Streszczenie szczegółowe:
I„Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 194. r. w Oranie”. Oran to miasto w Algierii, będące wówczas prefekturą francuską. Jest brzydkim ośrodkiem handlowym. Próżno tu szukać gołębi, ogrodów, drzew. Nie czuć wiosny, latem jest upalnie, a jesienią błotnisto. „Pięknie bywa tylko zimą”. Mieszkańcy Oranu to głównie goniący za bogactwem handlarze. Rozrywek w mieście nie ma zbyt wiele: kino, kawiarnie, kąpiele w morzu. Mało kto ma jednak czas na przyjemności, ponieważ mieszkańcy miasta ciężko pracują od rana do nocy. Nie ma tu czasu na „miłość”, młodzi łączą się w pary przypadkowo i pospiesznie, a niekiedy są ze sobą z przyzwyczajenia. Niełatwo się tu umiera. Miasto nie ma czasu dla chorych i żegnających się z życiem ludzi. Upalny klimat, brak zainteresowania ze strony innych, ciągły pęd za pieniądzem powodują, że śmierć przeżywa się tu samotnie i w niehumanitarnych warunkach. Do życia w Oranie można się jednak przyzwyczaić. Dlaczego? Ponieważ miasto jest pięknie zlokalizowane. Otoczone dolinami stoi na płaskowyżu, ustawione, niestety, tyłem do pięknej zatoki. Poznajemy narratora powieści, który nie chce się przedstawić, ale tłumaczy, iż zrobi to w odpowiednim dla siebie momencie. Udało mu się utworzyć kronikę wydarzeń, które wstrząsnęły miastem. Dokonał tego dzięki gromadzeniu swoich zapisków, ale także świadectw pochodzących od innych ludzi, z którymi spotykał się w czasie owych dramatycznych zajść. Narrator nazywa siebie historykiem, ponieważ odtwarza historię dzięki zgromadzonym dokumentom. Zapowiada początek opowieści o dramacie, który dotknął miasta.Akcja rozpoczyna się szesnastego kwietnia. Wtedy to Bernard Rieux, wychodząc ze swojego mieszkania, nadepnąwszy na martwego szczura, postanawia zgłosić ten fakt dozorcy – Michelowi. Ten, po usłyszeniu od Rieux historii o martwym gryzoniu, uznaje ją za kawał, ponieważ, według niego, „nie ma szczurów w domu”. Zdanie to powtarza doktorowi kilkakrotnie. Wieczorem jednak, tego samego dnia, powracający do swego mieszkania doktor zauważa konającego na korytarzu kolejnego szczura, któremu na sekundy przed śmiercią z pyska wypływa struga krwi. W mieszkaniu na doktora czeka jego żona, która następnego dnia musi wyjechać do uzdrowiska, ponieważ jest ciężko chora.
Następnego dnia rano, dozorca Michel skarży się medykowi, że żartownisie podrzucili na korytarz trzy martwe, całe zakrwawione szczury. Doktor rozpoczyna swój obchód, zaczynając od najuboższych dzielnic Oranu. Idąc ulicą właśnie takiej dzielnicy, nalicza sześć martwych szczurów leżących na odpadkach. W rozmowie z pierwszym tego dnia pacjentem – starym Hiszpanem, doktor dochodzi do wniosku, że w całej dzielnicy jest pełno martwych szczurów. Pacjent uważa, że przyczyną tej plagi jest głód. Bernard wraca do domu, gdzie czeka na niego telegram od matki, z którego dowiaduje się, że starsza kobieta przyjedzie, by zająć się jego domem pod nieobecność synowej. Rieux odwozi swoją małżonkę na dworzec kolejowy i bardzo czule się z nią żegna, obiecując jej, że gdy znowu będą razem, to wszystko się między nimi ułoży. Małżonka doktora odjeżdża zalana łzami. Rieux przypadkowo wpada na sędziego Othona. Wysoki mężczyzna czeka wraz z synkiem na powrót swojej małżonki. Podczas krótkiej rozmowy, która nawiązała się między doktorem i sędzią, zauważają człowieka niosącego klatkę pełną martwych szczurów. Po południu doktor przyjmuje w swoim gabinecie młodego dziennikarza – Raymonda Ramberta. Wysłannik paryskiej gazety ma za zadanie napisanie artykułu o warunkach, w jakich żyją algierscy Arabowie. Rieux dokładnie wypytuje, czy tekst nie będzie ocenzurowany przez paryskiego wydawcę. Dziennikarz odpowiada, że nie może napisać wszystkiego, co by chciał. Na te słowa Rieux odmawia udzielenia Rambertowi jakichkolwiek informacji. Panowie rozstają się w zgodzie: doktor proponuje, by dziennikarz zainteresował się liczbą martwych szczurów, które zalegają na ulicach Oranu.
Po siedemnastej, gdy doktor wyrusza na drugi tego dnia obchód, spotyka na schodach pod swoim gabinetem Jeana Tarrou. Mężczyzna, paląc papierosa, przygląda się zdychającemu szczurowi. Jest zaciekawiony, podobnie jak Rieux, nagłym wzrostem liczby martwych szczurów. Doktor, wychodząc z kamienicy, spotyka Michela, który mówi, że znajduje teraz po trzy martwe szczury, i że podobna sytuacja panuje w okolicznych domach. Dozorca zwierza się, że przez martwe gryzonie czuje się „podle” psychicznie.Osiemnastego kwietnia Rieux odbiera swoją matkę z dworca, po czym zabiera ją do domu. Spotykają Michela, który mówi, że znalazł aż dziesięć martwych szczurów w piwnicy domu. Na matce doktora ta informacja nie robi najmniejszego wrażenia. Bernard dzwoni do znajomego dyrektora miejskiej służby odszczurzania miasta – pana Merciera, od którego dowiaduje się, że w samym urzędzie znaleziono około pięćdziesięciu zdechłych, zakrwawionych gryzoni oraz zapowiada, że postara się zająć tą sprawą.Wśród mieszkańców Oranu pojawia się zaniepokojenie tajemniczym zjawiskiem masowego wymierania szczurów. W całym mieście znaleziono ich setki, a nawet tysiące. Sprawą zaczyna interesować się prasa wieczorna. Zarząd miejski rozpoczyna wielkie zbieranie zdechłych gryzoni i spalanie ich zwłok w zakładzie oczyszczania miasta. Czwartego dnia akcji szczury zaczynają wychodzić wielkimi gromadami na ulice, by tam wspólnie konać. Miasto jest nimi przepełnione. Autor tak opisuje tamten widok: „Rzekłbyś, że nawet ziemia, na której znajdowały się nasze domy, oczyszczała swe soki, wyrzucała na powierzchnię czyraki i ropę, dotychczas zżerające je od wewnątrz”. Agencja prasowa podaje, że dwudziestego piątego kwietnia zebrano i spalono sześć tysięcy dwieście trzydzieści jeden szczurów. Trzy dni później ta sama agencja podaje liczbę o dwa tysiące większą. W mieście panuje epidemia strachu, która stabilizuje się nazajutrz, gdy okazuje się, że liczba martwych szczurów gwałtownie spadła. Tego samego dnia Rieux spotyka na ulicy Michela, który nie mogąc iść o własnych siłach, wspiera się na ojcu Paneloux, jezuity cieszącego się wielkim uznaniem mieszkańców miasta. Dozorca wygląda na chorego, ma błyszczące oczy i świszczący oddech. W rozmowie z doktorem skarży się na ból szyi, ból pod pachami i w pachwinach. Rieux wyczuwa palcami na szyi Michela obrzęk, przypominający guza, po czym mówi dozorcy, że przyjdzie go zbadać po południu.
Rieux zostaje wezwany telefonicznie na nagłą wizytę przez jednego ze swoich dawnych pacjentów – Josepha Granda, biednego pracownika merostwa, którego leczył za darmo. Okazuje się, że były urzędnik wezwał doktora, ponieważ w kamienicy, w której mieszka, ktoś próbował popełnić samobójstwo. Grandowi udało się cudem zdążyć na czas zdjąć mężczyźnie pętlę z szyi. Rieux bada niedoszłego samobójcę i daje mu zastrzyk z oleju kamforowego. Nieznajomy dziękuje doktorowi za pomoc. Grand wyjawia nazwisko mężczyzny, który targnął się na swoje życie, to Cottard. Jest przedstawicielem pewnej winnicy, której produkty sprzedaje w miejskich restauracjach. Mężczyzna nie chce, by doktor zawiadamiał policję o tej wizycie, chociaż wie, że taki jest jego obowiązek. Rieux udaje się na umówioną wizytę z dozorcą. Oto widok, jaki zastaje w mieszkaniu Michela: „(…) zastał swego chorego na wpół wychylonego z łóżka, z jedną ręką na brzuchu, a drugą wokół szyi; wydzierał z siebie z trudem różową żółć do blaszanki na śmiecie. (…) miał trzydzieści dziewięć i pięć, gruczoły szyi i kończyny nabrzmiały, dwie czarniawe plamy wystąpiły na boku”. Dozorca skarży się na palący ból wewnątrz jamy brzusznej. Żona Michela stoi przy łóżku ze łzami w oczach, nie wiedząc, jak pomóc mężowi. Rieux nie potrafi zdiagnozować choroby i nakazuje dozorcy, by pił dużo płynów.
