała ukochanego. Błądziła po lesie, żywiła się dzikimi jagodami i miodem leśnym. W nocy szukała schronienia w jaskiniach.

Pewnego dnia zmizerniałą i zrozpaczoną Diadiaratu odnalazł gajowy. Dał jej okrycie, nakarmił i zawiózł do rodziców. Kiedy opowiedziano mu jej historię wyjawił tajemnicę nieznanego, pięk­nego i bogatego przybysza. Wiedział bowiem, że Zumana to zły duch, który przybiera czasem postać atrakcyjnego młodzieńca.

Odtąd ludzie odpowiadali tę historię jako ostrzeżenie dla dzieci, które zafascynowane światem, urodą, bogactwem i przygodą nie słu­chają dobrych rad doświadczonych rodziców i życzliwych krewnych.

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin