001 - Quick Amanda - Ryzykantka.rtf

(747 KB) Pobierz

Quick Amanda - Ryzykantka

 

 

Prolog

 

 

/—i egar w holu właśnie wybijał północ. Głuche uderzenia brzmiały jak zwiastun

śmierci. Przepiękna, nieco staromodna, straszliwie ciężka suknia, która

nie bardzo na nią pasowała, ponieważ była przeznaczona dla innej kobiety,

krępowała jej ruchy. Gruby wełniany materiał owijał się wokół nóg, kiedy

biegła korytarzem. Podciągnęła suknię wysoko, prawie do kolan, i z przestrachem obejrzała się za siebie.

Prześladowca był coraz bliżej, ścigał jąjak ogarnięty żądzą krwi pies myśliwski

w pogoni za jeleniem. Na przystojnej niegdyś twarzy mężczyzny,

który zwiódł niewinną, urną kobietę i zmusił ją do małżeństwa, a potem

przywiódł do zguby, malował się teraz strach i mordercza, niepohamowana

wściekłość. Biegł za niąz dziko płonącymi oczyma, które niemal wychodziły

z orbit i z włosem rozwianym jak u szaleńca. W ręku trzymał nóż, który za chwilę miał utkwić w jej szyi.

- Ty suko szatana! - Usłyszała jego wściekły głos w holu prowadzącym

do schodów. Złowieszczo błysnęło ostrze noża. - Ty nie żyjesz. Dlaczego

nie zostawisz mnie w spokoju? Przysięgam, że odeślę cię z powrotem

do piekła. Ale tym razem na dobre. Słyszysz, ty przeklęty upiorze? Na dobre!

Chciała krzyknąć, lecz nie mogła wydobyć głosu. Biegła, ile sił w nogach.

- Będę patrzył, jak twoja krew spływa mi między palcami, aż zupełnie

się wykrwawisz! - krzyknął, zmniejszając odległość między nimi. - Tym

razem nie wstaniesz z grobu, ty szatańska suko! Dość już sprawiłaś mi kłopotów!

Zatrzymała się u szczytu schodów, gwałtownie chwytając powietrze. Serce

waliło jej jak młotem. Unosząc suknię jeszcze wyżej, zaczęła zbiegać ze

schodów, jedną ręką przytrzymując się poręczy, by nie upaść. Przecież nie

mogła złamać sobie karku, skoro miała umrzeć od ciosu nożem.

Był tuż za nią. Wszystko wskazywało na to, że rym jazem nie uda jej się

wyjść z tego cało. Posunęła się za daleko. Wkrótce sama stanie się duchem,

w którego się wcieliła. Nic zdąży nawet zbiec ze schodów.

A przecież wreszcie zdobyła dowód, którego tak poszukiwała. Ogarnięty

wściekłością, wyjawił całą prawdę. Jeśli uda się jej przeżyć, to biedna matka

zostanie pomszczona. Niestety, wszystko wskazywało na to, że przypłaci

życiem śledztwo, którego się podjęła.

Za chwilę uchwycą jąjego ręce, podobnie jak zwykł to czynić ku jej przerażeniu

przed laty, potem poczuje w ciele lodowate ostrze noża.

Nóż!

O Boże, nóż!

Była w połowie schodów, kiedy ciemności rozdarł przerażający krzyk jej prześladowcy.

Obejrzała się ze strachem i już wiedziała, że odtąd północ zawsze będzie dla niej koszmarem.

 

1

 

Wyictoria Claire Huntington potrafiła wyczuć, kiedy stawała się obiektem

męskiego zainteresowania. W wieku dwudziestu czterech lal nauczyła się

rozpoznawać doświadczonych łowców posagów. Bogate panny stanowiły przecież nie lada kąsek.

Fakt że będąc dziedziczką pokaźnej fortuny, jeszcze nie wyszła za mąż, dobitnie

świadczył o talencie, z jakim potrafiła się wymykać przebiegłym oportunistom,

których w towarzystwie nie brakowało. Dawno już przyrzekła sobie,

że nie ulegnie ich pociągającemu lecz powierzchownemu urokowi.

Ale Lucas Mallory Colebrook, nowo upieczony hrabia Stonevale, zdecydowanie

się wśród nich wyróżniał. Może i był oportunistą, lecz takie określenia,

jak przebiegły czy powierzchowny, zupełnie do niego nie pasowały.