Po powrocie do domu Bernard kontaktuje się telefonicznie ze swoim znajomym lekarzem Richardem, od którego dowiaduje się, że w jego szpitalu jest dwóch pacjentów z objawami choroby podobnej do tej, na którą zapadł Michel. Wieczorem doktor Bernard wraca do mieszkania dozorcy, gdzie za pomocą przypalania terpentyną tamuje mu ropień. Zauważa też powiększenie się gruczołów na szyi Michela. Następnego dnia Rieux otrzymuje list od żony, po czym, w dobrym humorze, odwiedza chorego Michela. Obserwuje u pacjenta nieznaczną poprawę stanu zdrowia, która okazuje się iluzoryczna. W południe gorączka u dozorcy sięga czterdziestu stopni, wracają wymioty, a gruczoły bolą jeszcze bardziej, dlatego też doktor wzywa ambulans, chcąc przewieść Michela do szpitala. Stary dozorca umiera jednak w wielkich bólach w karetce.Zapoznajemy się z historią Jeana Tarrou. Nikt dokładnie nie wie, skąd pochodzi i czego szuka w Oranie ten uśmiechnięty i życzliwy człowiek, przebywający w mieście od kilku tygodni. Jean to stały bywalec miejsc, gdzie można spotkać hiszpańskich tancerzy i muzykę z ich kraju. Tarrou, podobnie jak narrator, sporządzał notatki z wydarzeń, jakie miały miejsce w mieście. Jego zapiski skupiały się na detalach, drobnych szczegółach, nieprzechodzących zazwyczaj do historii. Pierwsza część kroniki Tarrou dotyczy jego przyjazdu do Oranu. Z lektury tych wspomnień można wnioskować, że mężczyzna jest „oczarowany” brzydotą miasta. W jego zapiskach pojawiają się liczne szczegóły: rozmowa tramwajarzy o zmarłym na tajemniczą chorobę koledze oraz scena, która codziennie odbywała się na balkonie sąsiedniego bloku, na który wychodził staruszek, wabił okoliczne koty, po czym pluł na nie z wysokości. Tarrou zauważa w swoich notatkach, że pewnego dnia staruszek był zdezorientowany nagłym brakiem kotów. Martwe szczury leżące na ulicach zaabsorbowały ich uwagę znacznie bardziej niż stary człowiek. Tarrou spostrzega, że o „padniętych” gryzoniach mówi się wszędzie: w tramwajach, restauracjach, hotelach, rozpisują się o tym także gazety. Mężczyzna pisze bardzo dużo o zniknięciu szczurów i pojawieniu się w ich miejsce tajemniczej, śmiertelnej w skutkach, gorączki, na którą zapadło kilkanaście osób. W zapiskach Tarrou pojawia się bardzo dokładny opis wyglądu doktora Rieux. W tym momencie kończy się pierwsza część notatek Jeana.
Doktor Bernard przeprowadza rozeznanie w miejskich szpitalach, z którego wynika, że w wyniku tajemniczej gorączki pachwinowej w ciągu kilku dni zmarło około dwudziestu pacjentów. Rieux prosi swojego znajomego Richarda, sekretarza syndykatu lekarzy w Oranie, by izolował nowych chorych. Prośba nie zostaje spełniona, ponieważ nie ma oznak, że gorączka, na którą zmarli pacjenci, jest zakaźna. W mieście dochodzi do zmian pogody, padają przelotne deszcze, a powietrze staje się ciepłe i wilgotne. Rankiem Rieux udaje się do kamienicy, w której próbował powiesić się Cottard. Musi być obecny przy policyjnym dochodzeniu w sprawie nieudanej próby samobójczej. Doktor najpierw odwiedza mieszkanko sąsiada Cottarda - Josepha Granda, które tak opisuje narrator: „Urzędnik merostwa mieszkał w dwóch pokoikach umeblowanych bardzo skąpo. Był tam półka z białego drzewa z dwoma czy trzema słownikami i czarna tablica, na której można było jeszcze odczytać na wpół starte słowa: «Kwitnące aleje»”. Grand opowiada mu o swoich stosunkach z Cottardem, które ograniczają się do ukłonów na schodach. Były urzędnik nazywa swojego sąsiada „desperatem”. Komisarz policji najpierw przesłuchuje starego urzędnika merostwa. W tym czasie Rieux próbuje przygotować Cottarda do rozmowy z policjantem. Doktor spostrzega, że mężczyzna boi się policji oraz tego, że będzie bity przez komisarza. Funkcjonariusz w rozmowie z Cottardem ustala, że przyczyną targnięcia się na własne życie mężczyzny były „kłopoty natury osobistej”.
W wyniku pogody powietrze w mieście staje się jeszcze bardziej duszne i wilgotne. Rieux dowiaduje się o kolejnych przypadkach gorączki, której towarzyszą nabrzmiałe gruczoły pod pachami i na szyi oraz wymioty pacjentów. Coraz liczniejsze przypadki zgonów na tę samą przypadłość doprowadzają miejskich lekarzy do wniosku, że mają do czynienia z epidemią. W gabinecie doktora zjawia się starszy kolega „po fachu” – Castel. Obaj mężczyźni uznają, że mają do czynienia z dżumą, chorobą, która zniknęła z krajów o umiarkowanej temperaturze, do których zaliczano się także Algierię. Reakcję doktora Rieux na rozmowę z Castelem najlepiej oddają słowa: „Na świecie było tyle dżum co wojen. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych”.Wiadomość o zarazie rozprzestrzenia się w mieście. Mieszkańcy Oranu starają się nie zwracać uwagi na zagrożenie zakażeniem, próbują go nie dostrzegać i dalej pracują. Ich postawę określają słowa: „Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przeszłość (…)”. Doktor Rieux przypomina sobie wszelkie informacje o chorobie oraz statystyki, z których wynika, że trzydzieści dżum, jakie miały miejsce w historii ludzkości, zabiły sto milionów ludzi. Od momentu wyjścia Castela ciągle stoi w bezruchu przed oknem. Jest sparaliżowany brzmieniem i sensem słowa „dżuma”. Po dłuższym czasie postanawia działać, uznając, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by nieść pomoc mieszkańcom Oranu, ponieważ: „Najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód”. W jego gabinecie zjawia się Joseph Grand, urzędnik mający na polecenie urzędu statystycznego zliczyć zgony. Towarzyszy mu dochodzący do zdrowia sprzedawca win - Cottard, który przyszedł podziękować Bernardowi za pomoc. Grand wręcza doktorowi arkusz statystyczny, po czym cała trójka wychodzi z gabinetu. Medyk udaje się do laboratorium, w czym przez pewien czas towarzyszą mu pozostali. Grand tłumaczy, że skończył się czas jego pracy i musi wracać do domu, gdzie oddaje się pewnej osobistej pasji. Mimo próśb Rieux o przedstawienie szczegółów, nie chce nic wyjawić. Pod drzwiami laboratorium Cottard żegna się z doktorem.
Rieux ciągle myśli o Grandzie. Uznaje, że dżuma nie dotknie starego urzędnika, ponieważ oszczędza ona ludzi o słabym organizmie, a zabija tylko mocnych. Przypomina sobie zarys kariery zawodowej starego urzędnika, uważając, że Grand jest idealnym człowiekiem do wykonywania drobnych prac. Jest skrupulatny i bardzo dokładny. Jego ambicją nie jest zajmowanie wysokich urzędów, dlatego od wielu lat trwa na niskim stanowisku w merostwie, w dodatku marnie opłacanym. Rieux wspomina także: „Joseph Grand nie znajdował odpowiednich słów”. Ta cecha najlepiej określa Granda, który nie może od lat napisać żadnego podania czy zażalenia do władz urzędu. Choć obiecano mu dawno temu awans, nie może się o to tak po prostu upomnieć. Rieux darzy go wielką sympatią, uznając za jednego z najbardziej wartościowych ludzi, jakich zna. Doktor domyśla się, że Grand w wolnym czasie pisze książkę. Następnego dnia, dzięki staraniom Rieux, zbiera się miejska komisja sanitarna. Na słowo „dżuma”, wypowiedziane przez Castela, wszyscy zebrani lekarze zrywają się z miejsc w oburzeniu. Prefekt miasta twierdzi, że to nie może być „ta” choroba, mimo iż Rieux opisuje dokładnie objawy towarzyszące właśnie tej przypadłości, popierając się wynikami badań przeprowadzonymi dzień wcześniej w laboratorium. Oznajmia, że miasto ma do czynienia z bakcylem dżumy w nieco innej niż klasyczna postaci. Nie zależy mu na nazwaniu choroby, ale na ratowaniu ludzi. Doktor Richard z kolei upiera się, że gorączka nie może być zakaźna, ponieważ krewni zmarłych w jej wyniku nie wykazywali oznak zachorowania. Komisja chce jasnej deklaracji od Rieux, czy jest pewny, że to dżuma, na co Bernard odpowiada: „To nie kwestia słownika, to kwestia czasu”. Doktorowi udaje się przekonać pozostałych lekarzy i prefekta do wprowadzenia ostrych środków profilaktycznych na terenie Oranu. W drodze do swojego gabinetu widzi konającą w katuszach na ulicy kobietę, której pachwiny opływają krwią.Z nakazu