Wśród jaskrawo upierzonych ptaszków z towarzystwa ten człowiek byl prawdziwym jastrzębiem.

Victoria zdawała sobie sprawę, że właśnie te cechy charakteru, ukryta siła

i nieugięta wola, które w nim rozpoznała i które powinny być dla niej ostrze

żeniem, przyciągnęły ją ku niemu, Stonevale zafascynował ją w chwili, kie

dy został jej przedstawiony. Owo dziwne przyciąganie, jakie odczuwała, było

wysoce kłopotliwe i wręcz niebezpieczne.

- Zdaje mi się, że znowu wygrałam, milordzie. ;..

Victoria rozłożyła karty na pokrytym zielonym suknem stole i obdarzyła

swego przeciwnika olśniewającym uśmiechem.

- Proszę przyjąć moje gratulacje, panno Huntington. Los jest dziś dla pani Wyjątkowo łaskawy.

Stonevale, którego szare oczy przywodziły Victorii na myśl upiory krążące

w ciemną noc, nie wyglądał bynajmniej na zmartwionego poniesioną stratą.

Przeciwnie, wydawał się nawet usatysfakcjonowany takim obrotem sprawy,

jakby wszystko sobie dokładnie zaplanował.

- W rzeczy samej, los jest dziś dla mnie zdumiewająco łaskawy - mruknęła

Victoria. - Można by pomyśleć, że ktoś mu dopomógł.

- Nawet nie dopuszczam takiej myśli. Nie mogę. pozwolić, byś obrażała swój honor, pani.

- To niezwykle uprzejme z pańskiej strony, lecz tu nie o mój honor chodzi.

Zapewniam pana, że ja nie oszukiwałam.

Wstrzymała oddech, bo zdała sobie sprawę, że zbyt daleko się posunęła.

Właściwie oskarżyła hrabiego o oszustwo.

Stonevale spojrzał na nią. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Jest

przerażająco spokojny, pomyślała Victoria z lekkim drżeniem. W tych zim

nych, szarych oczach powinien pojawić się jakiś błysk emocji. Lecz z wyjąt

kiem pewnej czujności niczego nie mogła z nich wyczytać.

- Czy zechciałaby pani to wyjaśnić?

Postanowiła się wycofać na pewniejszy grunt.

- Proszę nie zwracać uwagi na moje słowa, milordzie. Jestem po prostu

zaskoczona, że to nie tobie dopisało dziś szczęście. W najlepszym razie

uważam się za miernego gracza. Ty zaś, panie, masz opinię wytrawnego

karciarza. W każdym razie tak słyszałam.

- Pochlebia mi pani.

- Nie sądzę - odparła Victoria. - Słyszałam opowieści o zręczności, jaką

się wykazujesz u Włiite'a i Brooksa, a także w innych klubach o, powiedzmy, nieco gorszej reputacji.

- Wysoce przesadzone to opowieści. Ale zaciekawiła mnie pani. Jako że

dopiero zostaliśmy sobie przedstawieni, chciałbym zapytać, skąd o tym wiesz?

Nie mogła mu wyjawić, że wypytywała o niego swą przyjaciółkę, Annabellę Lyndwood.

- Jestem pewna, że pan wie, jak rodzą się takie plotki.

• - W rzeczy samej. Ale kobiecie z twoją inteligencją nie przystoi słuchać

plotek. - Płynnym ruchem zebrał karty w schludny stosik. Dłonią o pięknych

długich palcach nakrył talię kart i uśmiechnął się chłodno do Victorii.

- A teraz czy zechce pani odebrać swoją wygraną?

Victoria popatrzyła na niego niepewnie, nie mogąc stłumić wzbierającego

w niej podniecenia. Rozum podpowiadał jej, że powinna skończyć tą znajomość,

tu i teraz. Lecz tego wieczoru zawiodła ją chłodna logika, którąposługiwata

się w takich okolicznościach. Nigdy dotąd nie spotkała takiego człowieka jak Stoneva|e.

 

Śmiech i rozmowy w pokoju gier nagle ucichły, a muzyka dochodząca z sali

balowej wydała się odległa i cicha. Ogromny londyński dom Athertonów był

pełen szykownych dam i dżentelmenów z towarzystwa, wśród których uwijali

się lokaje, ale Victoria miała wrażenie, że są z hrabią zupełnie sami.