prefektury na ulicach miasta pojawiają się specjalne afisze. Gdy Rieux czyta jeden z nich, z treści obwieszczenia, podanej w bardzo łagodny sposób, bez ostrych nakazów dla ludności, dowiaduje się jedynie o tym, że zostaną wytrute środkami chemicznymi wszystkie szczury w mieście. Prefektura sugeruje także, że mieszkańcy Oranu powinni, bardziej niż zwykle, dbać o czystość i higienę osobistą. Ostatnią informacją zawartą na afiszu jest nałożony na Orańczyków obowiązek zgłaszania przypadków gorączki, której towarzyszą wymioty, nabrzmiałe gruczoły pod pachami, na szyi i pachwinach. Doktor spotyka pod swoim gabinetem Granda, który opowiada mu o diametralnie zmienionym zachowaniu pana Cottarda: mężczyzna stał się bardzo uprzemy i wszędzie próbuje zjednywać sobie ludzi. Urzędnik opowiada, że tamten zaprasza go nawet na posiłki do najlepszych restauracji w mieście. Zauważa też, że sprzedawca win, aby przypodobać się mieszkańcom miasta, zmienił swoje liberalne poglądy, a do tego, by zyskać jak najwięcej przyjaciół, ostentacyjnie rozdawał pieniądze ubogim. Wysłuchawszy tego wszystkiego - Rieux uznaje, że Cottard najwyraźniej usłyszał o tajemniczej chorobie i, w obawie przed samotnością, próbuje zjednać sobie jak najwięcej ludzi. Grand ma jednak inne zdanie co do przyczyny zachowania mężczyzny. Uważa, że ma on coś na sumieniu. Rieux ma inne problemy, niż zastanawianie się nad zachowaniem niedoszłego samobójcy. Chodzi o serum, które zamówił, a które nie dotarło jeszcze z Paryża. Doktor powątpiewa w skuteczność (uważa, że w Oranie mają do czynienia z dziwną mutacją dżumy). Rieux zdaje sobie sprawę ze swojego strachu przed epidemią i śmiercią setek ludzi. Wieczorem udaje się na spotkanie z Cottardem do hotelowej restauracji. Podczas rozmowy zauważa strach sprzedawcy win, spowodowany tym, że ktoś chce mu wyrządzić krzywdę. Mężczyzna pyta, czy w razie choroby lekarz przyjmie go do swego szpitala i czy będzie tam poza zasięgiem policji. Po kolacji Rieux odwozi go swoim samochodem do domu. Gdy są na miejscu, przedstawiciel winnicy zachowuje się w dziwny sposób: pyta doktora, czy plotki krążące po mieście pokrywają się z prawdą i czy faktycznie nad Oranem zawisła epidemia. Gdy lekarz nie potwierdza, ale też nie zaprzecza, wtedy Cottard mówi, że epidemia zabije co najwyżej kilkadziesiąt osób, a temu miastu „potrzebne jest prawdziwe trzęsienie ziemi”. Ostatnie słowa wykrzykuje i ucieka z samochodu Rieux. Następnego dnia podczas obchodów Rieux spotyka się niechęcią pacjentów. Wyczuwa, że chorzy coś przed nim ukrywają. Środki podjęte przez prefekturę przynoszą pierwsze efekty: do szpitala zgłasza się trzydzieści osób z objawami choroby. W kolejnych dniach liczba wzrasta tak gwałtownie, że zarządzający miastem nakazują opróżnić szkołę i zorganizować w niej szpital pomocniczy. Rieux, choć stara się nieść ludziom pomoc i ukojenie, to jedyne, co może robić, to przecinać chorym „dymienice”, czyli powiększone gruczoły. Castel z kolei spędza całe dnie w bibliotece, szukając informacji o dżumie. Stary lekarz wnioskuje, że to pchły zdechłych szczurów są odpowiedzialne za rozprzestrzenianie się infekcji. Mimo iż pogoda nad miastem poprawia się, dni są słoneczne i czuć w powietrzu wiosnę, to choroba z każdym dniem zabija coraz więcej osób. Powstaje kolejny szpital pomocniczy, tym razem w przedszkolu. Podirytowany Rieux żąda od prefekta zdecydowanych działań, ale urzędnik nie może niczego zrobić bez zarządzenia gubernatora. Reakcja Rieux na te słowa jest porywcza: „Zarządzenia! Wystarczy wyobraźnia”. Urzędnik prosi doktora o dokumentację, która przekona ludzi z urzędu gubernatora do podjęcia koniecznych środków. Tego dnia umiera czterdzieści osób. Prefekt wprowadza ostateczne środki, które sam może zarządzić, czyli izolację chorych, dezynfekcję ich mieszkań oraz kwarantannę ich rodzin. Udaje się także sprowadzić drogą lotniczą pierwszą partię serum. Środki podjęte przez prefekturę zdają przynosić się wymierny skutek. Liczba zgonów w ciągu kilku dni spada do zaledwie dwunastu. Mieszkańcy Oranu starają się żyć, jakby nic strasznego się nie stało.
Jednak epidemia powraca, liczba zgonów sięga trzydziestu dziennie. Gubernator wysyła do prefekta depeszę, której treść brzmi: „Ogłoście stan dżumy. Zamknijcie miasto”.IIZamknięcie bram miasta sprawia, że wszyscy jego mieszkańcy uzmysławiają sobie, że tylko razem mogą stawić czoła dżumie. Okazuje się, że ludzie, którzy wyjechali kilka dni wcześniej z Oranu, nie mogą do niego powrócić. Wiele rodzin, kochanków, przyjaciół, zostaje rozdzielonych na czas izolacji miasta. Prefektura zabrania nawet wysyłania listów, ponieważ mogą one roznosić infekcję. Telefoniczne rozmowy międzymiastowe zostają ograniczone do nagłych wypadków, z powodu przeciążenia linii. Dozwolone są depesze, ale można w nich zawrzeć jedynie dziesięć słów. Ludność miasta ciągle próbuje skontaktować się z bliskim spoza jego bram. Prefektura zezwala na wpuszczenie do Oranu obywateli, którzy wyjechali przed epidemią, ale ich rodziny nie zgadzają się na to, ponieważ nie chcą narażać bliskich. Wyjątkiem jest małżeństwo państwa Castel. Małżonka starego doktora wraca, ponieważ uznaje, że dżuma jest drobnostką, w porównaniu do ich miłości. W mieszkańcach Oranu widać zmiany. Ludzie zaczynają doceniać swoich nieobecnych bliskich, więzy między nimi bardzo się umacniają. Nie wychodzi to jednak na dobre, ponieważ tęsknota za bliskimi, pozostającymi poza miastem, staje się nie do zniesienia. Poczucie wygnania towarzyszy wszystkim obywatelom miasta. Jeszcze gorsze uczucia towarzyszą ludziom, takim jak dziennikarz Rambert, którzy zostali zaskoczeni przez dżumę w obcym mieście, a nawet w obcym kraju. Narrator tak opisuje ich sytuację: „W wygnaniu ogólnym byli najbardziej wygnani (…)”.Mieszkańcy miasta, przez swą samotność, przestają przestrzegać zasad społecznej egzystencji. Każdy sam musi uporać się ze swoimi problemami, troskami i tęsknotą. Właśnie tęsknota powoduje, że w ówczesnej fazie epidemii nikt, tak naprawdę, nie myśli o dżumie. Dżuma powoduje, że Oran jest omijany zarówno przez samochody, jak i statki. Port miejski stoi pusty. Narrator tak opisuje tę sytuację: „(…) handel również zmarł na dżumę”. Agencja prasowa Infdok sporządza tygodniowe bilanse liczby zgonów. W trzecim tygodniu dżumy ich liczba sięga trzystu dwóch osób (Oran liczy dwieście tysięcy mieszkańców, więc ta liczba nie przemawia jeszcze do świadomości obywateli). Wzrost liczby ofiar dżumy (w piątym tygodniu sięga trzystu dwudziestu jeden, a w szóstym trzystu czterdziestu pięciu) uświadamia w końcu Orańczykom, że w ich mieście panuje epidemia.
Do momentu wprowadzenia przez prefekta zarządzenia o oszczędzaniu zasobów paliwa, energii elektrycznej i żywności, ludność stara się zachowywać pogodę ducha. Owe zarządzenie powoduje, że ruch samochodowy w mieście maleje do minimum, sklepy zamyka się z dnia na dzień (przed ostatnimi otwartymi ustawiają się wielkie kolejki). Do miasta docierają z zewnątrz jedynie produkty pierwszej potrzeby. Na ulicach miasta jest pełno ludzi, ponieważ transport samochodowy przestał funkcjonować. Zakłady pracy dają wszystkim pracownikom urlopy. Ludzie z braku jakichkolwiek rozrywek chodzą na te same filmy do kin. Kawiarnie i restauracje, które miały duże zapasy win, przeżywają rozkwit. Mieszkańcy Oranu piją dużo alkoholu. W dwa dni od zamknięcia bram miasta Rieux spotyka Cottarda, który wydaje się być zadowolony z takiego obrotu spraw. Do gabinetu doktora przychodzi Grand. Mężczyźni rozmawiają o żonie Bernarda, która ciągle jest w sanatorium. Narrator przybliża nam również losy miłości starego urzędnika. Żona Granda – Jeanie, odeszła od niego po wielu latach małżeństwa. Przyczyną jej ostatecznej decyzji był fakt, iż mąż „z czasem” przestał okazywać jej miłość. Joseph nigdy nie przebolał tej straty (wciąż myśli o utraconej Jeanie). Od wielu lat próbuje napisać list do ukochanej, ale nie może dobrać do niego odpowiednich słów. Wieczorem Rieux telegrafuje do swojej żony, informując ją, że miasto zostało zamknięte oraz zapewniając o swej tęsknocie. Prosi, by nadal o siebie dbała i wracała do zdrowia.