- Moją wygraną? - powtórzyła wolno, starając się zebrać myśli.

- Istotnie, powinnam coś z nią zrobić.

- O ile pamiętam, założyliśmy się o przysługę, prawda? Jako zwyciężczyni

ma pani prawo zażądać jej ode mnie. Jestem na pani usługi.

- Tak się składa, milordzie, że nie potrzebuję od ciebie żadnej przysługi.

- Jest pani tego pewna?

Zaskoczył ją wyraz jego oczu. Ten człowiek wiedział więcej, niż powinien.

-Najzupełniej.

- Obawiam się, że muszą temu zaprzeczyć, panno Huntington. Myślę, że

będzie ci potrzebna moja pomoc. Dano mi do zrozumienia, że będziesz potrzebować

eskorty na dzisiejszy wieczór, Ty i panna Lyndwood wybieracie

się bowiem na jarmark. - Victoria zesztywniała.

- Skąd o tym wiesz, milordzie?

Stonevale zręcznie przerzucał karty jednym palcem.

- Lyndwood i ja przyjaźnimy się ze sobą. Należymy do tych samych klubów

i od czasu do czasu grywamy razem w karty.

- Lord Lyndwood? Brat Annabelli? Rozmawiałeś z nim, panie?

-Tak.

Victoria poczuła wzbierający gniew.

- Obiecał towarzyszyć nam dziś wieczór i dał słowo, że zachowa całą

sprawę w sekrecie. Jak on śmiał rozmawiać o tym z kimkolwiek? Tego już

za wiele! I mężczyźni mają czelność oskarżać kobiety o plotkarstwo. Cóż za zniewaga!

- Twój sąd na temat mężczyzn jest zbyt surowy, pani.

- A cóż uczynił Lyndwood? Rozgłosił w klubie, że zabiera swoją siostrę ijej przyjaciółkę na jarmark

- Mogę cię zapewnić, pani, że wcale nie rozgłosił. Był niezwykle dyskretny.

W końcu chodzi o jego siostrę, czyż nie? Jeśli musisz już znać całą prawdę,

to Lyndwood zwierzył mi się z sekretu, ponieważ był nim wielce zaniepokojony.

-- Nie pojmuję dlaczego? Nie widzę w tym nic niepokojącego. Ma jedynie

towarzyszyć Annabelli i mnie do parku, gdzie odbywa się jarmark.

- Jeśli dobrze zrozumiałem, to ty, pani, i jego siostra wywarłyście na nim

presję, aby przystał na wasz plan. Chłopak jest zbyt niedoświadczony i dał

się w to wciągnąć. Na szczęście okaza! się na tyle mądry, by żałować chwilowej

słabości, i dość sprytny, by szukać pomocy.

- Rzeczywiście, biedny chłopak! Cóż za nonsens! Przedstawiłeś to, panie,

tak, jakbyśmy z Annabellą zmusiły Bertiego do uczestnictwa w tej wyprawie,

- A nie było tak? - zapytał.

- Oczywiście, że nie. Powiedziałyśmy mu jedynie, że mamy zamiar wybrać

się_ dziś wieczór na jarmark, a.on się uparł, by nam towarzyszyć. To

niezwykle wspaniałomyślne z jego strony. Tak przynajmniej sądziłyśmy.

- Nie zostawiłyście mu wielkiego wyboru. Przecież nie mógł się zgodzić,

byście poszły tam same. Doskonale o tym wiedziałyście. To był szantaż. Co

więcej, podejrzewam, że to był pani pomysł, panno Huntington.

- Szantaż?! - wykrzyknęła Victoria. - Pan mnie obraża, milordzie.

- Dlaczego? Przecież to prawda. Czy sądzisz, pani, że Lyndwood z ochotą

przystałby na uczestniczenie w tak nieprzystojnej eskapadzie, gdybyście nie

zagroziły, że pójdziecie same? Mama panny Lyndwood dostałaby waporów,

gdyby się o wszystkim dowiedziała i przypuszczam, że rwoja ciotka również.

- Zapewniam cię, panie, że ciocia Cleo nie należy do osób, które dostają

waporów - oświadczyła stanowczo Victoria. Musiała jednak przyznać mu

w duchu rację, że nie mylił się co do matki Annabelli. Lady Lyndwood rzeczywiście

wpadłaby w histerię, gdyby odkryła plany swej córki. Dobrze wychowane

panny nie chodzą nocami na jarmarki.

- Być może twoja ciotka, pani, ma silny charakter. Wierzę na słowo, nie

miałem jeszcze bowiem honoru być przedstawionym lady Nettleship. Lecz

bardzo wątpię, żeby zaaprobowała twoje plany na dzisiejszy wieczór - powiedział Stonevale.

- Uduszę lorda Lyndwooda, kiedy go zobaczę. Nie postąpił jak dżentelmen, zdradzając czyjś sekret. .

- Nie można go obarczać winą za to, że mi się zwierzył. Jako były oficer

potrafię rozpoznać, kiedy młodego człowieka coś gnębi. Z łatwością namó, wiłem go do zwierzeń.

Oczy Victorii zwęziły się.

- Właściwie w jakim celu?

- Powiedzmy, że bardzo mnie ta sprawa zaciekawiła. Kiedy powiedziałem

Lyndwoodowi, że może na mnie liczyć, wszystko wyznał i błagał, żebym mu pomógł.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, panie. Dlaczego ta sprawa tak cię zaciekawiła?

- To w tej chwili nie jest ważne - odpowiedział Stonevale, bawiąc się talią kart.

- Wydaje mi się, że mamy do omówienia znacznie ważniejsze sprawy.

- Nie widzę żadnych ważnych spraw. - Z wyjątkiem tej, by się od ciebie

uwolnić, dodała w duchu. Instynkt jej nie zawiódł. Powinna odejść, kiedy

jeszcze miała szansę. Niestety, wyglądało na to, że od początku stała na straconej

pozycji. Wszystko się toczyło jakby według jakiegoś niezwykle sprytnego

planu, na który ona nie miała żadnego wpływu.

- Czy nie sądzisz, pani, że powinniśmy omówić szczegóły dzisiejszej eskapady?

~ Dziękuję panu, ale wszystko zostało już omówione.

Nie podobało jej się, że próbuje przejąć inicjatywę,

- Wybacz, pani. Być może odezwał się we mnie eksżołnierz, a może to

tylko czysta ciekawość, ale lubię wiedzieć zawczasu, w co się angażuję. Czy

zechciałabyś nieco dokładniej przedstawić mi plan dzisiejszej wyprawy? zapytał z niewinną miną.

- Nie widzę powodu, dla którego miałabym to robić. Nie zapraszałam pana.

- Chciałem jedynie być pomocny. Nie tylko Lyndwood, ale i ty, pani, będziecie

mi wdzięczni za dodatkową eskortę. Gawiedź bywa wieczorem niezwykle hałaśliwa i gwałtowna.

- Nie przeszkadza mi hałaśliwa gawiedż. To tylko czyni całą wyprawę bardziej ekscytującą.

- Zatem spodziewam się, że potrafisz docenić moją gotowość do zachowania

milczenia o całej sprawie, jeśli zdarzy się okazja, iż zostanę przedstawiony twej ciotce.

Victoria mierzyła go wzrokiem przez krótką, pełną napięcia chwilę.

- Wygląda na to, że nie tylko lordowi Lyndwoodowi grożono szantażem. Ja również padłam jego ofiarą.

- Ranisz mnie, pani.

- Niestety, nic śmiertelnie. W przeciwnym razie pozbyłabym się kłopotu.

- Usilnie proszę, abyś widziała we mnie, pani, rękę opatrzności, a nie kłopot.

- Stonevale uśmiechnął się iekko. Jednak w jego oczach nadal czaiły się

upiory. - Proszę tylko, abym mógł ci służyć jako eskorta dziś wieczorem,

kiedy znajdziesz się w niebezpiecznej okolicy. Bardzo bym chciał wywiązać się z mego karcianego długu.

- A jeśli się nie zgodzę, byś mi dziś wieczór towarzyszył, opowiesz o wszystkim mojej ciotce, tak?

Stonevalc westchnął.

- Byłoby to bardzo nieprzyjemne dla wszystkich zainteresowanych, gdyby

mama panny Lyndwood albo twoja ciotka dowiedziały się o waszych

planach, lecz któż może wiedzieć, jak potoczy się rozmowa, nieprawdaż?