Trzy tygodnie po zamknięcia bram miasta Rieux spotyka na ulicy młodego dziennikarza Raymonda Ramberta. Wysłannik paryskiej gazety, czując się zagubiony w obcym mieście, prosi doktora o pomoc. Ten proponuje mu, by udał się z nim do przychodni w centrum miasta. Po drodze Rambert wyjawia, że w Paryżu czeka na niego ukochana kobieta. Młody mężczyzna jest oburzony zachowaniem władz miasta, które uniemożliwiają mu powrót. Narzeka też na ograniczenie środków komunikacji międzymiastowej, w wyniku czego nie może przekazać ukochanej dłuższej wiadomości. Zdradza ponadto doktorowi szczegóły rozmowy z dyrektorem w prefekturze, który obiecał, że spróbuje uzyskać dla niego zezwolenie na opuszczenie miasta, przy czym prosi Rieux o wydanie zaświadczenia, że nie jest chory na dżumę (doktor jednak nie może wydać takiego dokumentu, ponieważ nie ma pewności, że od momentu jego wystawienia do przedłożenia, dziennikarz nie zostanie zarażony). Doktor tłumaczy, że w podobnej sytuacji do tej, w jakiej znalazł się Rambert, jest ponad tysiąc osób i, że teraz „(…) niestety, będzie pan stąd, jak wszyscy”, na co dziennikarz oznajmia, że i tak opuści miasto. Bernard próbuje tłumaczyć, że nie życzy Raymondowi źle, lecz chce tylko jak najlepiej spełniać swoje powinności i prosi go na pożegnanie, by ten informował o podejmowanych przez siebie krokach. Od narratora dowiadujemy się, że Rieux kieruje jednym z trzech szpitali pomocniczych. Doktor dostaje depeszę od małżonki. Podczas czytania wiadomości jego matka zauważa, że trzęsą się mu ręce. Lekarz nie jest jednak przemęczony. Nadal może pochwalić się siłą i odpornością (po prostu denerwował się). Najgorszym obowiązkiem doktora stają się wizyty u chorych, kiedy po stwierdzeniu u pacjenta gorączki epidemicznej daje rodzinie do zrozumienia, że następnym razem ujrzą bliskiego zdrowego lub… martwego. Przyjazdowi karetki po chorego zawsze towarzyszą wielkie dramaty, które dotykają także doktora. Z czasem staje się coraz bardziej obojętny na cierpienia chorych, na które się uodpornił. Mija miesiąc od wybuchu epidemii. Wydarzeniem, które wstrząsnęło miastem, jest płomienne kazanie ojca Paneloux. Kościół w Oranie podejmuje walkę z dżumą, robi to poprzez zorganizowanie tygodnia wspólnych modlitw, który cieszy się wielką frekwencją. Kulminacją przedsięwzięcia jest niedzielna msza do św. Rocha – uważanego za patrona zadżumionych. Właśnie na tej mszy homilię wygasza ojciec Paneloux. Jezuita rozpoczyna kazanie słowami: „Bracia moi, doścignęło was nieszczęście, bracia moi, zasłużyliście na nie”.
Kontynuując przypomina, że Bóg zesłał już kiedyś dżumę na swoich nieprzyjaciół – Egipcjan. Ojciec uznaje, że epidemia jest karą bożą, której sprawiedliwi mieszkańcy nie muszą się obawiać. Dżuma według niego jest biczem, który ma wybić zboże ludzkie „aż słoma zostanie oddzielona od ziarna”. Paneloux twierdzi, że mieszkańcy Oranu odwrócili się od Boga, więc teraz On odwrócił się od nich. Ojciec obrazuje plagę jako działania złego anioła, który wskazuje domy, których mieszkańcy muszą zginąć. Wytyka mieszkańcom miasta fałszywą religijność i w niej upatruje źródło gniewu Boga. Według jezuity, zniecierpliwiony Stwórca zesłał plagę, by móc częściej widywać swoich wyznawców. Paneloux twierdzi, że: „Nawet ta plaga, która was zabija, uszlachetnia was i wskazuje drogę”. Ma nadzieję, że pomimo epidemii boskiej dżumy, ludzie dalej będą odnosić się do Boga jedynie z miłością. Nie wszyscy obywatele zgadzają się z treścią kazania. Część z nich myśli tylko o ucieczce z Oranu. Miastem zaczyna rządzić strach, ludzie pojęli, w jak ciężkiej sytuacji się znaleźli.Kilka dni po kazaniu ojca Paneloux, Rieux, wraz z Grandem, udają się do małej kawiarni, po drodze komentując homilię jezuity. Gdy docierają na miejsce, zamawiają jedynie dwa kieliszki wina i wychodzą. W drodze powrotnej rozmawiają o osobistej pracy Granda. Urzędnik twierdzi, że idzie mu dobrze. Wyjaśnia doktorowi, że chce tak dopracować swoją książkę, że gdy złoży ją wydawcy, ten po przeczytaniu powie: „Panowie, kapelusze z głów!". Grand dalej opowiada, że napisał już bardzo dużo stron, ale czasami spędza całe dnie nad doborem jednego słowa: „Wieczory, całe tygodnie nad jednym słowem... czasem nawet nad zwykłym spójnikiem”, po czym zaprasza doktora do domu, gdzie pokazuje mu swoje notatki (kartki zapisane drobnym drukiem i naniesionymi na niego poprawkami).