- Wiedziałam. To szantaż. - Victoria uderzyła wachlarzem o blat stołu.

- Wstrętne słowo, ale tak, poniekąd to jest szantaż.

Łowca posagów. To jedyne wytłumaczenie, jakie przychodziło jej namyśl.

Nigdy jeszcze nie spotkała kogoś tak zuchwałego i upartego. Wszyscy jej

dotychczasowi konkurenci mieli nienaganne maniery i zachowywali się niezwykle

szarmancko, przynajmniej na początku. Victoria ufała jednak swoim

instynktom. Spojrzała w szare oczy hrabiego i zafascynował ją wyraz oczekiwania,

jaki w nich dostrzegła. Wstała od stołu. Stonevale natychmiast znalazł się u jej boku.

- Będę niecierpliwie oczekiwał spotkania z panią dziś wieczorem — szepnął jej do ucha.

- Jeśli liczy pan na mój posag - wycedziła - to zechciej pan swoje zaloty

skierować w inną stronę. Przy mnie tracisz czas. Przyznaję, że twoja metoda

jest oryginalna, lecz nie znajduję w niej nic atrakcyjnego. Mogę cię zapewnić,

że potrafiłam się oprzeć daleko bardziej nęcącym przynętom.

- Tak mi właśnie mówiono.

Szedł obok niej w stronę rozjarzonej światłami sali balowej. Dostrzegła

coś dziwnego w pozornie równym kroku hrabiego. Elegancki, czarny, wieczorowy

strój, nienagannie zawiązany halsztuk, obcisłe spodnie i błyszczące

buty nie były w stanie skryć faktu, że Stonevale utykał na lewą nogę.

- A co dokładnie ci mówiono, milordzie? — zapytała.

Wzruszył ramionami.

- Że małżeństwo nie bardzo cię interesuje.

• - Twoi informatorzy są w błędzie. - Uśmiechnęła się lekko.

- Mnie w ogóle  nie interesuje małżeństwo.

StonevaIe obrzucił ją uważnym spojrzeniem.

- Jaka szkoda. Może gdybyś miała męża i rodzinę, którą musiałabyś się

... zajmować wieczorami, nie zabawiałabyś się wymyślaniem tak ryzykownych

przedsięwzięć, jak to dzisiejsze.

Uśmiechnęła się promiennie.

- Jestem pewna, że dzisiejsza przygoda będzie daleko bardziej zajmująca od wieczornych obowiązków żony.

- Skąd ta pewność?

- Rodzinne doświadczenie. Z moją matką ożeniono się dla pieniędzy i to

przywiodło ją do zguby. Moją ciotkę również poślubiono z powodu jej majątku.

Na szczęście mój wuj był na tyle uprzejmy, że wkrótce zginął w wypadku

na polowaniu. Ja zaś, skoro nie mogę liczyć na równie szczęśliwy traf, postanowiłam w ogóle nie wychodzić za mąź.

- Czy nie obawiasz się, pani, że może cię ominąć niezwykle ważna sfera kobiecego życia?

- Bynajmniej. Nie widzę, w stanie małżeńskim nic godnego uwagi.

Otworzyła pozłacany wachlarz, by skryć zdenerwowanie. Ciągle stały jej

przed oczami wspomnienia drobnych okrucieństw i aktów pijackiej brutalności,

jakich dopuszczał się jej ojczym wobec matki. Nawet jasne światła

sali balowej nie potrafiły ich zaćmić. Wstrząsnęła wachlarzem raz i drugi,

mając nadzieję, że Stonevale domyśli się, że nie ma ochoty dłużej rozmawiać na ten temat.

- Proszę wybaczyć, milordzie, ale dostrzegłam właśnie przyjaciółkę, z którą muszę pomówić.

Podążył za jej wzrokiem.

- Ach tak, nieustraszona Annabella Lyndwood. Zapewne pragnie omówić

wieczorne plany. Wygląda na to, że skoro nie chcesz, pani, ze mną współpracować,

sam będę musiał się wszystkiego dowiedzieć. Lecz nie obawiaj

się, jestem mistrzem strategii. - Skłonił głowę przed Victorią. - Do zobaczenia, panno Huntington.

- Będę się modHć, byś znalazł, panie, coś bardziej zajmującego na dzisiejszy wieczór.