Urzędnik wyjawia, że doktor czyta właśnie początkowe zdanie, z którego napisaniem ma wiele problemów, po czym odczytuje pierwsze zdanie swojej książki na głos: "W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego". Rieux podoba się wprowadzające zdanie i chętnie poznałby dalszą część, ale urzędnik nie pozwala na to. Nie może pokazać doktorowi niedopracowanego dzieła. Wychodząc w nocy z mieszkania Granda, Rieux jest świadkiem ucieczki dwóch mężczyzn, którzy siłą próbują bramy miasta.Młody dziennikarz Rambert wciąż próbuje dostać oficjalną zgodę któregoś z urzędników na opuszczenie miasta. Jego upór nie przynosi jednak żadnych wymiernych efektów, ponieważ jego przypadek nie jest odosobniony. W końcu wydaje mu się, że osiągnął jakiś sukces, gdyż otrzymał ankietę, w której dopytywano się o jego sytuację poza miastem. Ku rozczarowaniu dziennikarza okazuje się, że dane te potrzebne są w wypadku jego zachorowania i śmierci, a nie do sporządzenia listy osób, które mogą opuścić Oran. Rambert popada w stan odrętwienia, nie ma już urzędu, w którym by nie był i nie walczył o swoją sprawę. Młody dziennikarz błąka się od kawiarni do kawiarni bez jakiegokolwiek celu. Dużo czasu spędza na miejskim dworcu kolejowym (godzinami przesiaduje w poczekalni, pomimo, że pociągi mają zakaz wjazdu do Oranu). Siedząc tam przypomina sobie widoki Paryża i pozostawionej tam ukochanej żony. W niedługim czasie po kazaniu ojca Paneloux rozpoczynają się upały. Jest koniec czerwca. Słońce zagląda w każdy zakamarek miasta, ludzie nie mają gdzie uciec przed żarem. Upały zbiegają się ze znacznym wzrostem liczby ofiar, która sięga siedmiuset tygodniowo. Miasto ogarnia przygnębienie. Idąc ulicami Oranu słychać jęki umierających w domach ludzi, na które nikt już nie zwraca uwagi. Strażnicy bram miasta są zmuszeni do użycia broni wobec obywateli próbujących ucieczki. Powoduje to falę sprzeciwu mieszkańców. Władze zastanawiają się, jakie środki podjąć w przypadku wybuchu buntu ludności. Wzmocnione zostają patrole policyjne krążące po Oranie. Atmosferę w mieście pogarszają liczne wystrzały z broni żandarmów, którzy mieli nakaz odstrzału psów i kotów – potencjalnych przenosicieli pcheł. Mieszkańcy orientują się, że upały sprzyjają rozprzestrzenianiu się dżumy, dlatego fakt, że każdy dzień jest coraz gorętszy, dodatkowo ich przeraża i przygnębia. Lato zwykle kojarzy się Orańczykom z kąpielami w morzu, które teraz są surowo zabronione.Z notatek Tarrou dowiadujemy się, „iż pewien zwrot w epidemii podkreśliło radio, które nie informowało już o setkach zgonów w tygodniu, ale o dziewięćdziesięciu dwóch, stu siedmiu i stu dwudziestu zmarłych dziennie”. Dziennik demaskuje poczynania prefektury, która zamiast podawać wysokich liczb zgonów na koniec tygodnia, woli informować ludność o mniejszych liczbach. Tarrou zauważa, że z aptek zniknęły pastylki mentolowe, których żucie ludzie uważają za najlepszą ochronę przed dżumą. W notatkach mężczyzny możemy śledzić dalsze losy staruszka z balkonu. Nie może już pluć na koty, ponieważ większość z nich została odstrzelona przez policjantów. Choć przez tydzień wychodzi na balkon, zwierząt wciąż nie ma. Tarrou dochodzi do wniosku: „W czasie dżumy zabrania się pluć na koty". W hotelu, w którym mieszka mężczyzna, większość pokoi stoi pusta, ponieważ goście wyprowadzili się do swoich znajomych w mieście, by nie czuć się samotnie. Dyrektor hotelu uznaje dżumę za ruinę turystyki. W zapiskach Tarrou znajduje się także komentarz do kazania ojca Paneloux, który brzmi: „Rozumiem ten sympatyczny zapał. Gdy zaczyna się plaga i kiedy się już skończyła, uprawia się zawsze nieco retoryki. W pierwszym wypadku trwają jeszcze dawne przyzwyczajenia, w drugim powracają znowu. W chwili nieszczęścia człowiek oswaja się z prawdą, to znaczy z ciszą. Czekajmy". Wspomina także o swoim spotkaniu z doktorem Rieux i wspólnej wizycie, jaką złożyli staremu pacjentowi lekarza.
Chory na astmę człowiek od wielu lat leży w łóżku, choć nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, by chodzić. Tarrou jest pod wrażeniem metody odliczania czasu, jaką preferuje pacjent. Od lat nie korzysta z zegarów, uważając je za „głupie”. Zamiast tego przekłada ziarenka grochu z jednego garnka do drugiego. W ten sposób astmatyk odlicza czas między posiłkami. Mężczyzna tłumaczy swoje zachowanie religią, która mówi, że: „(…) pierws...
Rukmini