- To mało prawdopodobne.

Błysnął szelmowskim uśmiechem, odsłaniając białe zęby.

Odwróciła się od niego bez słowa, szeleszcząc złocistożółtymi jedwabnymi

spódnicami. Ten człowiek był nie tylko niebezpieczny, był wprost nieznośny.

Stłumiła jęk rozpaczy i wtopiła się w tłum gości. Nic powinna'była dać się

zwabić hrabiemu do pokoju gier. Nie należało do dobrego tonu, aby dama na

balu grała w karty. Ale Victoria nigdy nie potrafiła się oprzeć przygodzie i ten

przeklęty człowiek natychmiast to wyczuł. Wyczuł i wykorzystał jej słabość.

 

Właściwie została zaskoczona. Stonevalc'a przedstawiła jej Jessica Atherton,

a lady Atherton nie można niczego zarzucić, to po prostu wzór doskonałości.

Smukła, ciemnowłosa i niebieskooka była nie tylko młodą, delikatną

i uroczą kobietą, ale także skromną niezwykle uprzejmą, godną najwyższego

szacunku damą która zawsze wiedziała, jak należy się zachować. Innymi

słowy, nigdy by nie przedstawiła hulaki czy łowcy posagów któremuś ze swoich gości.

- Wszędzie cię szukam, Vicky. - Annabella Lyndwood spiesznie podeszła

do przyjaciółki. Rozsunęła wachlarz, by przysłonić usta i szepnęła: - Grałaś

w karty ze Stonevale'em? Cóż za nieprzyzwokość. Kto wygrał?

- Niestety, ja. - Yictoria westchnęła.

- Czy powiedział ci, że Bcrtie prosił go o towarzyszenie nam dziś wieczorem?

Byłam wściekła, kiedy się o tym dowiedziałam, ale Bertie twierdzi, że

powinnyśmy mieć jeszcze jednego mężczyznę do ochrony.

- Dano mi to do zrozumienia.

- Ojej, pewnie się na mnie gniewasz. Strasznie mi przykro, Vicky, naprawdę,

lecz nic na to nic mogłam poradzić. Bertie obiecał dochować sekretu,

a StoncvaIe najwidoczniej go podszedł.

- Tak, mogę sobie wyobrazić, jak to się stało. Prawdopodobnie tak spoil

Bertiego, że ten wyznał mu wszystko. Wielka szkoda, że twój brat nie potrafił

trzymać języka za zębami, ale nie przejmuj się, Bella. I tak postanowiłam dobrze się bawić.

W błękitnych oczach Annabelli błysnęła ulga. Jej jasne loki zadrżały zalotnie,

kiedy z uśmiechem kiwnęła głową. Annabella Lyndwood uważana

była przez niektórych za nieco zbyt pulchną jak na wymogi panującej mody.

Ale skłonność do pełnej figury nie odstraszała licznych konkurentów. Właśnie

wkroczyła w dwudziestą pierwszą wiosnę życia i, jak zwierzyła się Viclorii,

będzie zmuszona do przyjęcia jednej z kilkunastu ofert złożonych jej

w tym sezonie. Annabella późno weszła w świat ze względu na śmierć ojca.

Kiedy jednak pojawiła się w Londynie, natychmiast zyskała wielkie powodzenie.

- Co o nim wiesz, Bella? - zapytała cicho Victoria.

- O kim? O Stonevale'u? Prawdę powiedziawszy niewiele. Bertie mówi,

że jest przyjmowany we wszystkich kiubach. O ile wiem, to niedawno otrzymał

tytuł. Poprzedni hrabia był jego dalekim krewnym. Wujem, czy kimś

takim. Bertie mówi! coś o posiadłościach w Yorkshire.

- Co jeszcze mówił Bertie?

- Poczekaj, niech pomyślę. Zdaje się, że nikt już z tej rodziny nie pozostał

przy życiu. Mało brakowało, a ród wymarłby bezpotomnie, kiedy Lucas

Colebrook rok temu został ciężko ranny na Półwyspie.

Victoria poczuła dziwny skurcz w żołądku.

- W nogę?

- Tak. Prawdopodobnie z tego powodu musiał wystąpić z wojska. Zresztą

i tak by to zrobił ze względu na tytuł. Teraz powinie...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin